Zatraceni w hazardzie

Kradł pieniądze żonie, wynosił z domu złoto. Miał masę długów. Wierzyciele deptali mu po piętach. Marzył o wielkiej wygranej. Hazard zabrał mu piętnaście lat życia. – Otoczyłem się murem i nikogo nie chciałem wpuścić do swojego świata – mówi nasz rozmówca.

Dokładnie pamięta swój „pierwszy raz”. To były lata dziewięćdziesiąte. Późną nocą wracał wtedy z pracy. Wstąpił z kolegami do jednego z chełmskich barów. Z ciekawości wrzucił do automatu pięciozłotówkę. Przyciskał guziki, nie znając zasad gry. Pieniądze z hukiem zaczęły się sypać. Wszyscy patrzyli na niego z zazdrością. Wygrał cztery tysiące złotych. Można było sobie za to kupić używany samochód albo nawet na jakiś czas zrezygnować z pracy. Euforia po wygranej była ogromna. Latami marzył o wielkiej wygranej.

Koszmar, który niszczył życie

– To był lekki grosz, postanowiłem zagrać raz jeszcze, a potem znowu i kolejny raz. I tak zaczął się mój piętnastoletni koszmar – mówi nasz rozmówca. – Wciągnąłem się. Były przegrane. W ciągu roku straciłem mnóstwo pieniędzy. Zacząłem podbierać pieniądze żonie. Z początku się nie zorientowała. Potem było tylko gorzej. Wynosiłem z domu złoto i inne rzeczy, które można było spieniężyć. Żona już znała mój problem. Długi rosły – także te w banku. To, co zarobiłem, przegrywałem. Pożyczałem, od kogo mogłem. Codzienność polegała na tym, aby zdobyć pieniądze na granie. Kolejka wierzycieli była coraz dłuższa. Nie mogłem spać. Żona chciała mi pomóc. W różnych miejscach rozpytywała, gdzie szukać ratunku w takiej sytuacji. Radzili jej, aby mnie wymeldowała, aby rozdzielić majątek. Żona była załamana, a ja żyłem tak, jakbym był otoczony jakimś murem. Nic do mnie nie trafiało, żyłem we własnym świecie. Nie zważałam na to, że krzywdzę rodzinę. Było mi wszystko jedno. Nie chciałem, aby ktoś znał mój problem. Wstydziłem się tego. Nie chciałem, aby ktoś mi z tego powodu dokuczał, zaczepiał, wypominał. Myślałem już, aby pójść do ośrodka Brata Alberta, aby wszyscy dali mi święty spokój.
Znajomi mówili mu, że się zmienił, że jest nie do poznania. W końcu, gdy był bliski dna, żona oznajmiła mu, że pomoże mu stanąć na nogi. Postawiła warunek: natychmiast musi rozpocząć leczenie i umówiła go z psychologiem. Twierdzi, że nie miał już innego wyjścia. Poszedł do specjalisty. Trafił do terapeuty, któremu bezgranicznie zaufał i z którym do dziś utrzymuje kontakt. Równocześnie zaczął chodzić na spotkania grup wsparcia dla osób uzależnionych. Wtedy jeszcze nie było tam podziału na konkretne uzależnienia. Uczęszczali do niej m.in. anonimowi alkoholicy. Ale dzięki nim zobaczył, że inni też mają nałogi i problemy, z którymi się borykają. Ich walka dała mu siłę.
– Pomyślałem sobie: skoro oni mogą wyjść z nałogu, dlaczego ja nie? – wspomina nasz rozmówca. – Najtrudniej było przyznać, że jestem hazardzistą. Po jakimś czasie, prawie trzy lata temu, powstała grupa wsparcia już tylko dla anonimowych hazardzistów. I tam poznałem ludzi, którzy byli i są dla mnie prawdziwym wsparciem. Trudno jest z wyjść z tego nałogu. Czytałem mnóstwo artykułów w różnych czasopismach, biuletynach na temat tego uzależnienia. Działamy między innymi na podstawie dwunastu kroków. Musimy się ich trzymać. Jednym z pierwszych jest przyznanie, że jest się hazardzistą, że jest się bezsilnym wobec hazardu, który kieruje naszym życiem. Bardzo ważna jest dla nas jedność grupy. I tu też mamy ustalone swoje odrębne zasady, między innymi: pierwszym warunkiem przystąpienia do grupy anonimowych hazardzistów jest pragnienie, aby przestać uprawiać hazard. Niezwykle istotna jest pomoc innym, tym, którzy cierpią z powodu nałogu.

Dzienniczki uczuć

Od decyzji o rozpoczęciu terapii, minęły trzy lata. Mówi, że teraz może już normalnie funkcjonować. Nie gra, pracuje, udziela się społecznie. Twierdzi, że w 99 procentach czuje się uwolniony od nałogu. Ale zostaje jeszcze jeden procent, dlatego zawsze już będzie musiał się kontrolować, pilnować, aby chęć zagrania znowu w nim nie zwyciężyła. Swoje doświadczenia spisał w „dzienniczkach uczuć”. Te notatki odczytuje też na spotkaniach grupy anonimowych hazardzistów. Tych, którzy tkwią w nałogu, zachęca do tego, aby przyszli na spotkanie. Jeśli zechcą, zostanie im wyznaczony tzw. „sponsor”, czyli osoba, która wyszła już z nałogu i pomoże im przetrwać najtrudniejsze chwile, poprowadzi do wyjścia z uzależnienia. Wsparcie innych, którzy przeszli ten sam koszmar, jest nieocenione.

Coraz więcej hazardzistów

Chełmskie Stowarzyszenie Klubów Abstynenckich ma siedzibę przy ul. Reformackiej. To jedno z najstarszych w mieście stowarzyszeń. Fakt ten najlepiej świadczy o tym, że problem uzależnień w Chełmie jest niezmiennie aktualny. Stowarzyszenie działa – i to prężnie – od trzydziestu lat. Rozszerza formy oferowanej pomocy, bo jest taka potrzeba. Tak było w przypadku grupy anonimowych hazardzistów, która rozpoczęła swoje spotkania przed trzema laty. Uzależnionych od hazardu jest coraz więcej.
– To uzależnienie, które ostatnio najintensywniej się rozwija – mówi Ewa Przeor, prezes Chełmskiego Stowarzyszenia Klubów Abstynenckich. – Stanowi ogromne zagrożenie, w które wpada coraz więcej osób. Związane jest to z brakiem pracy, chęcią szybkiego zarobku, odstresowania się. Wiele osób mówi sobie „pójdę, zagram, może wygram”. To wciąga, jak każde inne uzależnienie. Dlatego funkcjonuje u nas grupa samopomocowa osób mających problem z hazardem. Spotykają się w czwartki, organizowane są też mitingi otwarte. Każdy, kto czuje taką potrzebę, może przyjść.
Piotr Czarnecki, psycholog z Zespołu Wychowania i Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej nr 2 w Chełmie, mówi, że hazardzista nie robi bilansu zysku i strat. Nawet, jeśli coś wygra, to i tak prędzej czy później będzie na minusie, albo w najlepszym razie wyjdzie na zero.
– Dla hazardzisty nie jest najważniejsza wygrana, ale stan euforii, jakiego wtedy doświadcza – mówi Czarnecki. – Gracz nie gra dla pieniędzy, one mają drugorzędne znaczenie. Gdy wygrywa, wydzielają się hormony szczęścia, dlatego dąży do tego, aby ten mechanizm się powtarzał. Liczy się adrenalina, a nie przegrana. Problem zaczyna dotyczyć coraz więcej osób młodych. W uzależnienie wpadają już nastolatki. Zaczynają od drobnych kwot. Wrzucają do automatu monety, potem w grę wchodzą coraz większe pieniądze. To nie jest problem łatwy do wykrycia. Nie wolno go bagatelizować.
1 kwietnia br. weszła w życie nowelizacja ustawy o grach hazardowych, wprowadzająca zmiany na rynku hazardowym. Mają one zwiększyć ochronę graczy i ograniczyć szarą strefę w gospodarce. Ustawodawcy podawali, że są już pierwsze efekty nowych przepisów i część nielegalnych operatorów hazardowych wycofała się z rynku.
– Jeśli ktoś chce grać, będzie grał – także online – mówi jeden z naszych rozmówców. – Kiedyś w Chełmie automaty typu „jednoręki bandyta” można było spotkać wszędzie, nawet w sklepach spożywczych. Teraz trochę się zmieniło, ale wciąż istnieją punkty, zakamuflowane, z zaklejonymi oknami – aby przechodnie nie widzieli, co się dzieje w środku – gdzie można pograć na automatach. Ten, kto chce, trafi tam.  (mo)

Komentarze