Czekając na cud miłości…

Spektakl „Ponowne zjednoczenie Korei”, reż. Łukasz Witt-Michałowski

Te słowa z pieśni Cohena „Waiting for the miracle” wieńczą niezwykłe przedstawienie lubelskiej Sceny InVitro. Pierwsze spektakle „Ponownego zjednoczenia Korei” miały miejsce w dniach 26-28 marca w lubelskim Centrum Kultury. Nawę główną powizytkowskiego klasztoru przekształcono w długą scenę, na której odbywała się prawdziwa jatka…
Autorem sztuki jest mniej znany w Polsce francuski dramatopisarz Joël Pommerat, a reżyser Łukasz Witt-Michałowski wydobywa z niej kilka historii, które kładzie na… rzeźnicki stół. To epizody, też relacje bohaterów dramatu, rozpaczliwie szukających w swoim życiu uczuć. Są przedstawione bez znieczulenia, bo taki właśnie jest zapis autentycznych ludzkich, tych krańcowych doświadczeń…
Kobieta po 20 latach małżeństwa decyduje się na rozwód. – Dlaczego chce pani to zrobić? Czy mąż panią krzywdzi? – słyszy pytania od komisji mediacyjnej. – Bo nie ma między nami miłości, nigdy jej nie czułam – odpowiada. – Mąż jest dla mnie dobry, był też zawsze świetnym ojcem, nie mam mu nic do zarzucenia – mówi żona. Kobieta woli jednak zostać sama niż tkwić w wygasłym związku. Przejawia ślady depresji, dramatycznie przeżywa deficyt miłości.
Oto grupa prostych niewiast słucha zwierzeń na temat rozwodu jednej z nich. Ta nie może uwierzyć, że jej mąż odszedł do kochanki. A była tak pewna swego, kochała za bardzo: – Jak on mógł mnie zostawić? Ale zobaczycie, mąż jeszcze do mnie wróci – pokrzykuje i chce o niego walczyć, być lepszą od tamtej. – Znów się pobierzemy. I to z większą pompą niż za pierwszym razem – planuje naiwnie. – Oj, bo miłość jest nawet piękniejsza, gdy aż tak skomplikowana jak u nas. Teraz ślub będzie już na moich warunkach – chełpi się sprzątaczka, roztaczając wizję urojonego happy endu osobistego dramatu.
Z kolei Muriel nie kocha już swego partnera, chłodnego egoisty. Niby nadal jest z nim, lecz oto pojawia się „ten drugi” – jej wyobrażenie czulszego mężczyzny. Zaraża tą wizją partnera i w tym osobliwym „trójkącie”, w kompletnej entropii sytuacyjnej, trwa ostre licytowanie się o Muriel. Kobieta lgnie do zmyślonego kochanka, decyduje się odejść z nim w imię wyimaginowanej miłości.
Przejmująca gitarowa muzyka na żywo znakomicie ilustruje to duchowe rozdarcie kobiet. Tajemniczy wielkolud w fartuchu oprawcy wiesza na haku jakąś postać… Jest amorficzny, niejednoznaczny, z pogranicza znanych nam światów.

Ktoś tu krwawo analizuje miłość

Dwoje ludzi z rozbitych małżeństw rozmawia o zwykłym życiu, pracy, o swych dorosłych dzieciach. Wspominają nieudane związki. Oboje są dojrzali, lecz pulsuje w nich młodzieńczy zapał. Zwłaszcza rozwódką owładnęło dążenie do bliskości, namiętności. Z ust kobiety dobiega pomruk podniecenia, dochodzi w niej do głosu jakaś iluzja rozkoszy, która wkrótce eksploduje głośnym skowytem tęsknoty do czystej miłości?
Miriam to seksowna blondynka o długich nogach w prowokujących szpilkach. Podając szefowi poranną kawę, sugeruje mu, że poprzedniego wieczora po firmowej imprezie, gdy podpita poszła spać, on wykorzystał ją… – Pan był we mnie, prawda, panie Denge? Jak pan mógł? – atakuje. Pracodawca jest oburzony: – Za kogo mnie pani bierze? – i czuje się pomówiony, ale sekretarka prowadzi rodzaj śledztwa, ewidentnie nieszczerej gry. Bo wszystko wskazuje na to, że pragnie rozniecić namiętność szefa, skłonić go do miłości.
Oto ksiądz i jego kochanka, oboje jak ich Bóg stworzył. W czerwieni alkowy ostatni raz spazmatycznie konsumują swój związek ciał. On, już wyraźnie znudzony, ma teraz drugą kobietę. Proponuje więc wysłużonej Elise forsę za 10 lat świadczonych usług. To prostytutka, tyle, że od księdza nie bierze… Jest zaangażowana w ten układ, chce go nawet pogłębiać, np. gotować mu, a nie tylko oferować swoje ciało. – Teraz będziesz u mnie jadać kolacje, dzielić ze mną posiłki, jak Chrystus z apostołami! – forsuje swoją wizję ich szczęścia, ale ksiądz jest już jedną nogą za progiem. Elise cierpi za nich oboje.
Tajemny oprawca miłości znów korzysta z wymyślonej przez siebie scenografii – nadziewa na hak kolejny ludzki fantom.

Jak ponowne zjednoczenie Korei

…tak bardzo nasza miłość zdawała się nierealna, tak mocno tęskniliśmy za sobą. A teraz co? – pyta Serge, sprzedawca samochodów. Jego żona Celcie cierpi na amnezję, jest pod opieką medyczną. Mają dorastające dzieci i żarliwy związek – za sobą. Próbują rozpaczliwe przywołać smak ekstazy. Właściwie mąż tylko przypomina chorej żonie, jak mocno kiedyś się kochali. Celcie, zdezorientowana, zabiega o każdy jego ciepły gest, przytulenie. Serge jest bezwzględny, chce odejść. Jej pozostaje żebrać – o miłość.
– Gdzie są nasze dzieci? Co z nimi zrobiłaś? – woła małżeństwo, które zostawiło pociechy pod opieką niani. W domu zastają ją samą. – Jakie dzieci? – mętne tłumaczenie piastunki wywołuje w rodzicach panikę, bezradność. Dzwonią na policję, próbują ją przekupić. To świetna scena, w której pan domu (Jarosław Tomica) daje koncert rodzinnych emocji, lecz te nie dotyczą żony. Ona pada zemdlona. A do widza dociera myśl: związek oparty jedynie na dzieciach jest smutnym zaułkiem miłości…
Pan Jober jest wychowawcą chłopca, który wraca ze szkolnego obozu mocno zmieszany niezręczną sytuacją zdrowotną. Jego rodzice wyciągają z tego mylne wnioski. W obecności dyrektora szkoły obsypują pedagoga gradem pytań, które dotyczą wstydliwych okoliczności, w jakich znalazł się ich Antoine. Z przyczyn obiektywnych nocował on w łóżku swego opiekuna. – To niewłaściwe zachowanie, panie Jober! – grzmi dyrektor. – To skrajnie nieodpowiednie! – krzyczą rodzice już w fazie histerii, gotowi pobić „winowajcę”. Nie dają sobie wyjaśnić absurdu ich zarzutów. Ta prawdziwa komedia niedomówień niesie z sobą pedagogiczny feed-back: Jak trudna jest rola nauczyciela, który musi zastępować niefrasobliwych rodziców? Na jakie manowce może prowadzić ślepa miłość do dziecka?

Zaskakujący finał przedstawienia

O miłości dojmująco zaświadcza Ammy, podopieczna placówki specjalnej, przyparta do muru przez tutora ośrodka. Ta dziewczyna nie w pełni odpowiada za swoje czyny. Znów zaszła w ciążę, choć już kilkakroć usuwała płód. Od opiekuna i tym razem słyszy taką radę. – Ale teraz tego nie zrobię – zapewnia. – Frederick i ja kochamy się. Ja jestem szczęśliwa z miłości – promienieje Ammy. To czysta, nieskażona, bo nieco upośledzona istota „czekająca na cud miłości” – by użyć słów Cohena.
Mężczyzna tłumaczy jej, że to nieporozumienie. – Miłość jest niebezpieczna, nierealna, jest jak alkohol albo narkotyk. Budzimy się z niej jak po jakimś szaleństwie – wyjaśnia zakochanej dziewczynie. Ale tym razem Ammy powie stanowczo: – Nie, bo moje dziecko to Miłość. Słyszymy to z ust Agnieszki Kmieć, aktorki zespołu Teatroterapia, która uzupełniła grono profesjonalnych aktorów.
Obok niej występują: Matylda Damięcka, Ewa Pająk, Ilona Zgiet, Wojciech Rusin, Jarosław Tomica i Robert Zawadzki.
Reżyseria i scenografia: Łukasz Witt-Michałowski. Muzyka: Maciej Drzymała, Tomasz Kraśkiewicz. Światła: Marcin Kowalczuk. Produkcja: Monika Stolat.
Dramaturg Joël Pommerat napisał egzystencjalny tekst, który przetłumaczyli: Mariola Odzimkowska i Łukasz Gajdzis.
Co ciekawe, lubelski reżyser adaptował go, trawestując słynny „Hymn o miłości” Św. Pawła. Ta przewrotność otworzyła mu szerokie pole kreacji. U niego: „miłość niecierpliwa jest, niełaskawa jest. Miłość zazdrości, wciąż szuka poklasku, unosi się pychą. Jest bezwstydna, szuka swego, unosi się gniewem, pamięta złe; cieszy z niesprawiedliwości, współweseli z nieprawdą. Nie wszystko znosi, nie wszystkiemu wierzy, nie we wszystkim pokłada nadzieję, nie wszystko przetrzyma”.

To realistyczny ogląd świata

Bo czy w obecnych czasach ktoś roztropny inaczej myśli o miłości, nie ryzykując bycia naiwnym? To totalny dziś „darwinizm” ludzkich uczuć, który Witt-Michałowski ukazał tu w pełni.
Rola Rzeźnika, jaką sam sobie dał reżyser, okrutnie komentuje treść poszczególnych „klatek” dramatu. Rozbieracz-wykrawacz (jest taka specjalizacja) w tym przypadku do analizy teatralnej „wykroił” ludzkie serca, co zresztą symbolizuje plakat sztuki.
Wszedł w te historie niezwykle emocjonalnie. W oryginale jest ich 18 i brak między nimi spójności. – To bogaty przegląd relacji międzyludzkich, taki, który wyznacza ich dalsze życie – wyjaśnia reżyser.
I każe nam zająć wobec „powyższego” jakieś stanowisko. A mamy w tej sztuce do czynienia z siłą afektu, który niczym tsunami idzie przez świat ludzi pozornie uporządkowanych, druzgocząc ich dotychczasowy ład.
– Na widowni spotkamy stalowe, ludzkie fantomy: obrysy sylwetek dzierżące w dłoniach, na ramionach i karkach artefakty dawnych przeżyć. To przedmioty w kolorze krwi – dowody miłosnych doznań, które wstrząsnęły światem tych osób tak bardzo, że pozostała z nich zaledwie fantomowa aura dawnego „ja”. Tych wydrążonych z emocji ludzi, po operacji „na kochającym sercu” wiesza niczym tusze na hakach Rzeźnik-Amor – opowiada Witt-Michałowski.
Cóż, traktuje je jak bezużyteczne szkielety, które pod koniec spektaklu wydają w swej masie głuchy dźwięk – ton ludzi pozbawionych serc. Pesymizm Rzeźnika zmniejsza ów casus Ammy – w niej jedynie ujrzał nadzieję na nieskalaną miłość.
To bardzo intymny spektakl. Sztuka jest poparta zapewne osobistym doświadczeniem reżysera, który wyjawia tu swój stosunek do miłości, jej meandrów, zaniku. Wreszcie oznajmia tęsknotę za nią. Słyszymy to w pieśni Leonarda Cohena, którą teraz czuły Rzeźnik śpiewa tak wiernie, że aż widzowie dopytują, czy to aby nie efekt zastosowania playbacku. Ten popis kończy przedstawienie będące swoistą apoteozą miłości. A może i drwiną z jej braku… Marek Rybołowicz

Komentarze