Sezon na granaty

Granat moździerzowy

Mieszkanka Pławanic podczas prac w ogródku wykopała granat moździerzowy z czasów drugiej wojny światowej. Zaniosła go do domu…

Granat pod grządką

W poniedziałek 66-letnia mieszkanka Pławanic (gmina Kamień) pracowała w ogródku. Spulchniała ziemię motyką, gdy natknęła się na niecodzienne znalezisko.
– Zardzewiałe żelastwo leżało zaledwie dziesięć centymetrów pod ziemią – opowiada pani Maria Mucha. – Przestraszyłam się, ale zabrałam to do domu. Mówię do męża, że chyba bombę wykopałam. Wyniosłam to z powrotem na podwórko. Nie rzuciłam, tylko położyłam. Zadzwoniliśmy na policję. Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, takich granatów mnóstwo było w okolicy, na pastwiskach. Pewnie były puste, bo nigdy nikomu nic się nie stało, ale ten, który znalazłam teraz, był bardzo ciężki. Dobrze, że mój wnuczek tego nie znalazł. Niedawno kopaliśmy szambo, może podczas tych prac zruszyliśmy ziemię i stąd ten granat w moim ogródku. Ostrzegam wszystkich, którzy znajdą się w podobnej sytuacji, aby od razu dzwonili po mundurowych.
Na przyjazd saperów trzeba było poczekać, bo w tym samym czasie zajmowali się zabezpieczeniem niewybuchów w pobliskich Krzywicach (gmina Chełm). Jeden z tamtejszych mieszkańców podczas równania działki wykopał granat moździerzowy oraz pocisk artyleryjski. W tym przypadku mężczyzna zachował się wzorowo – zawiadomił policję i nie dotykał znaleziska do czasu przyjazdu odpowiednich służb.
Granat moździerzowy znaleziony w Pławanicach nie miał zapalnika i nie stanowił zagrożenia. Z kolei pocisk artyleryjski z Krzywic nie zawierał materiału wybuchowego. W przeciwnym razie, w zetknięciu z wysoką temperaturą, na przykład wrzucony do ogniska, mógłby wybuchnąć. Granaty znalezione w Pławanicach i Krzywicach pochodzą z czasów drugiej wojny światowej. To, czy konkretne znalezisko tego typu stanowi śmiercionośne zagrożenie czy też nie, mogą ocenić tylko specjaliści. Saperzy ostrzegają przed pochopnym zachowaniem.
– Osoba, która znajdzie przedmiot wzbudzający podejrzenie, że może być niebezpieczny, natychmiast powinna zadzwonić pod numer alarmowy 997 lub 112 – mówi chor. Grzegorz Kloc z Patrolu Rozminowania nr 35 Pierwszej Warszawskiej Brygady Pancernej w Chełmie. – Policjanci, którzy przyjadą na miejsce, są w stanie ocenić czy rzeczywiście jest to przedmiot niebezpieczny, czy też na przykład element maszyny rolniczej, bo i tak się zdarza. Zabezpieczają znalezisko do czasu naszego przyjazdu. Pod żadnym pozorem nie można dotykać przedmiotu, który wzbudza nasze podejrzenia, bo może dojść do wybuchu. Wypadki się zdarzają. Tymczasem niektórzy nie tylko biorą pocisk do ręki, ale bardzo często robią sobie zdjęcia z nim i wstawiają fotografie na portale społecznościowe. To szczyt głupoty. Innym przejawem skrajnej nieodpowiedzialności jest pokazywanie takich przedmiotów dzieciom – na zasadzie: „chodź, zobaczysz bombę”. To niedopuszczalne. Dzieci zawsze należy trzymać z daleka od miejsc, w których odkryto niebezpieczne przedmioty.
Patrol Rozminowania nr 35 Pierwszej Warszawskiej Brygady Pancernej w Chełmie działa na terenie dwunastu powiatów. To sprawia, że chełmscy saperzy mają wciąż mnóstwo pracy. Najwięcej wezwań mają od wiosny do jesieni. W tym czasie trwają budowy dróg, prace rolne, ogrodnicze, wymiana instalacji telefonicznych, budowy dróg i inne inwestycje, podczas których odkrywane są różnego rodzaju pociski moździerzowe, artyleryjskie i lotnicze. Zdarzają się dni, kiedy saperzy mają nawet sześć wezwań. Od początku tego roku odnotowali 130 zgłoszeń. Bywa tak, że saperzy przyjeżdżają, aby zabrać jeden wyorany niewybuch, a w sąsiedztwie znajdują kolejne. W przypadku poniedziałkowego wezwania w Pławanicach przeszukali ogródek, w którym kobieta znalazła granat. Na szczęście odnaleziono tam tylko metalowe blaszki i gwoździe.
Rozpoczyna się sezon grzybobrania. Saperzy apelują do osób, które przypadkiem natkną się w lesie na niebezpieczne przedmioty, aby nie lekceważyli tego, tylko powiadomili policję. – To ważne, aby wskazać odpowiednim służbom takie miejsce, w przeciwnym razie komuś może stać się krzywda – ostrzega chor. Kloc.

Zagrożenie jest realne!

Praca sapera jest niebezpieczna. Jednak w przypadku chełmskich fachowców nie zdarzyło się, aby doszło do wypadku z ich udziałem. – Jeśli chodzi o nasz patrol, nie było takiego przypadku.
Nieszczęśliwe wypadki z udziałem odkrywców niebezpiecznych przedmiotów, niestety, zdarzają się. Chor. Kloc przypomina niewiarygodną sytuację sprzed kilku lat, kiedy to w Chełmie eksplodował granat. Mieszkaniec ul. Siedleckiej zrobił sobie z niego popielniczkę i doszło do detonacji. Mężczyzna został poparzony. Bardzo często zdarza się, że odkrywcy starej amunicji przynoszą ją nie tylko do swoich domów, ale też do komisariatów policji. Kilka lat temu chełmianin przyniósł granat do dyżurnego chełmskiej komendy. – Nie wolno tego robić. To my jesteśmy od tego, aby taki przedmiot zabezpieczyć – mówi chor. Kloc. – Najczęściej zgłoszenia dotyczą przedmiotów z czasów drugiej lub pierwszej wojny światowej. Ze względów bezpieczeństwa nie rozbrajamy ich, nie manipulujemy przy nich, bo to niepotrzebne ryzyko. Zabieramy je na poligon i tam poddajemy detonacji. (mo)

Komentarze