Pijackie wybryki w CLA i hipokryzja zarządu

Kierowca CLA przyszedł do pracy „wczorajszy”, od razu wezwano policję i w trybie natychmiastowym zwolniono go z pracy. Za to dyspozytor, który dwa dni wcześniej napił się do nieprzytomności i spał na swojej zmianie, dostał jedynie burę od szefa. Czyżby dlatego, że jest członkiem rady nadzorczej spółki, a nie szeregowym pracownikiem?

Kilka minut przed godziną 6, we wtorek (7 czerwca), dyspozytor CLA powiadomił dyżurnego chełmskiej komendy, że jeden z kierowców prawdopodobnie przyjechał do pracy po alkoholu. Na miejsce skierowany został patrol policji, który przebadał 46-latka alkomatem. Okazało się, że miał niecałe 0,4 promila w organizmie. W takim stanie nie powinien wsiadać za kółko ani swojego samochodu, ani tym bardziej miejskiego autobusu. Mężczyzna stracił prawo jazdy, a zaraz potem spółka rozwiązała z nim umowę o pracę za porozumieniem stron. 46-latek był zatrudniony w CLA od zaledwie 2,5 miesiąca.

Decyzja o wezwaniu policji i zwolnieniu mężczyzny dziwi jednak wielu pozostałych pracowników miejskiej spółki. Jak mówią, obnaża ona hipokryzję zarządu.

– Powinien zostać odesłany z marszu do domu i dostać naganę. Tym bardziej po tym, co stało się w niedzielę – komentują w kuluarach.

Okazuje się, że dwa dni wcześniej, w niedzielę (5 czerwca), dyspozytor Chełmskich Linii Autobusowych był kompletnie pijany w pracy. Podobno kamery monitoringu zarejestrowały, jak słania się na nogach i przewraca, a jego zmiennik nie był w stanie go dobudzić. Oficjalnie nie wiadomo, czy dyspozytor przyjechał do pracy już pijany czy doprowadził się do takiego stanu na swojej zmianie. Koledzy z firmy śmieją się, że zabrakło dla niego skali na alkomacie. Jednak, jak mówią, w jego przypadku nikt nie wezwał policji i nie zwolnił go z pracy, a zarząd szybko zamiótł sprawę pod dywan. Dyspozytor miał dostać jedynie burę od prezesa za swoje zachowanie. Czyżby dlatego, że mowa o członku rady nadzorczej spółki, a nie szeregowym pracowniku?

Oficjalnie spółka potwierdza jedynie, że taki niechlubny incydent miał miejsce w niedzielę i mężczyzna poniósł konsekwencje zgodnie z kodeksem pracy, ale ze względu na ochronę danych osobowych nie udziela się informacji nawet o tym, ile promili wydmuchał. Nikt nie widział też potrzeby wzywania policji, bo pijanym był dyspozytor, a nie kierowca autobusu. (pc)