Wicemistrz z Seulu

Medaliści turnieju zapaśniczego na igrzyskach olimpijskicj w Seulu (od lewej) Andrzej Wroński - złoto, Józef Tracz - brąz i Andrzej Głąb - srebro

Cement – Gryf Chełm w tym roku obchodzi jubileusz 50-lecia swojego istnienia. Ten zasłużony dla miasta i polskich zapasów klub powstał dokładnie w tym samym roku, w którym urodził się Andrzej Głąb, jedyny medalista olimpijski z Chełma…

Andrzej Głąb podczas jednej z walk na igrzyskach w Seulu w 1988 roku
Andrzej Głąb podczas jednej z walk na igrzyskach w Seulu w 1988 roku

28 października w Chełmskim Domu Kultury odbędzie się wielka Gala z okazji 50-lecia klubu sportowego Cement – Gryf Chełm. Przez te pół wieku swojego istnienia osiągnął mnóstwo sukcesów. W dorobku są medale igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata, Europy, Polski. O najważniejszych sukcesach będziemy przypominać na łamach Nowego Tygodnia, aż do jubileuszowej Gali. Zaczynamy od wicemistrzostwa olimpijskiego Andrzeja Głąba.

Cement – Gryf Chełm założyli w 1966 roku Janusz Golik, Krzysztof Magier i Leszek Miszczak. W tym samym roku 10 listopada na świat przyszedł właśnie Andrzej Głąb, do dnia dzisiejszego jedyny medalista olimpijski z Cementu – Gryf.
Andrzej Głąb przygodę ze sportem rozpoczął od karate, ale gdy w szkole, do której uczęszczał, zadomowiły się na dobre zapasy, podjął treningi w tej dyscyplinie sportu. Jego pierwszymi szkoleniowcami byli Krzysztof Łoś i Jan Potocki. Filigranowy zawodnik bardzo szybko stał się czołowym zapaśnikiem w swojej kategorii wagowej w kraju. Jego atuty to przede wszystkim świetna technika, doskonała dynamika, szybkość i błyskawiczny, zupełnie nieprzewidywalny, rzut przez ramię.
Andrzej Głąb dał się poznać całemu sportowemu światu w 1988 roku, podczas igrzysk olimpijskich w Seulu. Pojechał tam, jako mało znany zawodnik, bez większych sukcesów na arenie międzynarodowej. Co prawda przed wyjazdem do Seulu uzyskał dobre wyniki w mistrzostwach Polski seniorów i mistrzostwach Europy, ale w zasadzie mało kto przypuszczał, że może sięgnąć po medal. Tym bardziej, że kandydatów do podium było mnóstwo.
Ale sam Głąb wiedział, że igrzyska są dla niego wielką szansą na to, by na stałe wpisać się do historii polskiego sportu. Chełmianin zanim udał się w daleką podróż do Seulu, tuż przed igrzyskami znalazł czas, by na chwilę odwiedzić rodzinne miasto. W czasie dwudniowego pobytu w Chełmie spotkał się z kolegami klubowymi, działaczami sportowymi. Żeby szczęście było zawsze przy nim, od ówczesnego prezesa klubu Stanisława Adamiaka dostał maskotkę – tygryska.
Polska wróciła na igrzyska olimpijskie po nieobecności w Los Angeles w 1984 roku. Zanim wyjechała do Korei Południowej cała reprezentacja zapaśników uczestniczyła w specjalnej audiencji u papieża Jana Pawła II.
W ceremonii otwarcia igrzysk Andrzej Głąb nie brał udziału. Chorążym polskiej reprezentacji był wówczas jego kolega z drużyny zapaśniczej, mistrz świata Bogdan Daras. Głąb miał inne zadanie. Musiał zrzucić aż 9 kg, by uzyskać wagę 48 kg!
Igrzyska wspomina jednak bardzo dobrze. – Pamiętam wspaniały klimat wioski olimpijskiej. W trakcie spacerów można było spotkać wielu świetnych sportowców, których dotąd znałem jedynie z telewizyjnego okienka, m.in. wielokrotnego mistrza świata w podnoszeniu ciężarów Naima Sulejmanowa, czy rekordzistę świata w biegu na 100 m Bena Johnsona. Była okazja, by się z nimi przywitać, zrobić wspólne zdjęcie, wziąć autograf.
Początek igrzysk dla chełmianina nie był łatwy. Losowanie nie było dla niego najlepsze. W pierwszej walce przyszło mu zmierzyć się z trzykrotnym mistrzem świata i absolutnym faworytem do olimpijskiego złota, zawodnikiem radzieckim, Magjatdinem Alakwierdijewem. Andrzej Głąb postarał się jednak o nie lada niespodziankę i dość łatwo pokonał przeciwnika. Z następnymi rywalami również dał sobie radę. Wygrał kolejno z Izraelczykiem Grobelmannem 14:2 i Węgrem Farago przez dyskwalifikację przeciwnika. Sytuacja w grupie tak się ułożyła, że po wygranej zawodnika ZSRR nad Koreańczykiem, Andrzej Głąb, by zająć pierwsze miejsce w grupie, musiał rozprawić się z nieznanym zupełnie Syryjczykiem Al Farają. – To był groźny, szybki, walczący z dużym wyczuciem zawodnik – opowiadał po powrocie z Seulu. Chełmianin był jednak dobrze przygotowany do turnieju, skoncentrowany i dał sobie radę z przeciwnikiem. Już wtedy wiedział, że do Polski wróci z medalem, który obiecał swojej małżonce Monice. Pierwsze miejsce w grupie dało mu awans do finałowej walki z Włochem Vincenzo Maenzą.
Głąb znał go dobrze z maty i wiedział, że będzie twardym rywalem, i tanio skóry nie sprzeda. Jego walkę oglądał sam ówczesny przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Juan Antonio Samaranch, któremu podobno doniesiono, że w turnieju zapaśniczym filigranowy Polak robi z przeciwnikami, co chce, o czym sam Andrzej Głąb dowiedział się dopiero po walce o złoto.
Głąb wiedział, że pokonać Włocha może przede wszystkim walką w parterze, ale pamiętał również o tym, że rywal będzie starał się tego unikać. W pewnym momencie walki Maenza, jak opowiada Andrzej Głąb, uciekł z kolan, a sędzia nie zareagował. Pojedynek zakończył się wygraną Włocha 3:0.
Przy wręczaniu medali chełmianin nie ukrywał swojej złości, bo tytuł mistrza olimpijskiego uciekł mu sprzed nosa. Z każdą godziną zaczynał sobie jednak uświadamiać, że w końcu został wicemistrzem olimpijskim! Odniósł sukces, o jakim marzy wielu sportowców, a tylko nielicznym udaje się stanąć na podium igrzysk olimpijskich!
W kolejnych swoich startach na międzynarodowej arenie Andrzej Głąb ocierał się o medale. Rok po igrzyskach był czwarty w mistrzostwach Europy i piąty w mistrzostwach świata.
Andrzej Głąb bez wątpienia należy do wąskiego grona najpopularniejszych sportowców w naszym mieście. Po zakończeniu kariery zawodniczej rozpoczął pracę jako trener zapasów stylu klasycznego w Cemencie – Gryf Chełm, szkoląc do dziś swoich następców, osiągając z nimi sukcesy.
Kolejnym wielkim wojownikiem Cementu Gryf Chełm jest Dariusz Jabłoński, który zdobywał złote medale mistrzostw Europy i świata, ale w swoim dorobku nie ma tego najważniejszego krążka – z igrzysk olimpijskich, choć startował w Atlancie (1996), Sydney (2000) i Atenach (2004). Za tydzień na łamach Nowego Tygodnia, przed jubileuszową Galą, przypomnimy sukcesy właśnie Dariusza Jabłońskiego i jego równie utalentowanego brata Piotra Jabłońskiego, mistrza świata kadetów w 1991 roku w Kanadzie.(red)