Fety i fajerwerki?

Każdy twórca czuje się Mozartem, a wielu okazuje się Salierim. Z wielką opowieścią o starciu miernoty z geniuszem mierzyło się już wielu twórców. Jak poradził sobie z tym Artur Tyszkiewicz, można przekonać się w Tetrze im. Osterwy w najbliższą środę, czwartek, piątek, sobotę i niedzielę o godz. 19.00. Recenzje po premierze „Amadeusza” są skrajne.
Ostatnia premiera tego sezonu w Teatrze Osterwy jest znacząca także dlatego, że na pewno jest ostatnią pod niewidzialną dyrekcją naczelną Krzysztofa Torończyka i pod kierownictwem artystycznym Artura Tyszkiewicza. Przed swym spodziewanym odejściem do Warszawy reżyser miał szansę pożegnać się z lubelską publicznością z klasą. Niestety, z możliwości tej nie skorzystał. Biorąc się akurat za „Amadeusza”, zespół „Osterwy” musiał mieć świadomość, że będzie porównywany z uznawaną za kanoniczną na lubelskich scenach inscenizacją zrealizowaną przed 13 i 11 latu przez Jana Machulskiego na deskach Teatru Muzycznego z udziałem zespołów dramatycznych kolejno z Koszalina i Łodzi. Tamte „Amadeusze” były wydarzeniami artystycznymi, znaczonymi wielką dawką muzyki klasycznej, granej przez orkiestrę pod dyrekcją Jacka Bonieckiego. Niestety, melomani nie mają po co iść do „Osterwy” na nową wersję przedstawienia – twórcom udało się ją bowiem zrealizować niemal bez interesującej muzyki.
Przede wszystkim jednak w nowej premierze mszczą się błędy obsadowe. Zarówno Daniel Dobrosz jako Mozart, jak i Janusz Łagodziński w roli Salierego to ciepli, sympatyczni ludzie, bardzo wycofani i introwertyczni – co zwłaszcza w przypadku pierwszego czyni rolę barierą niemal nie do pokonania. Niedawno zmarły autor sztuki, Peter Shaffer, reszcie jej obsady powierzył rolę tła, więc i w wysmakowanej scenografii przygotowanej na premierę błąka się ona bez sensu. A szkoda – bo nowa w Lublinie Jowita Stępniak jako Konstancja i nawet Halszka Lehman, grająca – głównie nogami… – Katerinę Cavalieri, gdyby miały co grać, zapewne by sobie poradziły. I gdyby nie okazja, żeby zobaczyć jak zwykle wielkiego Piotra Wysockiego jako Kapelmistrza Bono, to w sumie naprawdę nie warto by drugim planem „Amadeusza” zawracać sobie głowy.
W swej ostatniej w Lublinie produkcji Tyszkiewicz zapowiadał, że zmierzy się z kwestiami tak fundamentalnymi, jak istnienie Pana Boga czy zagadnienie rozdzielania przez niego talentu. Niestety, w tej kwestii od razu sam sobie odpowiedział. Czasami Stwórca okazuje się niesprawiedliwy i osobie tak pewnej siebie i radosnej zdolności nakłada łyżeczką. TAK

Komentarze