Powstają mapy wspomnień

Już dwie dzielnice: Konstantynów i Kalinowszczyzna, mają swoje mapy wspomnień. – Wspaniała inicjatywa – oceniają mieszkańcy.
Te niezwykłe dokumenty opracowali członkowie Lubelskiej Grupy Badawczej (Marta Nazaruk-Napora, Agnieszka Jastrzębska-Duda, Wojciech Zirebiec, Artur Duszyk) w ramach miejskiego programu Dzielnice Kultury.
Mapa, na której znajdują się obiekty ważne nie ze względów historycznych czy geograficznych, tylko ze względu na wspomnienia i miejsca ważne dla poszczególnych ludzi, ma już w Polsce swoją tradycję. Mapy miejsc osobistych mają np. mieszkańcy warszawskiego Bemowa czy gdyńskiego Orłowa. Od niedawna podobną mapą mogą pochwalić się lublinianie z Kalinowszczyzny i Konstantynowa.

Konstantynów odkrywany na nowo

Przygotowania do obu projektów trwały kilka miesięcy. Wydanie przewodników po dzielnicy poprzedziły warsztaty, spotkania i wywiady przeprowadzane przez członków LGB z mieszkańcami obu dzielnic. Ciekawe okazały się zwłaszcza odkrycia związane z Konstantynowem. W trakcie badań twórcy sentymentalnej mapy przekonali się, że ta stosunkowo mało znana dzielnica ma bardzo ciekawą, wciąż jeszcze zbyt słabo odkrytą historię. Pierwszym problemem z jakim zetknęli się twórcy mapy, było określenie granic dzielnicy – wielu mieszkańców było zaskoczonych faktem, że mieszkają właśnie na Konstantynowie. Drugim zaskoczeniem było bogactwo materiału. Historii i miejsc wskazanych przez mieszkańców było tak wiele, że mogłaby z nich powstać cała książka. – Chcieliśmy dotrzeć do wszystkich grup wiekowych, do dzieci, dorosłych i seniorów, dlatego na mapie zaznaczone są miejsca ważne dla wszystkich mieszkańców – podkreśla Marta Nazaruk-Napora z Lubelskiej Grupy Badawczej. Spacery, rozmowy i dokumentacja fotograficzna pozwoliły „zamapować” najważniejsze miejsca i obiekty dzielnicy. Na stworzonej przez graficzkę Karolinę Sularz mapie ostatecznie znalazły się m.in. kościół na Poczekajce, dworek KUL-u, czyli „Konstantynówka” itp. Każde miejsce zaznaczone na mapie opatrzone jest dodatkowo krótką historią – wspomnieniem konkretnego mieszkańca dzielnicy.
– Dla mnie to przepiękna dzielnica, pełna kiedyś zieleni i zwierząt. Najukochańszym moim miejscem są „Zimne Doły”. Wspominam ze wzruszeniem zwłaszcza poranną rosę na trawie – mówi Zofia Polska, przewodnicząca zarządu rady dzielnicy Konstantynów, od wielu lat związana z Konstantynowem.

Dzielnica budowana własnymi rękami

Mieszkańcy dzielnicy bardzo się w ten projekt zaangażowali. Chętnie wspominali historię dzielnicy, którą w zasadzie sami na bieżąco tworzyli, czynnie uczestnicząc w jej powstawaniu. A historia Konstantynowa sięga do lat 30. XX wieku, kiedy to podoficerowie z 8. Pułku Piechoty Legionów na wykupionych gruntach założyli tu Wojskową Spółdzielnię Mieszkaniową im. Powstańców Styczniowych (pomiędzy obecnymi ulicami Powstania Styczniowego, Wacława Rogińskiego, Mieczysława Romanowskiego a aleją Kraśnicką). Działki początkowo miały wielkość aż 3 tysięcy metrów każda i były terenem rekreacyjnym. Z czasem w okolicy, która była przedmieściami Lublina, zaczęły pojawiać się pierwsze drewniane domki. – Nasza dzielnica miała być taką namiastką warszawskiej Saskiej Kępy – mówi pan Leszek Klimek, mieszkaniec Konstantynowa. – Spółdzielnia wojskowa powstała tu z inicjatywy samego marszałka Piłsudskiego – dodaje.
W tym czasie powstało 49 działek, na których zasadzono piękne sady i urządzono ogrody. Los tych terenów został przesądzony po II wojnie światowej. W PRL-u rodzinom wojskowych zabrano działki i poszatkowano je na wiele maleńkich działeczek budowlanych. – Ja dostałem swoją działkę na tym terenie w 1981 r. Ma tylko 360 mkw. – mówi pan Leszek. I tak jest praktycznie w całej dzielnicy, miejsca na działce starczało zwykle tylko na dom. O postawieniu garażu nie było już mowy, a parkujące na ulicach samochody to obecnie jedna z plag tej dzielnicy. – Za działki zapłacili grosze. Więcej za drzewa owocowe dali niż za działki – mówi pani Danuta Górka, która na Konstantynowie mieszka już ponad 40 lat. Dzielnica powoli się zmieniała, przybywało mieszkańców, ale brakowało infrastruktury.
– Wszystko w czynie społecznym się budowało, żeby nie chodzić po błocie. Nikt nie myślał o kanalizacji burzowej, o jakości materiału, byleby tylko można było po twardym przejść suchą nogą – stwierdza pan Leszek. Po pracy mieszkańcy spotykali się, żeby własnymi siłami i środkami stawiać słupy elektryczne czy chodniki. – Pamiętam, że na początku mieliśmy tylko wodę i światło. Ani kanalizacji, ani dróg nie było. Sami kopaliśmy rowy pod krawężniki – mówi pani Danuta. – Pamiętam tu jeszcze kocie łby, bo to były lubelskie przedmieścia – dodaje pani Joanna Bykowska. W dzielnicy działała też szkoła. Mieściła się w istniejącym do dziś drewnianym budyneczku przy al. Kraśnickiej, na wprost szpitala wojewódzkiego. Placówkę prowadzili państwo Wójtowiczowie. Nauka odbywała się w dwóch salach w tym domku aż do 1967 r. Później dzieci z dzielnicy dojeżdżały już do szkól na LSM. Komunikacja miejska, która pojawiła się w latach powojennych, znacznie ułatwiła kontakt z Konstantynowem. – Końcowy to był początkowo w pobliżu ulicy Pielęgniarek a dzielnica zawsze była związana z „dziesiątką” – mówi pani Danuta Górka. Po przebudowie al. Kraśnickiej pojawiły się trolejbusy. Mało osób wie o tym, że w dzielnicy działała również kolejka wąskotorowa, która powstała w 1926 roku. Kolejka usprawniała transport buraków cukrowych z terenów rolniczych do lubelskiej cukrowni. Jej rampa załadunkowa i punkt skupu buraka mieściły się niedaleko kościoła pw. Niepokalanego Serca Maryi i św. Franciszka, zwanego popularnie „Poczekajką”. Historia tej nazwy jest również ciekawa, bo podobno w tej okolicy stała kiedyś gospoda żydowska nazwana po prostu „Poczekaj”. Współcześnie dzielnica ogromnie się zmieniła. Przybyło domów i osiedli, powstał szpital wojewódzki, kościół, fabryka leków Polfa. Nie zmieniło się jedno – mieszkańcy nadal są bardzo mocno związani ze swoim „skrawkiem ziemi” i bardzo kochają zieleń.
Mapa, przygotowana przez Lubelską Grupę Badawczą, odkrywająca nieznany Konstantynów, na pewno nie jest ostatnim tego typu projektem
– Myślimy już o kolejnych mapach, bo tego typu praca jest po prostu naszą pasją – wyjaśnia Marta Nazaruk-Napora. – Kolejne mapy mogłyby powstać w dzielnicach, w których mieszkają członkowie naszej grupy badawczej czyli na Czubach, Węglinie i Rurach – dodaje.
Patronem przedsięwzięcia jest DDK „Węglin”.
(EM.K.)

Komentarze