– Nie chcę walczyć z całym systemem sprawiedliwości, ale – chcąc dojść do prawdy – nie mam innego wyjścia – mówi Janusz Bąk z Chełma. To ojciec policjanta, który w 2016 roku popełnił samobójstwo, bo – jak twierdzi ojciec – był mobbingowany przez swoich przełożonych z lubelskiej komendy. – Jestem pewien, że gdyby posłuchał naczelnika, żyłby do dziś – dodaje Bąk.
Samobójcza śmierć Andrzeja Bąka, funkcjonariusza Komendy Miejskiej Policji w Lublinie, wstrząsnęła miastem. Młody mężczyzna tuż po powrocie ze służby wyskoczył z okna swojego mieszkania w bloku, ponosząc śmierć na miejscu. Śledztwo wszczęto w kierunku artykułu 151 Kodeksu karnego (Kto namową lub przez udzielenie pomocy doprowadza człowieka do targnięcia się na własne życie, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5).
Według prokuratury mężczyzna zabił się przez problemy psychiczne i finansowe. Rodzina Andrzeja uważa, że śledztwo celowo było prowadzone w taki sposób, by nie udało się udowodnić mobbingu. Zaczęła się więc trwająca już ponad cztery lata batalia. Do tej pory wszystkie starania ojca Andrzeja, Janusza Bąka, nie przynosiły żadnych rezultatów i wszelkie jego próby przekonania śledczych i sądu do swoich racji nie dawały żadnych rezultatów.
Ale w końcu pojawiło się światełko w tunelu. W marcu przed chełmskim Sądem Rejonowym ma się rozpocząć proces, który da odpowiedź na pytanie, czy prokuratura zasadnie umorzyła postępowanie przeciwko byłemu policjantowi. – To mój były kolega – wyjaśnia Janusz Bąk.
– Po śmierci Andrzeja poszedłem do niego i poprosiłem o pomoc w wyjaśnieniu okoliczności śmierci syna. Zgodził się, więc przekazałem mu wszystkie dokumenty, jakimi dysponowałem, łącznie z protokołami przesłuchań czy korespondencją. Przez 3,5 roku człowiek ten zwodził mnie, obiecując, że to załatwi. Niestety, zamiast pomóc, nie oddał mi dużej części powierzonych mu materiałów, a oryginalne zeznania moje i żony zwrócił nam przerobione.
Złożyłem zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie, która umorzyła postępowanie. Zaskarżyłem tę decyzję, czego efektem będzie proces sądowy. Mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się dokonać choć małego wyłomu w tym murze, który chroni osoby odpowiedzialne za śmierć mojego syna – dodaje pan Janusz i wylicza główne zaniedbania policjantów i śledczych.
– Po pierwsze, nadal nie przesłuchano wszystkich policjantów z wydziału pracujących z synem. Po drugie, uczestnicząc w przesłuchaniach przez Biuro Spraw Wewnętrznych Policji, zabroniono mi zadawania pytań na temat mobbingu w wydziale Andrzeja, choć wielu funkcjonariuszy doskonale o tym wiedziało, bo naczelnik wcale nie krył się z niechęcią do Andrzeja. W dalszym ciągu nie została wyjaśniona kwestia kradzieży notesów i karty pamięci należących do mojego syna, w których – jestem o tym przekonany – znajdowały się materiały obciążające jego szefostwo.
Dziwnym jest też fakt, że na początku śledczy, przesłuchując policjantów pracujących z synem, nie zadali ani razu pytania czy Andrzej Bąk miał zatarg z naczelnikami, natomiast podczas przesłuchania w sprawie kradzieży jego rzeczy funkcjonariusze potwierdzili, że syn miał jawny konflikt z szefostwem i że na odprawie tuż przed jego samobójczą śmiercią naczelnik dał mu termin do grudnia, żeby syn poszukał sobie nowego miejsca pracy – wylicza Bąk.
Napięte stosunki między A. Bąkiem a kierownictwem wydziału miały być spowodowane naciskami ze strony jego byłego naczelnika na umorzenie postępowania w sprawie poświadczenia nieprawdy w dokumentach dotyczących sprzedaży samochodów w celu zaniżenia zobowiązań podatkowych przez właścicieli jednego z lubelskich komisów samochodowych.
Zapytaliśmy o to rzecznika KMP w Lublinie. Kom. Kamil Gołębiewski twierdzi, że Wydział do Walki z Przestępczością Gospodarczą KMP w Lublinie nie prowadził postępowania o takim RSD, a jeżeli to było śledztwo, odsyła nas z tym zapytaniem do prokuratury. Trochę to dziwne, bo dysponujemy kopią telefonogramu, na którym doskonale widać numer wspomnianego postępowania. (bm)





























