KODY na urodziny miasta

Spektakl „Missa sine nomine” w Sali Operowej Centrum Spotkania Kultur

W ramach obchodów 700-lecia miasta w dniach 10-12 maja można było wejść w świat alternatywnych dźwięków w ramach Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej KODY. Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych „Rozdroża” oferował repertuar wysokiej półki.


W programie znalazły się trzy dzieła odnoszące się do dziejów Lublina. Spektakle muzyczne, które powstały na zamówienie festiwalu.
10 maja na scenie CSK zaprezentowano „Monachomachię” (wzorem poematu Ignacego Krasickiego), którą muzycznie stworzył Piotr Tabakiernik, 30-letni warszawski kompozytor. Współtwórcą dzieła jest Igor Gorzkowski.
To performatywne, barokowe misterium o dość wartkiej akcji, którą wyznaczają strofy „wojny mnichów”. Tę batalię o „prymat” jednych grzechów nad innymi wyraziście oddają recytacje aktorów. Równie sugestywnie komentuje je partytura (dyr. Lilianna Krych).
Z początku słychać dyskretne szmery, świsty, nieśmiałe wtręty solowe instrumentów. Wkrótce dołącza chór –podzielony na dwie części. W treści muzyki i śpiewu dominują tradycyjne atrybuty mszy: łacińskie wersety, chóralne „Alleluja” i „Amen”, dzwonki mszalne…
Nowatorski spektakl przynosi finał, który znamy chyba wszyscy. Spór w kwestii grzechów – chciwość, gniew czy obżarstwo – nabrzmiewa tak, że w ruch idą kufle, dzbany i gąsiory… znakomicie oddane w efektach muzycznych.
Zaskakuje performatywne zakończenie. Oto z „komina” sceny dobiega donośny sopran operowy, a na linie zjeżdża barokowa primadonna – co sugeruje szyk jej sukni, ale i melodyka śpiewanej „arii”. Ta kobieta wielkiej urody i skali głosu skupia uwagę ok. 200 osób widowni i brawa należne całemu zespołowi spektaklu.

Bywa i granie ciszą…

11 maja zabrzmiała „Missa sine nomine” – premierowa kantata Ignacego Zalewskiego. To prawdziwy eksperyment muzyczny 27-letniego autora, który w swym dziele łączy koncert i rytuał, zgłębia styk przeżyć estetycznych i metafizycznych. Ten dynamiczny utwór wykonuje 4 puzonistów: Łukasz Hodor, Jacek Namysłowski, Dariusz Plichta, Michał Tomaszczyk oraz Leszek Lorent – multiperkusista będący liderem tej grupy (profesor sztuki muzycznej). Z towarzyszeniem chóru Varsoviae Regii Cantores (dyr. Joanna Maluga) zaskakującego paletą alternatywnych technik wokalnych. Razem tworzą kontemplacyjny obraz dźwiękowy zamknięty formułą mszy. W swoistym libretcie, obok łacińskich wyznaczników „ordinarium missae”, słychać wiersze i poematy: Mickiewicza, Kasprowicza, Czechowicza. Ogromne znaczenie ma w tym dziele samo „brzmienie” ciszy. Niektóre z ok. 200 osób zajmujących miejsce na scenie (zmienionej tu w widownię) doświadcza rodzaj jazzowego misterium, jak stwierdzili po owej mszy.
„Wchodzisz na własne ryzyko” – czytamy przed wejściem na drugi performatywny koncert wieczoru, który dają w CSK Wiktor Kociuban – wiolonczela i Demetre Gamsachurdia – fortepian. Razem z Anną Sztwiertnia (wizualizacje) pochodzą z grupy Delirium Ensemble 3.0, będącej platformą ludzi tworzących tzw. muzykę nową, z wielu krajów i kontynentów.
W Lublinie przypomnieli utwór „Patterns in a Chromatic Field” (1981). Jego autor, Morton Feldman, to uczeń Johna Cage’a – słynnego z „grania ciszą”, co wyznacza stylistykę tego koncertu. Niemal po ciemku, jedynie w świetle wizualizacji na suficie, słyszymy brzmienia fortepianu i wiolonczeli. Są oszczędne w środkach wyrazu. Z rzadka można tu spotkać rozbudowaną frazę muzyczną, raczej pojedyncze akordy. Dominuje znana z jazzu technika call-response: a więc np. punkty, „kropki” stawiane klawiszami i odpowiedź na to smykiem wiolonczeli – jakby podkreślenia tych punktów. Ot, jakby odpowiednik dzieł Malewicza (malarstwo) czy Morrisa (rzeźba) w przestrzeni dźwiękowej, choć były i kaskady akordów przechodzące w unisono obu instrumentów. A wszystko z przewagą ciszy pomiędzy taktami…
Kilkadziesiąt osób spoczywających na leżakach miało motyw do kontemplacji estetycznej albo też percepcji fizyki dźwięku przez ponad 2 godziny.

Wesele w tonacji molowej?

Światowa premiera projektu „Wesele Lubelskie”, wieńczącego 9. KODY, zebrała największą publikę festiwalu w sali operowej CSK. Nim na scenę wyszli artyści, uroczyście zamykali imprezę jej twórcy: szef „Rozdroży” Mirosław Haponiuk, komisarz festiwalu Jerzy Kornowicz – kompozytor improwizator, a także artysta muzyk Jan Bernad, który żartował: skoro dziś przeżywamy tutaj „Wesele” to za rok, w jubileuszową edycję festiwalu, wypadałoby obchodzić chrzciny…
Za chwilę usłyszeliśmy Kronos Quartet – światowej klasy smyczkowy ansambl z USA oraz śpiewaczki Międzynarodowej Szkoły Muzyki Tradycyjnej (pod kier. Jana Bernada i Moniki Mamińskiej).
„Wesele Lubelskie” to próba ukazania szerokiego nurtu muzyki tradycyjnej regionu poprzez oryginalne pieśni weselne. Tutaj – śpiewane tzw. białym głosem, były misternie zdobione ornamentem muzyki współczesnej, którą skomponował Aleksander Kościów (muzyk i etnograf z Akademii Muzycznej F. Chopina w Warszawie). Sięga ona szeroko, od tradycji Kolberga po Szymanowskiego. Brzmienia subtelne, znakomite. Autor, w swej interpretacji obrzędu wesela wplótł szereg pieśni. Zapewne są reprezentatywne dla naszego regionu jako miejsca spotkań kultur i religii, jednak tu dają obraz godów dość zaskakujący: w tym dziele brzmią monotonnie i nostalgicznie, raczej „molowo”, choć autor z tym polemizuje.

Publiczność różnie to odbiera

Dało to niespotykaną okazję do wymiany poglądów o rodzaju tkanki artystycznej „Wesela” i całego festiwalu.
– To wielkie dzieło muzyczne. Koncert przepaja refleksja nad rytuałem przejścia. Ten wszak nie jest statyczny, dominuje radość życia. Tutaj tego zabrakło, tradycyjne pieśni ludowe można by wybrać tak, by oddawały całą prawdę o tym obrzędzie – uważa prof. Jerzy Bartmiński, etnolingwista z UMCS. Podobnie odebrali ten utwór jego „koledzy po fachu”: prof. Vasyl Ivashkiv i jego żona Halyna – specjaliści etnologii Uniwersytetu Iwana Franki we Lwowie, którzy przybyli tu niejako służbowo.
– Trochę jakby za smutno na tym weselisku – komentuje Romek Wołczko, miłośnik ludowej obrzędowości. Znakomicie za to odebrano muzykę ozdabiającą owe rytualne pieśni. – Kwartet smyczkowy wykonał iście koronkową pracę – słyszymy.
Wymienione spektakle muzyczne dedykowano Lublinowi świętującemu jubileusz – są zakorzenione w lubelskiej lokalności lub do niej nawiązują. Akcja „Monachomachii” Krasickiego prawdopodobnie dzieje się właśnie tu, „Missa sine nomine” wykorzystuje strofy największego lubelskiego poety Józefa Czechowicza, a „Wesele Lubelskie” jest fuzją tradycyjnego obrzędu z muzyką współczesną.
Podczas całego festiwalu brzmiała muzyka, rzec można, „sKODYfikowana” według zasad przyjętych przez jego formułę: polega ona na szukaniu podobieństw między odległymi zjawiskami kultury zarówno w przestrzeni, czasie oraz w różnych gatunkach muzyki, generalnie sztuki. Jak wiadomo, artyści tego festiwalu odrzucają tradycyjne formy i treści muzyczne.
Twórcy festiwalu KODY obudowują tę imprezę dość skomplikowaną filozofią dźwięku – eksperymentalną i dość hermetyczną. Od 9 lat znajduje ona jednak zwolenników.
Marek Rybołowicz

Komentarze