Pieszo przez Kanadę

Na początku 2014 roku Jakub Muda postanowił, że pieszo przemierzy całą Kanadę – od Pacyfiku po Atlantyk. Przez kilka miesięcy intensywnie przygotowywał się do realizacji tego planu, by rok później, w zimie 2015 roku wyruszyć w drogę. Kilka tygodni temu jego wyprawa dobiegła końca. W Chełmie mieszkają jego dziadkowie, którzy od początku wyprawy mocno trzymali za niego kciuki.
O Jakubie Mudzie, pochodzącym z Polski, mieszkającym w Kanadzie studencie Uniwersytetu w Montrealu, i jego planach pisaliśmy na naszych łamach po raz pierwszy prawie dwa lata temu. Jakub postanowił, że w 8 miesięcy przejdzie całą Kanadę. Trasa, którą sobie wyznaczył, wiodła od Pacyfiku po Atlantyk, przez wszystkie prowincje Kanady. W sumie liczyła 8 tys. km. Wyprawa poprzedzona była intensywnymi przygotowaniami. Jakub pozyskiwał sponsorów, partnerów medialnych i potrzebny sprzęt. Szlifował też kondycję – ćwiczył na siłowni, uprawiał jogging i trenował z ekwipunkiem, aby jeszcze przed wyprawą wyeliminować wszystkie ewentualne wady sprzętu. Nie zapomniał też o psychicznym przygotowaniu do wyprawy. Korzystał z porad psychologa, dietetyków i speców od survivalu. Wyruszył 19 stycznia 2015 roku, lecąc do Victorii w Brytyjskiej Kolumbii. Pod koniec maja tego roku, pokonawszy kilkaset kilometrów osiągnął swój cel – Cape Spear, St. John’s, najdalej wysunięty na wschód punkt Kanady.
Dziś, już po zakończeniu wyprawy, Jakub przyznaje, że była to przygoda jego życia. Choć nie udało się jej ukończyć w zamierzonym czasie, jest bardzo zadowolony, że dotarł do celu.
– Wspomnienia są bogate. Opiszę je w książce i mam nadzieję, że wyjdzie z tego coś ciekawego. Kanada jest bardzo różnorodna. Najbardziej podobały mi się góry. Góry Skaliste czy Prowincja Newfoundland to coś niesamowitego – opowiada student.
Jakub nie ukrywa, że wyprawa nie należała do łatwych. W kość dały mu minusowe temperatury, czasem głód, zmęczenie, samotność i… źle dobrane buty.
– Gdy temperatura spada poniżej 30 stopni Celsjusza, bardzo dużo energii potrzeba na ogrzanie ciała, a co dopiero na przejście chociaż dwudziestu kilometrów – opowiada. – Ja robiłem po około czterdzieści kilometrów dziennie, co było ogromnym wysiłkiem. Wiele razy byłem dosłownie zamrożony i po kilku miesiącach wyprawy czułem się tym bardzo przygnębiony. Czasami nie było też nic dobrego do jedzenia. Mogłem zjeść to, co znalazłem na stacjach benzynowych, a czasem po prostu nie jadłem nic. Niby miałem swoje zapasy na 7-14 dni, ale ile można jeść to samo. Szczególnie trudne było przejście ostatnich prowincji. Głównie z powodu zmęczenia, także psychicznego. Czasami nie widziałem nikogo, ani nie rozmawiałem z nikim przez wiele dni. Podczas wyprawy zużyłem dziewięć par butów. Dwie były źle dobrane i po kilkuset kilometrach wolałbym iść boso, niż w tych butach.
Mimo wszystkich trudów i niedogodności Jakub Muda nie miał momentów, w których chciał zrezygnować z wyprawy.
– Ani przez chwilę o tym nie pomyślałem. Po co miałbym się ruszać z domu, skoro miałbym to rzucić? Wiadomo, były gorsze dni, ale wtedy po prostu niezbędna była przerwa, dobry obiad, odpoczynek i kolejny dzień przynosił więcej siły – wspomina.
Po drodze spotkał wielu pomocnych ludzi. Już od samego początku dostawał wiele telefonów od osób, które zapraszały go do siebie.
– Wiele razy ludzie spotkani na drodze, stacji benzynowej, czy w restauracji zapraszali mnie na nocleg. Bardzo pomogły też różne organizacje w Kanadzie – polonijne i kanadyjskie. W większych prowincjach zawsze mogłem liczyć na wsparcie – mówi.
Jak zaznacza Jakub Muda, nieocenionym wsparciem, także finansowym, jego wyprawy byli mieszkający w Chełmie dziadkowie – Brygida i Zdzisław Muda.
– Jesteśmy niezmiernie dumni z jego osiągnięcia, ale gdy dowiedzieliśmy się o wyprawie wnuka, mieliśmy wiele pytań obaw i wątpliwości. Od początku nie wierzyłem w założony czas realizacji ekspedycji. Wiedziałem, że mogą wystąpić problemy ze zdrowiem, sprzętem, braki finansowe, opóźnienia związane z pogodą, konieczność przerw na odpoczynek oraz nieplanowane spotkania. Miałem rację – takich spotkań było bardzo wiele. Do tego doszło nieplanowane zwiedzanie i poznawanie różnych zakątków Kanady. Były wywiady dla lokalnych mediów, spotkanie z konsulem RP w Vancouver, a już po zakończeniu wyprawy – z konsulem RP w Montrealu. Żałuję, i on teraz zapewne też, że nie zdradził mi, z kim, poza dietetykiem, kontaktował się przy planowaniu wyprawy. Wielu problemów udałoby się uniknąć – mówi Zdzisław Muda.
Sam Jakub z wyprawy jest bardzo zadowolony.
– Podsumowując: myślę, że jest się z czego cieszyć, wszystko odbyło się bez większych kontuzji, nie licząc skręconej kostki, prawie złamanego kolana, uszkodzonego stawu biodrowego i 500 dni bolących nóg. Prawie każdy dzień był inny i wyjątkowy. A najlepsze jest to, że nigdy nie wiedziałem, co czeka mnie za 500 metrów. Zawsze była to droga w nieznane i prawie nigdy nie było nic pewnego. No chyba, że Polacy czekali z gościną. Byli nawet tacy, którzy chcieli przejechać sto kilometrów, aby mnie wziąć do siebie do domu, na królewską ucztę – mówi. (kw)

Komentarze