Świdnik miał mistrza Polski i zawodnika kadry narodowej w taekwondo zanim powstał LKSW Dan

Werdykt pojedynku, w którym zwycięzcą został Andrzej Gumienniak

Zawodnicy LKSW Dan Świdnik przyzwyczaili nas do tego, że regularnie przywożą medale z zawodów krajowych i międzynarodowych. Nie wszyscy jednak wiedzą, że jeszcze przed powstaniem Dana, Świdnik miał mistrza Polski i zawodnika kadry narodowej w taekwondo, a zapewne jeszcze mniej osób kojarzy z tymi sukcesami jednego z funkcjonariuszy świdnickiej Straży Miejskiej. Andrzej Gumienniak – bo o nim mowa – podczas spotkania z „Nowym Tygodniem” opowiedział nam o swojej młodzieńczej przygodzie z tą koreańską sztuką walki.

– W 1982 roku zacząłem chodzić do szkoły średniej w Lublinie – wspomina Andrzej Gumienniak. – Był to okres fascynacji chyba wszystkich chłopaków Bruce’m Lee i filmem „Wejście smoka”. Trafiłem do Lublina do swojego pierwszego trenera, już nieżyjącego dziś Marka Budzyńskiego. Treningi odbywały się na osiedlu „Motor”. Trenowaliśmy dwa, potem trzy razy w tygodniu. W sali było ponad sto osób. Wówczas nikogo nie trzeba było namawiać do trenowania, każdy chciał solidnie ćwiczyć.

Również średnia wieku byłą wyższa niż obecnie, kiedy dużą część ćwiczących stanowią dzieci. Adepci zaczynali trenować najwcześniej pod koniec szkoły podstawowej. Swój pierwszy start miałem na okręgowym turnieju w Krasnymstawie. Później ćwiczyliśmy z różnymi trenerami, aż w końcu zaopiekował się nami Andrzej Puchniarski razem z Tomaszem Stochmalskim.

Puchniarski to wieloletni lider polskiego taekwondo WTF. Lubelski prawnik przez lata pełnił funkcję nie tylko trenera AZS Lublin, ale także szefa całego krajowego ruchu tego sportu, najpierw w postaci przewodniczącego komisji stylowej taekwondo Polskiego Związku Karate i zarazem wiceprezesa PZKarate, później już jako prezes samodzielnego Polskiego Związku Taekwondo Sportowego (dzisiaj Polski Związek Taekwondo Olimpijskiego).

– Przejście pod skrzydła AZS zmieniło nasze treningi – mówi A. Gumienniak. – Zaczęliśmy działać w ramach silnego klubu sportowego. Trenowaliśmy początkowo większą grupą, z czasem treningi stały się jednak bardziej wyczynowe. Ćwiczyliśmy codziennie, kto mógł, przychodził dodatkowo na treningi poranne. Była profesjonalna opieka trenerów, obozy. Wystartowałem po raz pierwszy na mistrzostwach Polski w wersji WTF w 1985 roku, gdzie udało mi się zdobyć wicemistrzostwo Polski po bratobójczym starciu z klubowym kolegą Mazurem. Walczyłem wtedy ze złamaną kością stopy i musiałem poddać finał, ból był zbyt dotkliwy. Kolejne mistrzostwa Polski – w Puławach w 1986 roku zakończyłem bez medalu, a o wyniku przy remisie punktowym zadecydował – według ówczesnych przepisów – rzut monetą. W Olsztynie w 1987 roku stanąłem na najwyższym podium MP w kategorii do 54 kg i zostałem zakwalifikowany do kadry Polski.

W 1988 roku taekwondo w wersji WTF miało być dyscypliną pokazową podczas igrzysk w Seulu. Status tego sportu w Polsce był jednak dosyć skomplikowany – władze sportowe niezbyt przychylnie patrzyły na dyscyplinę wywodzącą się z „wrogiej” Korei Południowej, co pociągało za sobą liczne utrudnienia w kontaktach międzynarodowych i zakazy wyjazdów na międzynarodowe imprezy.

– W przedolimpijskim roku kadra miała zgrupowania w Zakopanem – wspomina A. Gumienniak. – W 1987 roku w Lublinie odbył się pierwszy oficjalny dwumecz kadr narodowych Polska-Jugosławia, w którym miałem uczestniczyć. Niestety, miałem wówczas złamany palec u stopy i w mojej wadze zastąpił mnie kolega klubowy Cezary Pałka, który zresztą wygrał swoje starcie – oglądałem je z trybun. Później planowany był wyjazd na mistrzostwa świata w Barcelonie. Gospodarze, którym zależało na promowaniu taekwondo, oferowali nawet pokrycie kosztów pobytu reprezentacji Polski. Niestety, na wyjazd nie wyraziły zgody ówczesne władze sportowe.

Chyba najważniejszym startem dla mnie był turniej przedolimpijski w Teheranie na początku 1988 roku. Był bardzo silnie obsadzony – rywalizowali w nim m. in. ekipy Korei Południowej, Turcji, Hiszpanii, bardzo silna ekipa gospodarzy. Zawody odbyły się w ogromnej hali Afrasiabi pod portretem Chomeiniego. Turniej rozgrywano na jednej macie przy żywiołowo dopingującej, fanatycznej publiczności, w efektownej oprawie, jak współczesne gale sportów walki. Po wolnym losie w pierwszej rundzie trafiłem na zawodnika irańskiego, który później wygrał swoją kategorię.

Nasza reprezentacja zdobyła trzy brązowe medale, ale nie były to łatwe trofea. Później wystartowaliśmy w otwartych mistrzostwach Belgii. Uległem tam świetnemu Holendrowi, wicemistrzowi świata, który przeszedł z wyższej kategorii wagowej. W Teheranie ten sam zawodnik znokautował mojego kolegę z drużyny ciosem ręcznym w tułów, mimo ochraniacza. Stoczyłem w mojej ocenie dobrą walkę, ale przegrałem. Wkrótce później moja kariera sportowa skończyła się. Wkroczyły codzienne problemy – praca, dojazdy, dorosłe życie. Z taekwondo nawet na poziomie kadry narodowej nie można było się utrzymać – opowiada.

Przerwa w kontaktach ze sportami walki trwała aż do czasu, kiedy na zajęcia do LKSW Dan trafił starszy syn – Tomek. Zadomowił się w klubie, potem zaczął startować i zdobywać medale. Z rozmów między rodzicami ćwiczących dzieci powstał pomysł stworzenia grupy Masters dla osób, które trenowały kiedyś sporty walki lub też chciałyby zacząć treningi już w dojrzałym wieku. Pomysł wypalił – sekcja działa i dobrze prosperuje już od kilku lat.

Trenujemy dla przyjemności, ale niektórzy myślą o startach na zawodach, których także w kategorii weteranów jest coraz więcej. Oczywiście nadal zapraszamy wszystkich chętnych dorosłych do wspólnego trenowania. Do grupy dziecięcej w klubie dołączył też młodszy syn Adaś, które pozazdrościł sukcesów najpierw tacie, a potem starszemu bratu, patrząc na ścianę wypełnioną medalami. Bardzo chwali sobie treningi, a dziś wydrukowałem jego pierwszy dyplom za wirtualne zawody online w czasie pandemii.

Jako ciekawostkę warto dodać, że trenując w Danie Andrzej Gumienniak ponownie spotkał się na zawodach ze swoim pierwszym trenerem Markiem Budzyńskim, który przez kilka lat podróżował na turnieje jako sędzia delegowany przez świdnicki klub. Zbieg okoliczności sprawił też, że bohater naszego tekstu i główny trener Dana Piotr Bernat wstąpili w związki małżeńskie nie tylko tego samego dnia i w tym samym świdnickim kościele, ale na dodatek… podczas dwóch kolejnych ceremonii, mijając się przy wejściu – było to jeszcze zanim synowie pana Andrzeja trafili na treningi! BS