Zginęli za to, że byli Polakami

Kisielin. W tym kościele 11 lipca 1943 roku Ukraińcy zamordowali dziewięćdziesięciu Polaków
Kisielin. Dziś na dawnym cmentarzu przykościelnym stoi kurhan, a na nim tablica upamiętniająca zabitych przez OUN-UPA.
Kisielin. Dziś na dawnym cmentarzu przykościelnym stoi kurhan, a na nim tablica upamiętniająca zabitych przez OUN-UPA.

Okrucieństwo Ukraińców podczas egzekucji Polaków na Wołyniu jest nie do opisania. Ale poprawność polityczna wciąż wypiera poprawność historyczną. Nikt nie uznaje prawdy, nie nazywa rzeczy po imieniu i o rzezi na Wołyniu nie mówi wprost – to było ludobójstwo.
11 lipca 1943 roku. Kisielin (powiat horochowski, woj. wołyńskie). Ludność z niemalże całej wsi, a także okolicznych należących do parafii, zebrała się na południowym nabożeństwie. Kiedy ksiądz odprawiał mszę, do wsi weszli upowcy. Otoczyli Kisielin.
Któryś z parafian wyszedł z kościoła. Zobaczył grupę Ukraińców z bronią. Cofnął się i spanikowany pobiegł z powrotem do wnętrza kościoła. Powiedział innym. Ksiądz nie przerwał mszy, odmówił nabożeństwo do końca. Upowcy czekali przed drzwiami. Kiedy Polacy zaczęli wychodzić, ukraińscy oprawcy otworzyli ogień.
Wybuchła panika. Ludzie zabarykadowali się we wnętrzu kościoła. Ukraińcy nie odpuszczali i forsowali drzwi siekierą. Próbowano uciekać na plebanię, do sal zakonników, wszędzie. Jeden z mężczyzn ukrytych na parterze plebanii trzymał na rękach dziecko. Z wtuloną w siebie przestraszoną sześcioletnią dziewczynką podszedł do okna, by zobaczyć, co się dzieje z ich końmi. W tym momencie padł strzał.
– Kula wpadła przez szybę. Ojciec był bardzo wysoki, pocisk nie trafił we mnie, a w brzuch taty. Upuścił mnie i osunął się na podłogę. Stanęłam obok niego. W moją stronę zaczęła płynąć po podłodze struga krwi. Odsuwałam się od niej. Do dziś pamiętam, jak bardzo się bałam i płakałam… Jak się coś bardzo wryje w pamięć, to tego się nie zapomina. Nawet drobiazgi jest się w stanie sobie przypomnieć – opowiada pani Zgliniecka, która przeżyła krwawą niedzielę na Wołyniu.
Ludzie w popłochu uciekali schodami na strych kościoła. Ktoś krzyknął: „Niech ktoś zabierze stąd to dziecko”. Ktoś inny podbiegł do dziewczynki szlochającej nad konającym ojcem, wziął ją za rękę i pobiegli za pozostałymi. Na strychu razem z garstką innych Polaków była babcia dziewczynki. – Upowcy weszli do środka. Ale tam, na poddaszu, leżały różne narzędzia, liny. Ktoś wziął siekierę i podstawił pod drzwi. Gdy Ukraińcy zaczęli rąbać drzwi od strychu i krzyczeć, byśmy ich wpuścili, poleciały iskry. Pewnie pomyśleli, że mamy broń, więc się cofnęli. Podpalili schody. Zrobiło się okropnie duszno, nie mieliśmy czym oddychać, bo na strychu były tylko takie malutkie okienka. To było straszne… Ogień podchodził pod drzwi. Kazano nam wszystkim sikać do wiader i misek, by moczem gasić pożar. Fetor był nie do opisania. Wtedy Ukraińcy postawili drabinę i przez to małe okienko wrzucili do środka granat. Ktoś go złapał i w ostatniej chwili odrzucił. Koszmar – wspomina kobieta.
Zaczął padać deszcz. Plucha. Około północy upowcy odpuścili. Odeszli. Ocalali opuścili się wtedy na linach przez okna strychu kościoła.
Garstka uciekła, ale na terenie kaplicy zostało dziewięćdziesiąt ciał Polaków. Tych, którzy jeszcze dychali, Ukraińcy dobijali bagnetem. Przyszli następnego dnia i wrzucili ciała do rowu. Rozeszła się wieść, że rodziny pomordowanych mogą przyjść i zabrać zwłoki. Nikt tego nie zrobił. Bali się, że to zasadzka ukraińskiej dziczy. Dziś na dawnym cmentarzu przykościelnym stoi kurhan, a na nim tablica upamiętniająca zabitych przez OUN-UPA. Niedaleko ludność ukraińska postawiła własną tablicę – upamiętniającą pomordowanych „bohaterów”…
Ukraińcy napadali na kolejne miejscowości. Najpierw przychodzili jedni, żeby zabić. Czerpali satysfakcję z torturowania Polaków – obcinali nosy, uszy i języki, wyłupywali oczy. Nie mieli skrupułów. Głowami dzieci uderzali o studnie. Odgłos kruszącej się małej czaszki roznosił się po całej wsi. Później przychodziła kolejna formacja, by wynieść z polskich domów wszystko, co wartościowe. Gdy nie zostało już nic prócz zmasakrowanych ciał, palili domy, by zatrzeć jakiekolwiek ślady polskości. – Zanim to się zaczęło, ukraińskie i polskie rodziny żyły obok siebie. Owszem, może Ukraińcy byli trochę biedniejsi, ale wszyscy współżyli ze sobą. To nieprawda, że Polacy chcieli się ich pozbyć. Pamiętam jednego, znajomego rodziny, który kiedy zaczęły się napady przyszedł do wsi i nawoływał. Może miał dobre zamiary, może chciał nas nakarmić, schować. Ale mamusia bała się odezwać. Ukraińscy cywile pomagali UPA. Upowcy potrafili się też przebierać za rosyjskich i partyzanckich żołnierzy – najpierw badali, gdzie jeszcze są Polacy, a potem przychodzili nocą, by ich wymordować – mówi pani Zgliniecka.
Sześciolatka, która przeżyła masakrę w Kisielinie, wróciła wraz z babcią do Adamówki koło Ośmigowicz (powiat Kowel), skąd pochodziły. W domu została matka i dwie młodsze siostry. Razem z nimi i 12-letnim wówczas kuzynem – uciekli. Przez cztery dni szli przez pola i lasy, bez wody i jedzenia, zanim dotarli do wsi, w której znajdowała się najbliższa baza samoobrony. Babcia została w domu – powiedziała, że tam się urodziła, więc tam umrze. Tak się stało. Ludzie mówili, że przed własnym domem zginęła z rąk upowca. Ale do dziś nikt nie wie, gdzie jest pochowana. Nigdzie nie ma po niej śladu. Zresztą tak, jak po wielu innych. – Dziś, kiedy przyjeżdżamy w te okolice, młodzi Ukraińcy dziwią się, że kiedyś mogła tu być jakaś wioska. Teraz jest tu lasek i sad, niedaleko pasieka. Myślą, że zawsze tak było – tylko jabłka i gruszki…
Co się czuje, kiedy przyjeżdża się do Kisielina i widzi się uczestniczących w mszy świętej Ukraińców? – Ja to myślę: „A może to jego bliski zamordował mojego ojca?” – odpowiada ofiara krwawej niedzieli na Wołyniu.Paulina Ciesielska

Komentarze