Jazz dla bogaczy?

Nie każdy fan muzyki jazzowej pozwolił sobie na wydatek kilkuset złotych, by obejrzeć wszystkie festiwalowe propozycje (17-24 kwietnia). Tym z mniej zasobnymi portfelami pozostały koncerty, które miasto – jako „inwestor” imprezy – zafundowało fanom jazzu gratis.
Koncert otwarcia LJF w niedzielę (17. IV) zabrzmiał w oryginalnym miejscu. Lubelski kościół Ewangelicko-Augsburski, jego surowe wnętrze i oszczędna w wyrazie muzyka kontemplacyjna tutaj bardzo do siebie pasowały. Grało ją trio: Wojciech Jachna – trąbka i elektronika, Jacek Mazurkiewicz – bas, Jacek Buhl – hm. I nawet, jeśli dresowy strój trębacza (w tak dostojnym miejscu) czynił lekki zgrzyt estetyczny, ich występ dla ponad 200 osób trzeba uznać za udany.

Bezmiar jazzowej fantazji

…cechuje izraelskie trio Shalosh: Gadi Stern – piano, Daniel Benhorin – bass, Matan Assayag – perkusja. W poniedziałek gościł je Ośrodek Brama Grodzka „Teatr NN”. Sala jest tu zbyt mała by pomieścić wszystkich chętnych, a i jej gołe mury stanowią akustyczny problem.
Nie przeszkadzało to trójce młodych Żydów. To perfekcyjnie złożona ekipa o wielkim temperamencie i fantazji muzycznej grająca chwilami jazz subtelny, jak z dobrego filmu, a za moment ostry, skalisty – niczym rock.
Ten występ zasługiwał na dużo większe audytorium. Dla tych którzy mogli porównać całość jazzowej ofert LJF był to jeden z 3 najlepszych koncertów imprezy.

Napracował się ustami

…za dwóch albo i trzech Derek Brown (USA) w trakcie swego koncertu „BeatBoxSax” w Kap Kap Cafe (ul. Narutowicza 33). 19 kwietnia, ten skromny chłopak z Chicago dał się nam poznać jako „człowiek-instrument” – w tym wypadku jazzowy. Usłyszeć było można saksofon, „perkusję” i chwilami nawet… śpiew owego saksofonisty – tak umiejętnie jego popis łączył operowanie ustnikiem oraz własnym głosem.
W jednym z utworów dołączył trębacz, Sylwek Pudelski – student UMCS. Obaj zebrali owację – na stojąco, gdyż na koncercie było tak tłoczno, że większość musiała stać. Wnętrze cafe pomieściło ledwie ok. 40 osób, lecz kawiarnię otaczało niemal drugie tyle gapiów. Derek dał i drugi popis, o większej jeszcze temperaturze odbioru, następnego dnia w pubie Kuchnia Klasztorna (ul. Jezuicka 4).
Palce z kolei zdarł na swym kontrabasie Ksawery Wójciński w koncercie „The Soul” (środa, 20 kwietnia – pub Manifest Wino, ul. Przechodnia 4). Niskie, głębokie tony roztaczały jego jazz intymny, brzmienie duszy – na całą ulicę. Tak powinien wyglądać „Jazz w mieście”.
W czwartek (już w piwnicy CK) premierowy koncert „Made in Jazz UMCS – Jeszcze Komeda”. 10 jazzujących studentów Wydziału Artystycznego próbowało tu pokonać prymat swego nauczyciela. To opiekun projektu: Mariusz Bogdanowicz, który interpretacje jazzu z lat 50-60. kazał im zawęzić do zbyt pop-muzycznej formy. I może dlatego Krzysztofa Komedy było tu nie za wiele.
Bezpłatne wejściówki CK miało jeszcze na niedzielny (24 kwietnia) koncert austriackiego trio Namby Pamby Boy.

Nie dla każdego

Pozostałe, notabene wszystkie udane, koncerty festiwalowe były płatne od 50 do 90 zł. – Ceny biletów tak poszybowały, że nie było szans byśmy mogli kupić bilety, nawet ze zniżką – narzekali studenci Rafał Klimek i Paweł Mazur. – Na szczęście udało się nam wejść na dwa koncerty bezpłatne. Ale co to dla takich fanów jazzu jak my?
I dobrze, że tacy są. Bo mamy tu jeden z najciekawszych obecnie festiwali jazzowych w Polsce. I warto by się rozwijał…

Marek Rybołowicz

Komentarze