Gorzkie ojcostwo

Owacyjne brawa zebrał zespół teatru InVitro za przedstawienie „Tata ma kota (albo Poczytaj mi tato)”, które było wymownym prezentem dla ojców na ich święto (spektakl odbył się 23 czerwca).
Sztuka przypomniana w lubelskim Centrum Kultury miała premierę przed rokiem. Porusza trudny temat „rozbitego” ojcostwa, pomijany w debacie publicznej. Dość powszechnie wiadomo, że w rozbitych małżeństwach czy związkach cierpią nie tylko dzieci. Wielki życiowy koszt ponoszą również ojcowie, zazwyczaj tracąc do nich swoje naturalne prawa. Treść sztuki oddaje męski punkt widzenia – jest podszyty ironią i sarkazmem ludzi poszkodowanych. Spektakl, kompletnie nieobliczony na komedię, ukazuje i tak niezwykle śmiesznie tragiczne losy bohaterów.

Zgraja dużych chłopców

Reżyser ubrał swych aktorów w niebieskie spodenki. To zgraja chłopców w przydużych strojach do zabawy – zresztą w tej sztuce wszystko jest odpowiednio przerysowane a szczególnie rola narzędzi: łopatek, grabek, wiaderek.
Bo w tej sztuce „dzieci” przychodzą bawić się do piaskownicy. Lecz ta jest pusta – cały piasek zużyto do betonu, budując pewien pomnik. Tu, w kraju nad Wisłą ów symbol stoi bardzo dumnie, wyraźnie wpływając na przebieg życia „chłopców”.
To, co „chłopcy” tutaj wyprawiają, de facto zabawą nie jest – piaskownica jawi się jako pole walki. Odgrywają w niej swój osobisty teatr: cytują, wspominają, oskarżają…
– Słyszymy tu ich mocny głos, bo zostali praktycznie pozbawieni swoich praw, a już na pewno normalnego wymiaru ojcostwa. Próbują najpierw walczyć z tym, później oswoić nową sytuację, ułożyć sobie życie pomiędzy dzieckiem a byłą żoną. Tylko nieliczni z nas wychowują swe pociechy w miejsce „złych matek”, bo matką dziecka jest u nas „matka-Polka”. I jak tu wygrać z monumentem? – pyta Łukasz Witt-Michałowski, reżyser.
Autorem scenariusza – złożonego z monologów: brzmiących zabawnie, ale i tragicznie – jest Szymon Bogacz. Jednak reżyser operuje tym tekstem z fantazją, traktując go jak własne tworzywo. W sumie powstał spektakl komiczny, a zarazem poważny. Wzrusza do łez.

Teatr daje naukę

Autor wpuszcza wyobraźnię widza w świat komputerowej gry. Mając wszak jedno życie, gracz-ojciec bije się w niej o swoją pozycję w domu. Widzimy kolejno wiele zabawnych męskich wcieleń: zdobywca kobiety, autor jej dziecka, ojciec przy porodzie, przy kąpieli malucha, później czytający bajki.
Kolejne poziomy gry to zaskarbianie uczuć dziecka – w tym ojcowie zagrażają matkom, więc są stopniowo odsuwani od swych pociech. To „płatnicy”, których „psim obowiązkiem jest…” Również żałosne „tato-maty”, pełniące tylko nakreślone programem funkcje. Bo jakież ojciec-dawca może mieć potrzeby?
„Level” sądowy to batalia o miłość dziecka, szarpanego z obu stron pola walki. Scena rozprawy w piaskownicy mocno drwi z powagi sądu rodzinnego. Pomysł reżysera z kaftanem bezpieczeństwa daje obraz ubezwłasnowolnienia pozwanego, bo nie ma on praktycznie żadnych praw za wyjątkiem ustawowych widzeń z dzieckiem. „Grę” kończy upadek ojca – jej polska edycja nie przewiduje innych opcji. Wyrok sądu brzmi: „śmierć przez rozgrabienie”, co daje słuszne skojarzenia z ruiną majątkową podsądnego. Przy egzekucji symbolicznie w ruch idą chłopięce grabki i łopatki…
„A może zbohateruj się, tata!” – krzyczą rozpaczliwie synkowie, widząc, że oto tracą ojca. Ale ten jest już unicestwiony przez system. Dzieci aranżują nawet próbę „porwania” taty przed straceniem, jednak zbyt późno…
Z kolei w inscenizowanej debacie TV mamy obrazek, jak to jest, gdy ojciec spotyka swoją pociechę z matką na mieście – udowadniaj wtedy, że to twoja krew, żeś nie jest „ten obcy” – żalą się ojcowie.

Zderzenie z górą lodową

Witt-Michałowski kpi sobie z systemu prawa rodzinnego na całego. Postrzega go jako bezduszną machinę, w której polski ojciec czuje się niczym Józef K. ze słynnego „Procesu” Franza Kafki.
– Chcąc mieć możność wychowywania dziecka, wpływ na jego losy, trzeba zyskać do niego prawo. Tu trafiamy na pragmatykę dyskryminującą ojców w polskim sądownictwie. To biurokratyczna bryła lodu, którą podgrzewam tym przedstawieniem. Bo u nas pokutuje porzekadło: „Najgorsza matka lepsza niż najlepszy ojciec”. I o tym jest ten spektakl – mówi młody reżyser. Sam jest ojcem małego chłopca, dlatego sztukę poprowadził z wrażliwością neurotyka, stosując bezkompromisowe środki wyrazu, sprowadzając tzw. majestat prawa do absurdu.
Bo statystyki porażają: czy w grę wchodzi małżeństwo, czy konkubinat, polski sąd pozostawia 96% dzieci przy matkach. Przy ojcach zostaje ok. 4% (w USA stanowi to 40%).
– Nie rozpatrujemy przyczyn, dla których tak się u nas dzieje, to zbyt skomplikowana kwestia, ale interesuje nas prawo do dzieci. Koniec sztuki mówi wyraźnie co, naszym zdaniem, myśli dziecko – dopowiada Witt-Michałowski.
2-godzinny spektakl przynosi niezapomniane wrażenia nie tylko widowni. Sami aktorzy i autorzy przedstawienia mocno utożsamiają się z treścią sztuki. Te historie są im bliskie – prywatnie to ojcowie, w większości „po przejściach”. Chcą, by dzieci były traktowane jako podmioty wspólnego wychowania, a nie przedmioty sporu miedzy kobietą a mężczyzną po ich rozstaniu.

Błędne koło

– Próbujemy pokonać stereotyp funkcjonujący w naszym społeczeństwie. Sprawiedliwie byłoby, że ofiara ma być ofiarą, a sprawca sprawcą, a nie jak w polskim sądzie: matka jest wyłącznie ofiarą a ojciec zawsze winny – mówi Przemysław Sadowski, znany warszawski aktor. – Bywa, że i ojcowie nie mają dobrych wzorców, jak wychowywać swe dzieci, jeśli sami niegdyś doświadczali tego samego. I ten cykl się zamyka.
– Spektakl jest słodko-gorzki, ale uniwersalny. Bardziej zadaje trudne pytania niż na nie odpowiada. Poprzez zabawę i gorzką refleksję mówimy tu o dramatach mężczyzn, które są też problemami kobiet – twierdzi Karol Wróblewski, drugi aktor z Warszawy. – Sam mam synów, 8-letnie bliźniaki i rozumiem te rozterki. Trzeba o tym rozmawiać poprzez teatr, a ten głos winien odbić się szerokim echem w społeczeństwie. Z tymi zaszłościami należy walczyć – uważa aktor.
– Stawiamy pytanie, czy matki mogą wychowywać dzieci bez ojców. To problem w Polsce bardzo częsty, zjawisko nieprawidłowe. I najgorsze – jak działają od lat polskie sądy, skoro ojcowie muszą walczyć o prawo widywania własnych dzieci – dodaje lubelski aktor Jarosław Tomica.
Obok wymienionych w spektaklu występują: Arkadiusz Cyran i Dariusz Jeż. Doprawdy trudno by wyróżnić któregoś z zespołu tych artystów. Za światło i dźwięk odpowiada Marcin Kowalczuk; produkcja: Monika Stolat – Scena InVitro. Polecamy.
Marek Rybołowicz

Komentarze