Dzielnicowy bliżej nas? Oby…

Odciążeni od papierkowej pracy dzielnicowi mają więcej czasu spędzać w terenie

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przypomina o rozpoczętej w ubiegłym roku zmianie statusu dzielnicowych policji. Spotkamy ich obecnie częściej w terenie niż w biurze, ubędą im zbędne obowiązki. Dzielnicowy ma być sprzymierzeńcem obywateli w życiu małej społeczności. Czy to realne?
Odkąd resort spraw wewnętrznych i administracji ogłosił reformę funkcjonowania policji, obowiązuje program „Dzielnicowy bliżej nas”.
– To jest zmiana, która wzmocni rolę policji lokalnej – mówił Mariusz Błaszczak, szef MSWiA w styczniu podczas prezentacji programu. Przypomniał, że nowy status dzielnicowych jest kolejnym punktem reorganizacji tej służby. Wcześniej m.in. zaczęto odtwarzanie zlikwidowanych niegdyś posterunków policji. Obecnie praca mundurowych ma być nastawiona na bliższy kontakt z ludźmi i działania prewencyjne. Zgodnie z założeniem lokalni policjanci mają wyjść w teren, mniej czasu spędzać nad papierami, być służbą pierwszego kontaktu z obywatelami. Ba, ustawodawcy chcą widzieć dzielnicowego jako przyjaciela i powiernika w kontakcie ze przeciętnym Kowalskim.
– Nawet najlepiej działająca policja nie osiągnie efektów, jeśli nie będzie ściśle współpracować ze społeczeństwem. Zamiast tkwić za biurkiem, teraz 80% czasu mają spędzać w rejonie – podkreślił Jarosław Zieliński, sekretarz stanu w MSWiA. Dodał, że obecny program jest odejściem od koncepcji „policji na telefon”. Ta służba musi być bliżej obywatela, mieć przez to lepsze wejrzenie w łamanie prawa, w zagrożenia. Pomoże w tym elektroniczna aplikacja.
Obecnie w Polsce funkcję dzielnicowego pełni ok. 8 tys. funkcjonariuszy. Po reformie docelowo mają stanowić nawet…

10% wszystkich policjantów

To duży wolumen zmian trwających w policji już szereg miesięcy – uważa podkomisarz Andrzej Fijołek z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie. Zmierzają one do tego, by dzielnicowy mógł kontaktować się wprost z mieszkańcami lokalnych środowisk przez większość czasu pracy.
– W tym celu powstały m.in. zespoły do prowadzenia czynności wyjaśniających, np. wykroczeń, które swój finał znajdują w sądzie. Dzielnicowych odciążono od tych zadań i mogą teraz więcej czasu przeznaczyć na rekonesans w rejonie służby. Ponadto dzielnicowi nie doprowadzają już osób zatrzymanych do prokuratur czy sądów, co dawniej odrywało ich od ważniejszych zadań – podkreśla rzecznik.
Zmiany nie ułatwią oceny pracy na tym stanowisku. Obecnie odbywa się ona na bazie zaangażowania dzielnicowego w pomoc mieszkańcom, co nie daje się jednoznacznie „zaksięgować” w oparciu o statystykę i wyniki. Przykład? Zaistniał sąsiedzki konflikt, a dzielnicowy po interwencjach doprowadza do stanu, że zwaśnione strony godzą się. Wówczas, oprócz zapisu w notatkach służbowych, sprawa nie ma dalszego biegu. Taki finał nie wejdzie do statystyk, choć policjant mógł się nieźle napracować. Dzielnicowi często podkreślają, że najbardziej cieszy ich fakt podziękowań ze strony ludzi którym pomogli.

Co z kadrami?

To stanowisko w policji jest uważane za wyjątkowe, wymagające szczególnych predyspozycji. – Mimo to na terenie garnizonu Lublin nie było i nie ma problemu z obsadzeniem ludzi w tej funkcji. Dzielnicowi mają z reguły więcej zalet, także wyższe stopnie służbowe, niż inni policjanci z pionu prewencji. W ślad za tym idzie większe wynagrodzenie. Dlatego chętnych do tej pracy nie brakuje. Funkcjonariuszy dobiera się pod kątem komunikatywności i cierpliwości. Te cechy, obok polotu detektywa i dużej wiedzy prawniczej, są nieodzowne w ich pracy – twierdzą policyjni kadrowcy.
Dzielnicowy dziś bardziej ma pomagać ludziom ze swojego rejonu niż ścigać ich za przestępstwa i wykroczenia. Czasem jest to zwykła rozmowa i wskazanie źródła pomocy – jak w kwestii wdrożenia procedury Niebieskiej karty. Innym razem szereg czynności typowo operacyjnych, jak śledzenie i ustalenie winnego. Zatrzymania sprawcy dokonają już koledzy.
Dzielnicowy nie robi spektakularnych akcji w stylu obławy, raczej ujawnia różnego typu nieprawidłowości w swoim rejonie. Występuje do właściwych służb i organów o ich usunięcie. Ta praca wymaga od funkcjonariusza empatii i stałego zaangażowania w sprawy mieszkańców. Takie są zresztą kryteria jego oceny przez przełożonych.
Na terenie powiatu lubelskiego pełni tę służbę 92 policjantów, w powiecie świdnickim 13. Dzielnicowy nie ma zastępcy na wzór zastępcy szeryfa. Jeśli wasz „lokalny szeryf” zachorował lub jest na urlopie, wówczas wyręcza go kolega z sąsiedniego rejonu.

70 dzielnicowych w Lublinie

…cieszy się z tej reformy, która oznacza dla nich znacznie mniej papierologii.
– W zadaniach zniknął nam obowiązek m.in. przygotowania dokumentacji na temat wykroczeń. W komisariatach zajmują się tym specjalnie powołane zespoły – mówią dzielnicowi z „piątki” na Czechowie. Wolą nie podawać swoich nazwisk. – Możemy czas pracy lepiej spożytkować. Ale to nie jest tak, że służba dzielnicowego zmienia się w każdym aspekcie. Inaczej są rozłożone akcenty, głównie na to, by zapobiegać przestępstwom, wykroczeniom – wówczas mniej ich trzeba karać. Mamy więcej czasu na rozmowy, wyjaśnia, więcej spotkań z mieszkańcami – twierdzą.
– Właśnie nam w pierwszej kolejności należy zgłaszać incydent łamania prawa w naszym rejonie – jeśli nie jest to nagłe zdarzenie czy wypadek. Tak powie obecnie każdy dzielnicowy.
I nie chodzi o zakres spraw, które wprost decydują o czyimś zdrowiu lub życiu. Raczej o konflikty sąsiedzkie, zakłócenia porządku na posesjach, podwórkach, bezpieczeństwo placówek oświaty, szkodnictwo społeczne, nękanie obywateli, notoryczne chuligaństwo, także bolączki wynikające z wadliwej organizacji ruchu drogowego na osiedlu. Dzielnicowi notują te sprawy, nadstawiają uszu na sygnały mieszkańców. Poradzą też, co można zrobić z dokuczliwym sąsiadem, agresywnym człowiekiem nagabującym nas o pieniądze na parkingu, szykanującym w inny sposób.
Dzielnicowy w smartfonie? To możliwe. By ułatwić kontakt z nim, od nowego roku funkcjonuje aplikacja „Moja Komenda” dostępna w sieci pod tym hasłem. Dzięki niej można szybko znaleźć dane opiekuna czy rejonu: bezpośredni kontakt telefoniczny mailowy.

Dochodzą im nietypowe zajęcia

Dzielnicowych IV Komisariatu w Lublinie w rejonie Al. Racławickich czeka prawdziwe wyzwanie. Aspirant owi Tomaszowi Łukasikowi i sierżantowi sztabowemu Pawłowi Stalce pracy nadaje pan Rysiek – samozwańczy „szeryf dzielnicy”, znany w całym Lublinie fanatyk kodeksu drogowego, a zwłaszcza perfekcyjnego parkowania, co i rusz wzywający policyjny patrol na interwencję.
– Liczymy, że dzielnicowy będzie nie tylko bliżej nas, ale też ochroni nas przed natarczywością tego pana, bo czujemy się zastraszeni – mówi Elżbieta Nawrot – dyrektor Gimnazjum i Liceum im. Kazimierza Wielkiego. W okolicy to jest społeczność kilkuset osób: nauczyciele, uczniowie i ich rodzice (dotyczy to także pobliskiego I LO im. Staszica).
– Mamy tu znak zakazu zatrzymania w miejscu, gdzie przez 60 lat była zatoka parkingowa. Nie godzimy się, że po remoncie ulicy wprowadzono tu zakaz. Gdy nauczyciele pozostawią auta przed szkołą na czas zajęć, są narażeni na fotografowanie i donosy na policję przez tego osobnika, również rodzice uczniów. Osłabia to wizerunek szkoły, oznacza to dla nich mandaty, punkty karne. Za co? – pytam? Za absurdalny zakaz? Gdzież mamy parkować? – skarży się pani dyrektor i wyraża to w piśmie do ZDiM, administratora 6-metrowgo chodnika, który kiedyś służył parkowaniu (o reakcji na ten protest ze strony urzędników napiszemy osobno).
– W tej kwestii będzie kompetentny właśnie dzielnicowy – liczą tutejsi przedsiębiorcy narażeni na kolejne mandaty, bo policjanci z drogówki nam nie pomogą. Ci przyjeżdżają tu tylko karać za wykroczenie, a nie zmieniać oznakowanie ulicy albo ukrócić fanatyka donosów.
– Może pan dzielnicowy zajrzy do nas. Niech zajmie się tą dokuczliwą dla nas sprawą w ramach dobrej zmiany w policji – proponują właściciele okolicznych sklepów i zakładów.

A tu dzielnicowy niczym yeti…

Każdy o nim słyszał, lecz nikt go nie widział… Ten żart chwilowo tylko rozładowuje frustrację mieszkańców Wieniawy. Już od lat czeka tu „sprawa dla dzielnicowego”. Bo jako temat dla reportera ów pan Rysio pojawiał się w mediach już parokrotnie, bez skutku. Bogumiła Obara prowadząca kwiaciarnię przy ul. Godebskiego, nie ma w tej kwestii najlepszego zdania: – Mój sklep działa od 30 lat. Mam tu kontakt z tysiącami ludzi. Nigdy nie słyszałam o akcji dzielnicowego, nikt go tu nie widział – mówi kobieta. – A przydałby się jakiś, bo od lat użeram się z Ryszardem K. Mówi on o sobie per „prezydent Wieniawy”, sam egzekwuje prawo, „rządzi na dzielnicy”… Co do centymetra mierzy mi miejsce postoju auta, denuncjuje na policję. Podczas parkowania odbył się tu spektakl „jego praworządności” dla sądu, z udziałem biegłych inżynierów ruchu. Gdzie wtedy był dzielnicowy? – pyta kwiaciarka. I skarży się, że ten fanatyk nachodzi ją, nęka, robi jej zdjęcia. Kobieta traci czas i zdrowie na kolejne sprawy w sądzie, bo nie chce płacić mandatów. – Jeśli policja chce nam pomóc w tym rejonie, niech skutecznie zajmie się procederem Ryszarda K. Nikt z nas nie ma pieniędzy by wnosić sprawy cywilne przeciw jego napastliwości – dodaje.
Również właściciele tutejszych zakładów: Grzegorz Zawistowski (przedszkole „Akwarelki”) oraz Monika Jabłońska (salon kosmetyczny) chcą rozmawiać z dzielnicowym na ten temat. Ryszard K. ewidentnie czyni szkodę wizerunkowi ich firm. Dodatkowo chcą mówić o libacjach alkoholowych, które mają miejsce na pobliskich trawnikach, lecz o tym jakoś „parkingowy” nie donosi policji? – dziwią się.
Wystarczy więc, gdy dzielnicowi z Wieniawy zbiorą świadectwa tutejszych przedsiębiorców i mieszkańców: że ktoś obrzydza im życie nękaniem, że narusza ich osobistą przestrzeń, fotografuje ich itp. Chętnych do złożenia takich zeznań, które ostudziłyby zapał pana K. do zatruwania innym życia, jest doprawdy wielu. Marek Rybołowicz

Komentarze