Anna, rak i nadzieja

Anna Łydka jest samotną matką i terapeutką, która przez lata pomagała chorym ludziom. Teraz sama potrzebuje pomocy. 1 marca br. dowiedziała się, że nastąpił u niej nawrót choroby nowotworowej. Bezlitosny wróg nazywa się chłoniak Hodgkina. Sytuacja jest trudna – najbliższe miesiące 37-latka spędzi w szpitalu, jej były mąż nie żyje, a jedyne źródło dochodu, czyli zasiłek rehabilitacyjny, wkrótce się kończy.

– Nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko ma swój sens. Obym wyszła z tej lekcji silniejsza – mówiła naszej dziennikarce Anna Łydka z Chełma. To było w ubiegły wtorek. Tego dnia 37-latka załatwiała ostatnie formalności przed wyjazdem do Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej. Nie wiedziała, jak długo tam zostanie – czy parę dni, czy może parę tygodni. W środę rano 37-latka pożegnała się z dzieckiem. Potem stawiła się w lubelskim szpitalu. Nie pierwszy raz. Była już tam nie tak dawno, przed remisją choroby…

Pomagała już jako nastolatka

Anna jest absolwentką Szkoły Podstawowej nr 7 w Chełmie. Już jako nastolatka miała sprecyzowane plany na przyszłość. Chciała wspierać tych, którzy znaleźli się na życiowym zakręcie – wpadli w uzależnienie i potrzebują fachowego wsparcia.

Jako młoda dziewczyna pracowała jako wolontariuszka w Ośrodku Pomocy Bliźniego „Markot” przy ul. Kąpieliskowej w Chełmie. Ideały Marka Kotańskiego, założyciela ośrodków leczenia uzależnień pod szyldem „Monar”, od lat są bliskie jej sercu. Po maturze wyjechała do Wrocławia, gdzie studiowała pedagogikę specjalną z resocjalizacją. W międzyczasie wyszła za mąż i urodziła dziecko. Niestety, jej małżeństwo rozpadło się. Anna wraz z 7-letnim dzieckiem wróciła do rodzinnego Chełma. To tu postanowiła ułożyć sobie życie. I początkowo wszystko dobrze się układało.

Wbrew obawom poszukiwania pracy dość szybko okazały się owocne. Po paru miesiącach znalazła zatrudnienie w ukochanym zawodzie. Pracowała w „Monarze” w Piaskach. Praca z osobami uzależnionymi od narkotyków dawała jej ogromną satysfakcję. Aby jeszcze efektywniej pomagać ludziom, rozpoczęła studia podyplomowe w zakresie psychoterapii uzależnień. Spełnienie w pracy było dla niej ważne, ale największą jej radością i szczęściem było dziecko. To odpowiedzialne zadanie musiała wypełniać w pojedynkę. Jej były mąż zmarł z powodu choroby serca w 2015 r.

Ale bolesnych ciosów od życia wkrótce było więcej.

Diagnoza

W 2017 r. Anna została zatrudniona na Oddziale Terapii Uzależnienia od Alkoholu chełmskiego szpitala. Z powodzeniem łączyła to zajęcie z pracą w Piaskach. To był czas wytężonej pracy i właśnie wtedy jej organizm zaczął wysyłać sygnały ostrzegawcze. Była osłabiona, miewała stany podgorączkowe, miała powiększone węzły chłonne. Latem 2017 r. rozpoczęła pierwsze badania diagnostyczne.

We wrześniu 2017 r. pobrano do badań histopatologicznych próbkę z nadobojczykowego węzła chłonnego. Anna długo czekała na wynik badania. To było 2,5 miesiąca niepewności i strachu, którym jednak wciąż towarzyszyła nadzieja, że wszystko będzie dobrze. 14 listopada 2017 r. Anna dostała wiadomość, że wyniki czekają na odbiór. Doskonale pamięta ten dzień. Była wtedy w pracy, w chełmskim szpitalu. Razem z koleżanką, która dodawała jej otuchy poszła do gabinetu lekarskiego, gdzie czekały na nią wyniki badania. Wiadomości nie były dobre. Okazało się, że Anna cierpi na chłoniaka Hodgkina.

37-latka była zrozpaczona. Największe obawy dotyczyły i wciąż dotyczą przyszłości jej dziecka. Chemioterapię zaplanowano na styczeń 2018 r. Do czasu rozpoczęcia leczenia Anna nie zrezygnowała z pracy. Chciała przebywać wśród ludzi, mieć zajęcie, aby mieć jak najmniej czasu na rozmyślanie i zamartwianie się. Dwie pierwsze dawki chemii o nazwie ABVD nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Terapię trzeba było zintensyfikować. Zalecono cztery cykle dużo silniejszej chemioterapii. Anna ciężko je znosiła. Straciła włosy, brwi, ale też – jak mówi – pewność siebie i poczucie kobiecości. Ale nie to było najważniejsze.

Cały czas myślami była przy swoim dziecku, które w czasie jej dwumiesięcznego pobytu w szpitalu przebywało na zmianę – u babci lub koleżanek Anny. W czerwcu 2018 r. 37-latce podano ostatnią dawkę chemii. Wróciła do domu. Wkrótce potem, w lipcu, gdy większość ludzi myśli o wczasach i wakacyjnym odpoczynku, Anna przechodziła poważną infekcję. Osłabiony organizm odreagowywał ciężką terapię.

Ale po jakimś czasie zaczęła odzyskiwać siły. Wyniki badań morfologicznych polepszyły się. Anna chciała nadrobić stracony czas. Zaczęła chodzić na siłownię, urządzała sobie wielokilometrowe spacery. To była forma odreagowania na to, co przeszła w poprzednich miesiącach. Lekarze polecili jej, aby cieszyła się życiem. Starała się, ale podświadomie czuła, że to nie jest koniec jej walki. Mówi, że nikt, kto nie przeżył choroby nowotworowej nie jest w stanie zrozumieć, czym jest strach przed jej nawrotem. W styczniu br. wyczuła pod pachą powiększony węzeł chłonny.

Natychmiast wykonała badanie USG. Powiększony był także węzeł chłonny pod obojczykiem. Bardzo szybko dostała skierowanie na tzw. badanie PET. Wyniki dostała w piątek, 1 marca br. Choroba wróciła. Ze zdwojoną siłą. Zmianami objęte są śledziona i mostek. Chemię zlecono błyskawicznie. Leczenie rozpoczęto w środę. Dwa dni przed wyjazdem do szpitala Anna poinformowała swoje dziecko o nawrocie choroby.

To było jedno z najtrudniejszych jej przeżyć. 37-latka nigdy nie prosiła o pomoc. Zawsze była niezależna. Do publikacji artykułu namówiła ją koleżanka z pracy. A sytuacja jest naprawdę trudna. Ze względu na chorobę Anna nie może kontynuować pracy, a źródłem jej dochodu pozostaje jedynie zasiłek rehabilitacyjny. Ojciec jej dziecka nie żyje – i choć Anna zapewnia, że wspiera ją wielu przyjaciół – to krąg bliskich osób jest zawężony. W ubiegłym tygodniu na portalu zrzutka.pl uruchomiono zbiórkę pieniędzy, które przeznaczone będą na leczenie i pokrycie bieżących wydatków rodziny.

– Anna jest osobą bardzo zaangażowaną w swoją pracę – mówi Aleksandra Suchocka, kierownik Oddziału Terapii Uzależnienia od Alkoholu w chełmskim szpitalu. – Przez lata pomagała innym osobom borykającym się z chorobami, a teraz sama potrzebuje pomocy, dlatego apeluję o wsparcie dla niej. Anna nie jeden raz pokazała, jak silną jest osobą, ale sytuacja, w której obecnie się znalazła, jest ciężka.

Anna zamierza skorzystać – podobnie, jak w trakcie poprzedniej chemioterapii – ze wsparcia terapeuty. Doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważną rolę w procesie leczenia odgrywa nastawienie psychiczne.

– Niestety, trudno tę wiedzę, którą posiadam z racji wykonywanego zawodu, wykorzystać i zastosować wobec siebie samej – mówi Anna. – Mam swoje plany, marzenia i wierzę, że wyjdę z tej trudnej lekcji życia silniejsza. Mam jednak świadomość, że leczenie, które mnie teraz czeka, będzie jeszcze cięższe niż poprzednio, bo tym razem choroba ma bardziej agresywny charakter. Na razie plan jest taki, że chemioterapią lekarze będą próbowali doprowadzić do remisji choroby.

Następnie czeka mnie prawdopodobnie tak zwany autoprzeszczep – pobrane zostaną moje komórki macierzyste do przeszczepu. Wierzę, że to zadziała. Tak czy inaczej, czeka mnie w najbliższym czasie jakieś pół roku – zapewne z krótkimi przerwami w domu – pobytu w szpitalu. W tym czasie nie będę mogła pracować, a za parę miesięcy zakończy mi się zasiłek rehabilitacyjny…

Wszyscy, którzy chcą wesprzeć Annę mogą wpłacić pieniądze za pośrednictwem strony internetowej zrzutka.pl/rans4w. (mo)