Rodzina Roberta Piaseckiego, mieszkająca na terenie stadionu Lublinianki, otrzymała przedsądowne wezwanie do opuszczenia lokalu. Urzędnicy zastanawiają się także nad obciążeniem rodziny opłatami za bezumowne korzystanie z domu. Jednocześnie uspokajają: po 40 latach zajmowania „Białego domku” rodzina nie trafi na bruk…
Informowalismy o rodzinie państwa Piaseckich, mieszkających w „Białym domku” na terenie stadionu klubu „Lublinianka”. Obiekt, podobnie jak i cały stadion, jest w fatalnym stanie technicznym. Przegniłe belki stropowe z trudem utrzymują łatany sposobem gospodarskim dach. Niegdyś był to budynek służbowy, w którym zamieszkał teść pani Marzeny Piaseckiej. Ona sama wprowadziła się tam w 1974 roku. Oprócz pani Marzeny zameldowany jest tu jej syn Robert, jego żona i dwójka małych dzieci: jedno w wieku trzech, drugie – sześciu lat. – Dziadek tu mieszkał odkąd dostał pracę przy odbudowie stadionu. mój tata się tu urodził, ja, moje dzieci – wylicza pan Robert. Od rodziny nigdy nie żądano płacenia czynszu. Wszyscy mają adres zameldowania Leszczyńskiego 19, tak jak Klub Sportowy „Lublinianka”. Pani Marzena opowiada, jak urzędnicy się zdziwili, że tu ktoś mieszka i to od 40 lat. Monika Różycka-Pitucha z Wydziału Gospodarowania Mieniem przyznała, że sytuacja jest co najmniej dziwna. – W dokumentach nie znaleźliśmy informacji, żeby tam ktoś mieszkał. To wynikło przy okazji innej sprawy, interwencji do MPWiK – dodała. Po tym, jak sprawą zainteresowali się dziennikarze, nabrała tempa. – Nieruchomość zajmowana przez państwa Piaseckich jest od wielu lat przedmiotem umowy dzierżawy. Obecnym dzierżawcą jest Sportowa Spółka Akcyjna „Lublinianka”. Zamieszkują ją ponad 40 lat i nie uiszczają nikomu jakichkolwiek świadczeń (za wyjątkiem opłat za dostarczanie energii elektrycznej) ani na rzecz właściciela, którym jest Skarb Państwa, ani dzierżawcy – informuje Krzysztof Żórawski, dyrektor Wydziału Gospodarowania Mieniem. – Z informacji uzyskanych z Wydziału Spraw Mieszkaniowych wynika, iż państwo Piaseccy nie podjęli nigdy żadnych działań (nie wystąpili z wnioskiem) o przyznanie lokalu zastępczego. Nie wystąpili również nigdy o usankcjonowanie faktu korzystania z nieruchomości w formie stosownej umowy np. umowy, najmu. Od przeszło 40 lat rodzina zamieszkuje nieruchomość, do której nie ma tytułu i nie ponosi jakichkolwiek świadczeń zarówno związanych z korzystaniem z mediów (oprócz opłat za energię elektryczną), ani opłat czynszowych. Taki stan nie jest zgodny z zasadami prawidłowej gospodarki. Fakt powzięcia informacji o tym powinien skutkować obciążeniem rodziny opłatami za bezumowne korzystanie, co będzie należało rozważyć – ostrzega. Rodzina nie kryje rozgoryczenia: – Nikt się do nas nie przyznawał, ani wojskowy klub, ani Norweska Grupa Inwestycyjna, ani miasto. Komu mieliśmy płacić czynsz? Pomoc zadeklarował radny Marcin Nowak (PiS). – „To uczciwi ludzie, którzy całym swoim życiem udowadniają, że rzetelnie wypełniają obowiązki obywatelskie względem gminy. – Gdy rodzina udała się do urzędu miasta chcąc uzyskać informację, co z nimi dalej będzie, komu teraz mają płacić czynsz, rozpoczęła się tragifarsa, bo po pierwsze, Urząd Miasta Lublin nic nie wiedział o istnieniu budynku (ów nie widniał w miejskim planie), a po drugie, w trybie natychmiastowym, poinformował zajmujących go mieszkańców o „nielegalnym zajęciu lokalu” i „konieczności opuszczenia go”. Tak to właśnie głupota urzędnicza sięgnęła zenitu, a pytania o bezduszność, niekompetencje i całkowite niezrozumienie problemu same cisną się na usta. Jak bowiem można było wysłać do ludzi pismo, w którym karze się ich za ewidentny błąd urzędników? Jak można było nie zawrzeć w piśmie podstawy prawnej (skądinąd zapewne jej nie ma), w oparciu o którą podjęta została ta bulwersująca decyzja? Jak wreszcie miasto mogło przejąć od Norwegów tereny, nie wiedząc, co się na nich znajduje? – pyta na swoim blogu. Radca prawny ratusza, Zbigniew Dubiel, przypomina: – Zajmowanie mieszkania bez tytułu prawnego upoważnia do powództwa eksmisyjnego. Proponujemy ugodowe załatwienie sprawy przed skierowaniem do sądu. Mamy świadomość, że ci ludzie mieszkają tam tyle lat i że są związani z tym miejscem. Dyrektor Żórawski uściśla: – Doręczenie przedsądowego wezwania do opuszczenia lokalu jest niezbędne w celu skierowania sprawy na drogę postępowania sądowego przez radców prawnych. Pismo w tej sprawie jest już przygotowane, a wydział czeka jedynie na upływ wyznaczonego w wezwaniu terminu. Ewa Lipińska, dyrektor Wydziału Spraw Mieszkaniowych, uspokaja: – Nie ma eksmisji na bruk, a miasto będzie musiało zapewnić im lokal. Może się to odbyć jednak dopiero po orzeczeniu eksmisji przez sąd, a ponieważ w tej rodzinie są dzieci, więc sąd na pewno nakaże przyznanie im mieszkania – podkreśla pani dyrektor.
Sebastian Pawlak