Samotny pielgrzym ze Świdnika

Darek Dragan (drugi z prawej) ze spotkanymi na szlaku pielgrzymami

„Camino” daje to, czego potrzebujemy, a nie to, czego chcemy – mówi Darek Dragan ze Świdnika, który w 30 dni przeszedł 930 kilometrów szlakiem św. Jakuba do Santiago de Compostela. Szedł tzw. szlakiem francuskim, wyruszył z Saint Jean Pied de Port. Każdego dnia przemierzał kilkadziesiąt kilometrów, niosąc na plecach cały swój bagaż. O tej niezwykłej podróży, o spotkanych ludziach, o pokonywaniu własnych słabości opowiada naszym czytelnikom.

Dlaczego postanowiłeś wyruszyć na szlak św. Jakuba?

Powodów było kilka. Pierwszy: to kwestie religijne – dla mnie Bóg jest na pierwszym miejscu. Po drugie: kocham wyzwania, a to była nie lada próba. Po trzecie: lubię poznawać nowych ludzi. Po czwarte: chciałem też podszkolić swój angielski. Itd. Kończąc studia magisterskie, kupiłem sobie książkę „Droga wojownika. W poszukiwaniu męskiego serca”. Był tam rozdział na temat wyzwań dla mężczyzn i poszukiwałem takiego, które będzie dla mnie trudne, ale możliwe do zrealizowania. Zacząłem myśleć właśnie o szlaku do Santiago de Compostela. Przez jakiś czas miałem to z tyłu głowy, ale od Świąt Wielkanocnych te myśli się nasiliły i mogę powiedzieć, że Camino (droga św. Jakuba) mnie wołało. Wtedy już wiedziałem, że muszę i chcę wyruszyć w tę drogę.

Zdecydowałeś się iść na szlak św. Jakuba sam. Dlaczego? Czy to była dobra decyzja?

Początkowo miałem iść z kolegą, jednak okazało się, że on nie może. Miałem obawy, czy sam sobie poradzę, ale czytałem komentarze różnych osób, którzy podkreślali, że właśnie lepiej wybrać się samemu, że wszystkie obawy potem znikają. Nie ukrywam, że przed wylotem martwiłem się, czy dam radę w pojedynkę, tym bardziej, że mój angielski nie zachwyca, ale po dotarciu na miejsce wszelkie lęki znikły. Teraz mogę powiedzieć, że to było najlepsze rozwiązanie i uważam, że najlepiej na Camino iść samemu. Wtedy też jest dużo ciszy, a w ciszy słyszymy więcej, mocniej doświadczamy Pana Boga.

Jak się przygotowywałeś do tej podróży?

Korzystałem przede wszystkim z blogów podróżniczych, z polskiego forum na temat Santiago de Compostela. Stamtąd dowiedziałem się, jak spakować plecak, jakie rzeczy są niezbędne, a bez czego można się obejść. Oglądałem też filmy na YouTube. W trakcie przygotowań pojawiły się też osoby, które w jakiś sposób mogły mi pomóc. Na przykład jedna dziewczyna zdawała relację ze swojej podróży na Facebooku, a szła tym szlakiem, na który ja się wybierałem, więc od niej uzyskałem wiele cennych wiadomości. Wspierała mnie też moja mama, która pracuje w przedszkolu. Jak się okazało, jedna z matek, pani Tamara, szła także tym szlakiem. Zaoferowała, że pożyczy mi swój plecak, co było dość niezwykłe, bo przecież mnie nie znała. Ale gdy się z nią spotkałem i zobaczyłem ten plecak, to zaniemówiłem, bo był taki, jaki sobie wymarzyłem!

Zapewne spotkałeś wielu wędrowców. Zzy ktoś szczególnie zapadł ci w pamięć?

Pierwszego dnia poznałem Wiktora, który pochodzi z Ukrainy, ale od wielu lat mieszka z żoną i dziećmi w Polsce. Zaczepił mnie, bo miałem na plecaku naszywki: flagę Polski, swoje imię, Camino Santiago Polska. Byłem zdziwiony, bo zagadał do mnie po polsku. Potem ciągle byliśmy w kontakcie, od czasu do czasu spotykaliśmy się gdzieś na trasie. Kilka dni później poznałem Dawida z Węgier, który na co dzień mieszka i pracuje w Hiszpanii. Szybko złapaliśmy wspólny język i wspieraliśmy się na trasie. Do tej pory mamy ze sobą kontakt, więc to nie jest tak, że po dotarciu do Santiago te znajomości się kończą. Praktycznie przez całą drogę nie spotkałem nikogo z Polski, aż pod koniec poznałem Monikę, która pracuje na Uniwersytecie Gdańskim. Szybko złapaliśmy nić porozumienia i już razem doszliśmy do celu.

Każdego dnia szedłeś z całym swoim bagażem. Ile on ważył i czy zostawiałeś coś po drodze?

Początkowo mój plecak ważył 15 kilogramów i to jest zdecydowanie za dużo jak na taką podróż. Chciałem być przygotowany na każdą okoliczność, ale szybko okazało się, że każdy gram ma znaczenie i z czasem trzeba zrezygnować z jakiś rzeczy. Ale to nie jest tak, że wyrzuca się coś do śmietnika. W schroniskach dla pielgrzymów można zostawiać rzeczy, których już nie potrzebujemy, a ktoś inny będzie mógł z nich skorzystać. Mówi się, że Camino daje to, czego potrzebujemy, a nie to, czego chcemy i ja też tego doświadczyłem. Drugiego dnia padało na trasie i zakładając płaszcz, niefortunnie go rozdarłem. Potem nie nadawał się już do użytku. Ogólnie przez większość drogi było słonecznie, ale gdy wchodziłem do regionu Galicja, pogoda zaczęła się mocno zmieniać i widziałem, że będzie padało. Zmartwiłem się trochę, bo nie miałem płaszcza, a nie chciałem wydawać pieniędzy na nowy, gdyż właściwie każde euro miałem wyliczone. Pomodliłem się spontanicznie, prosząc Pana Boga o pomoc. Po kilkudziesięciu metrach na drodze znalazłem nowe ponczo, zapakowane, z metką! Wziąłem je do ręki, bo przypuszczałem, że ktoś je zgubił i zaraz po nie wróci. Ale nikt się nie pojawił. Zawsze wierzyłem, że nic nie dzieje się bez powodu i nie ma przypadków i każdego dnia się w tym umacniam, a tamta sytuacja dobitnie pokazała mi, że Pan Bóg najlepiej wie, czego nam potrzeba.

Mówi się, że w tej pielgrzymce to nie cel jest ważny, ale sama droga. Jak ty się do tego odnosisz?

Zdecydowanie się z tym zgadzam, chociaż cel też ma znaczenie – przecież my, katolicy, dążymy do zbawienia, to jest nasz życiowy cel. Jednakże, gdy dotarłem do katedry św. Jakuba, to z jednej strony czułem radość, że ukończyłem tę wędrówkę o własnych siłach, a z drugiej strony pojawił się smutek, że to już naprawdę koniec, że nie spotkam nigdy więcej tych wspaniałych ludzi… Niezaprzeczalnie droga była bardzo ważna, bo podczas niej poznałem swoje możliwości i uwierzyłem w siebie.

Dziękuję za rozmowę.

Magdalena Gładysz

Komentarze