Urodziłam się za płotem kościoła

„Po moim domu przy ulicy Lwowskiej został już tylko pusty plac przy parkanie kościoła…” Tak pisze Pani w tomiku wierszy „Chełmskie reminiscencje”. Spędziła Pani większość życia w Lublinie, a wraca do Chełma, aby zaprezentować swoją twórczość, a może życie?
Obydwa miasta to dwie moje ojczyzny. Jedna do momentu, kiedy dzieciństwo i wczesna młodość przechodziły w dojrzałość. Druga to już dorosłe życie, bo od momentu skończenia studiów nie powróciłam do Chełma. Tu zaczęłam pracować i spędziłam dotychczasowe, dorosłe życie. A spotkanie w Chełmie to taki nostalgiczny powrót do korzeni, do tego co w mojej podświadomości tkwiło bardzo głęboko, jakby osaczało moją duszę. Jednak nie potrafiłam tego uzewnętrznić. Początkowo nie czułam potrzeby powrotu, ale rozbudził ją we mnie nestor chełmskiej literatury, pan Jan Longin Okoń, dlatego zadedykowałam mu tomik „Chełmskie reminiscencje”. To on zainspirował mój powrót do chełmskich korzeni. Najpierw powróciłam tam za pomocą mojej twórczości. Dziś chcę…

Powspominać. Zacznijmy zatem od domu rodzinnego.
To fotografia tego domu. Stał w samym centrum Chełma przy ulicy Lwowskiej, tuż przy kościele parafii Rozesłania św. Apostołów.

Piękny. To taka rodowa siedziba?
Nie. Historia tego domu jest mi nieznana, ale pamiętam doskonale opowieści mamy na temat w jak sposób tam z tatą zamieszkali, bo mama pochodziła z Chełma. Dokładnie to dziadkowie mieszkali wraz z ósemką dzieci pod tak zwanym Borkiem, chełmskim lasem. Tata pochodził z Łańcuta, ale służył w Chełmie w wojsku. Poznał Marię z domu Litwińczuk i zupełnie stracił dla niej głowę. Stało się nawet tak, że aby się z nią spotykać, wymykał się potajemnie z jednostki. W końcu spotkał go za to areszt. A historia domu rozpoczęła się od spaceru. Młodzi ludzie, zapewne myślący o swoim gniazdku, przypadkiem trafili na zaplecze tego domu. Mama zauroczyła się tym miejscem i ludźmi tam mieszkającymi. Powiedziała – Tomasz, jak byłoby wspaniale tu mieszkać! A zakochany Tomasz zmaterializował jej marzenia. W 1939 roku wzięli ślub i wynajęli mieszkanie w pięknym drewnianym domu przy ulicy Lwowskiej 31. Można powiedzieć, że urodziłam się za płotem kościoła, a dzieciństwo spędziłam w kościelnym ogrodzie. Mam nawet zdjęcie, gdzie jako półtoraroczne dziecko siedzę na kocyku w tym ogrodzie i wpatruję się w gdzieś lecącego na niebie ptaka i podziwiam piękno przyrody.

Nie wzlatujmy aż tak wysoko. Mówiła Pani o ludziach, którzy tam mieszkali i zachwycili mamę.
Chodzi tu bardziej o stworzony przez nich klimat, jaki mama tam zastała. Przed wojną mieszkali tam ludzie różnych wyznań, którzy zresztą przywitali ich bardzo serdecznie. Pamiętam, że mieszkała tam dentystka, która miała ogromny gabinet. Bardzo denerwowały ją dzwony kościelne. Taka obiegowa historia domu głosiła, że kiedyś wyszła przed dom i krzyknęła, że znowu biją te dzwony. Wtedy do ust wleciała jej końska mucha. A obok nas mieszkała pewna Ukrainka, która uczyła języka rosyjskiego, a jej brat był jakimś oficerem w Warszawie. Posiadał takie insygnia, które zapewniały mu absolutny komfort, kiedy przyjeżdżał do Chełma z Warszawy. A sam dom był prawdopodobnie przed wojną własnością rodziny pochodzenia żydowskiego, bo po wielu latach przyjechał do nas z Ameryki jakiś człowiek. Porozmawiał z tatą i poprosił o dostęp do piwnicy. Wykopał wtedy jakiś pakunek i pojechał.

Widzę jeszcze sklep ze słodyczami. Mała Alina chodziła tam po cukierki?
Tego sobie nie przypominam, ale pamiętam, że przed świętami mój tata zawsze stawał w kolejce, bo przychodził transport egzotycznych owoców. Dzięki temu w okresie świątecznym była u nas ogromna obfitość cytrusów.

Wrócę do Pani dzieciństwa w kościelnym ogrodzie. Ciekawy plac zabaw.
Można powiedzieć, że bawiłam się na kościelnej trawie. Tam właśnie chodziliśmy z grupą okolicznych dzieci. Znaleźliśmy takie miejsce na zapleczu kościoła, gdzie można było się spokojnie bawić. Uwielbiałam bawić się w szkołę, ale to już u nas na podwórku. Wynosiłam z domu krzesła i stoły, i zapraszałam wszystkie dzieciaki, a ja występowałam w roli nauczycielki.

Można powiedzieć taka szkoła parafialna. Zapytam jeszcze o czasy powojenne. Urodziła się Pani w 1944 roku. Ciekawe czasy.
Ciekawe raczej w tym negatywnym sensie. Kiedy się urodziłam, rosyjska armia strzelała przy studni niedaleko domu. Tata chodził nawet do żołnierzy i prosił, żeby nie strzelali, bo dziecko źle reaguje na ten huk. Poza tym czasy były ciężkie. Rodzice borykali się z problemami finansowymi, ale to nieważne.

A tata? Czym się zajmował?
Był kuśnierzem. Miał swój warsztat i jednocześnie uczył zawodu swoich czeladników. Każdy z jego uczniów czegoś się dorobił (domy, samochody), a tata inwestował w rodzinę i kształcił swoje dzieci, bo było nas czworo i wszyscy skończyliśmy studia wyższe, co na tamte czasy było czymś bardzo ważnym. Poza tym tata, choć niewykształcony, żywo reagował na wszelkie nowinki, interesował się światem. Kiedy pojawiły się pierwsze encyklopedie, on od razu zdobył talon i ją kupił. A mama z kolei bardzo wspierała wszystkie swoje dzieci, pomagała nam w zdobywaniu świata i potrafiła rozwijać kiełkujące w nas talenty.

Jaki talent zakiełkował w Pani?
Muzyczny na pewno nie. Wspominam to, bo w szkole mieliśmy naukę gry na skrzypcach. Och, jak wszyscy w domu cierpieli, kiedy próbowałam grać! W szkole średniej miałam kolegę, taka miłość z tamtych lat, ale platoniczna, wręcz nieuświadomiona. On grał doskonale na skrzypcach, a ja byłam dobra z języka polskiego i tak wspólnie się uzupełnialiśmy. Później nasze drogi się rozeszły. Ja trafiłam do Lublina, a Bogumił mieszka w Stanach, w Filadelfii i jest doktorem chemii, ale skończył też muzykologię. Kiedyś Bogumił przyszedł do nas do domu i zagrał na moich skrzypcach. W jego rękach zaczęły łkać. Mój tata nie mógł uwierzyć, że z moich skrzypiec można wydobyć takie dźwięki. Za to mama wspierała mój talent literacki, który prawdopodobnie odziedziczyłam po niej. Kiedyś zachorowałam i ona napisała za mnie wypracowanie. Dostała piątkę.

Skoro o szkole…
Uczyłam się w chełmskim liceum pedagogicznym i muszę powiedzieć, że był to mój drugi dom. Pamiętam nauczycieli, którzy w tamtych czasach mieli tak ogromny autorytet, że uczeń prostował się, stając przed pokojem nauczycielskim. Chodziło o zupełnie niewymuszony i naturalny szacunek, bo każdy z nauczycieli go budził przez swoją erudycję i wykształcenie. Historyk Ferdynand Kosiba, człowiek wielkiego formatu… Pani Halina Sakowska, polonista, która na lekcje przychodziła zawsze przygotowana i tego samego wymagała od nas. Pamiętam konkursy literackie i przedstawienia teatralne, które organizował z nami profesor Kusz. To były piękne czasy.

Skończyła Pan szkołę i trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Ten kierunkowskaz przy domu – miała Pani wybór: Hrubieszów, Lublin, albo Chełm.
Miałam taka możliwość żeby zostać w Chełmie i nawet brałam to pod uwagę. Poza tym początkowo dostałam nakaz pracy w Chełmie, ale pani Halina Sakowska poprosiła mnie: – Jedź do Lublina i przynajmniej spróbuj zdać egzaminy. Zdasz, to będzie szczęście. Jak się nie uda, to nie będę miała do ciebie żalu. No i zdałam. Ten mój kolega, który tak pięknie grał na skrzypcach, dostał wtedy nakaz pracy w Hrubieszowie. Napisałam do niego list i namawiałam, żeby nie marnował swojego talentu. W końcu wyjechał do Gdańska i tam skończył chemię i muzykologię.
Zaczęły się czasy lubelskie.
Przyjechałam tu z ojcem, który znalazł dla mnie stancję na Bronowicach. Później przydzielono mi miejsce w akademiku i mieszkałam w bloku B. Szybko zostałam starościną roku i bardzo poważnie podchodziłam do nauki, więc moje lubelskie miejsca z tamtych czasów, to przede wszystkim biblioteki. Potrafiłam tam przesiadywać od rana do wieczora. Ogromnie serio traktowałam naukę, tak że na piątym roku pracowałam już jako nauczycielka na pełnym etacie w szkole odzieżowej, ponieważ wcześniej miałam tam praktyki. Tam też bardzo poważnie podchodziłam do pracy do tego stopnia, że dyrektor zaproponował mi, abym tam już została. Jednak lubelski kurator oświaty zaproponował mi wtedy pracę w Zespole Szkół Ekonomicznych imienia Vetterów. Poszłam tam, a gmach szkoły ogromnie mnie przytłoczył i naznaczył jakimś niepokojem. Do tego dyrektor szkoły, pan Tadeusz Kącki, powiedział mi, że nie mnie oczekuje, bo miał przyjść ktoś inny.

Jak to?
A no tak to. Zobaczył mnie i mówi, że miał przyjść ktoś ze „Sztandaru Ludu”. Zadzwonił przy mnie do kuratora i dowiedział się, że jednak czeka na mnie. Powiedziałam mu wtedy, że nie będzie nigdy żałował decyzji o moim przyjęciu i nie żałował. Pracowałam tam przez trzydzieści cztery lata i robiłam wszystko, żeby jak najlepiej wykształcić i wychować młodzież. Nieskromnie powiem, że z powodzeniem.

A później przyszedł czas na twórczość. Pani Alino, chciałem zakończyć rozmowę cytatem z któregoś z Pani tomików wierszy, ale zapytam o to, co najbardziej ceni Pani w ludziach.
… Bycie sobą. To chyba najpiękniejsza wartość, jaką człowiek może nieść przez życie. Być wiernym swoim wartościom, w sposób empatyczny patrzeć na ludzi, dawać im radość i miłość.

Wszystko jasne. Dziękuje za rozmowę.

Rozmawiał
Marcin Jaszak

Komentarze