Czteroosobowa rodzina z powiatu chełmskiego utknęła w Tajlandii w związku z paraliżem komunikacyjnym wywołanym eskalacją konfliktu na Bliskim Wschodzie. Przebywa tam od miesiąca i wciąż nie może wrócić do domu. Opłacony, planowany na 4 marca lot powrotny do Polski odwołano i nasi rodacy toczą dramatyczną walkę o powrót do kraju. Tylko oni wiedzą, ile stresu i pieniędzy kosztowała ich ta podróż życia, która zmieniła się w koszmarną pułapkę.
We wrześniu ub.r. pani Anna zarezerwowała na luty br. bilety lotnicze do Tajlandii dla siebie, męża i dwóch córek w wieku 17 i 18 lat, uczennic chełmskich liceów. Dla rodziny z powiatu chełmskiego to miało być spełnienie marzeń, podróż życia. Nie były to wakacje wykupione w biurze podróży. Rodzina chciała zwiedzić jak najwięcej na własną rękę. Program dwutygodniowej wycieczki był doskonale zaplanowany. Rodzina wykupiła bilety lotnicze w obie strony w liniach Air Arabia.
Wybrany termin nie był przypadkowy – wylot 17 lutego, tj. tuż po rozpoczęciu ferii zimowych, tak, aby córki pani Anny, a zwłaszcza 18-letnia maturzystka, nie miała zaległości w szkole. Długo wyczekiwany dzień podróży nadszedł i pełna entuzjazmu rodzina wyleciała na upragnione wakacje do Tajlandii. Miały trwać dwa tygodnie, powrót – z lotniska w Phuket – był zaplanowany na 4 marca. Gdy pani Anna z rodziną wylatywali z kraju nie mieli pojęcia, co ich czeka.
Początkowo wszystko przebiegało zgodnie z planem, rodzina cieszyła się urokami Tajlandii, zwiedzała m.in. przepiękne miasto Krabi. Pierwsze ostrzeżenia i niepokojące informacje odnośnie zaostrzającego się konfliktu na Bliskim Wschodnie dotarły do mieszkańców powiatu chełmskiego 21 lutego. Tydzień później, 28 lutego, zszokowała ich wiadomość o eskalacji konfliktu i rozpoczętym ataku na Iran, a wkrótce także o zamykaniu kolejnych przestrzeni powietrznych w regionie. Odwoływane loty uziemiły tysiące turystów – i jak się wkrótce okazało – także panią Annę wraz z rodziną. Na lotnisku w Phuket rodzina dowiedziała się, że
4 marca nie odleci do Polski, bo loty są wstrzymane do 23 marca. Mieszkańcy powiatu chełmskiego mówią, że nie sposób było skontaktować się z liniami Air Arabia, aby ustalić coś więcej. Samolot z Tajlandii, którym mieli wrócić do Polski miał mieć międzylądowanie na lotnisku w Szardży, tj. niecałe 40 km od Dubaju, który stał się celem ataków powietrznych.
Z tego powodu opłacony wylot 4 marca nie odbył się i nie wiadomo nawet, czy rodzina z powiatu chełmskiego odzyska za niego pieniądze. Ale w tamtej chwili kwestia finansowa zeszła na dalszy plan. Sytuacja, w której znaleźli się nasi rodacy stała się dramatyczna. Razem z nimi w Tajlandii utknęło wielu innych Polaków, którzy rozpaczliwie próbowali szukać możliwości powrotu do kraju. „Łączą się” na specjalnej grupie, którą utworzyli na internetowym komunikatorze WhatsApp, gdzie przekazują sobie bieżące informacje o swoim położeniu i możliwościach wydostania się z Tajlandii.
– To miały być wakacje życia, chciałam pokazać córce przed maturą piękną Tajlandię – mówi pani Anna. – A teraz przeżywamy największy stres w życiu. Nasz wyjazd miał trwać dwa tygodnie, a trwa już miesiąc. Każdy kolejny dzień bez konkretnej informacji o dacie powrotu potęguje stres. Najbardziej żal mi córki, która wkrótce zdaje maturę i bardzo martwi się, że nie może wracać do szkoły. Oczywiście zarejestrowaliśmy się w systemie Odyseusz, ale dotąd nie dostaliśmy stamtąd żadnej odpowiedzi. W międzyczasie dowiadywaliśmy się, że niektórym Polakom udało się przedostać do kraju przez Chiny czy Indie, ale koszty tego były ogromne – 50 – 60 tys. zł. Jesteśmy zdani sami na siebie. Utknęliśmy tu i myślimy tylko o tym, jak się stąd wydostać.
Nadzieja na rychły powrót zgasła
Światełko w tunelu pojawiło się 6 marca, gdy Polskie Linie Lotnicze LOT wydały komunikat, że planują rejsy powrotne z Bangkoku do Warszawy dla obywateli Polski, które mogłyby zostać zrealizowane 11 marca br. lub w kolejnych dniach. Rodzina z powiatu chełmskiego natychmiast zgłosiła chęć skorzystania z takiego rejsu. Wypełniła ankietę i dostała informację, że zakwalifikowała się, a wylot miałby nastąpić 15 marca. Poinformowano, że koszt jednego biletu to 5,5 tys. zł, czyli w przypadku czteroosobowej rodziny wychodziła kwota 22 tys. zł.
Aby wydostać się z „pułapki” mieszkańcy powiatu chełmskiego byli gotowi na to przystać, mimo, że mieli już przecież opłacone bilety powrotne w innych liniach, tj. Air Arabia. Rodzina musiała przemieścić się do Bangkoku (wydając na przelot kolejne pieniądze), by z tamtejszego lotniska móc w końcu LOT-em wrócić do Polski. Wynajęła pokój w kolejnym hotelu – bodajże dziesiątym podczas tego długiego pobytu w Tajlandii. Pani Anna mówiła, że rejs LOT-em 15 marca z Bangkoku, mimo dodatkowych, niemałych kosztów, jest dla jej rodziny „jedynym ratunkiem”. Uprzedzano ich jednak, że pierwszeństwo mają rodziny z małymi dziećmi, chorymi. Na potwierdzenie „niedzielnego” lotu nasi rodacy czekali jak na zbawienie, marząc, by te wakacje życia, które przerodziły się gehennę, jak najszybciej dobiegły końca.
Niestety, wkrótce potem perspektywa rychłego powrotu do domu oddaliła się, bo rodzina dostała informację, że 15 marca br. będzie mogła wylecieć z Bangkoku, ale w business class, a koszt biletów to 15 tys. zł od osoby. Mieszkańcy powiatu chełmskiego stanęli przez ogromnym dylematem. Ostatecznie, powrót do Polski 15 marca i tak nie doszedł do skutku, bo wkrótce potem rodzina została poinformowana przez LOT, że na chwilę obecną listy pasażerskie na dostępne rejsy powrotne zostały zamknięte i nie są planowane kolejne loty, a jeśli to nastąpi to dostaną powiadomienie. Poinformowano też, że w sprzedaży pozostają jeszcze ostatnie miejsca na połączenia rejsowe z Indii do Polski.
– Było światełko i nadzieja, ale niestety już nie ma – podsumowała rozgoryczona pani Anna.
Rodzina spod Chełma, tak, jak wiele innych, które utknęły w Tajlandii, tocząc dramatyczną walkę o powrót do domu, każdego dnia wydaje tam niemałe pieniądze na utrzymanie. Takich nadplanowych wydatków nie sposób było przewidzieć, więc poziom frustracji sięga apogeum, tym bardziej, że pojawili się oszuści, którzy wykorzystują tę sytuację. Jedna z Polek, która utknęła w Azji, myśląc, że w końcu udało jej się dodzwonić do linii lotniczych, w których miała wykupione bilety powrotne, chcąc je przebudować, dokonała płatności, ale okazało się, iż była to forma wyłudzenia zastosowana przez oszustów.
– Nasze wakacje skończyły się już dawno temu, a każdy kolejny dzień to rozpaczliwa próba powrotu do domu, gdzie czekają na nas obowiązki zawodowe, a na dzieci szkoła – mówi pan Grzegorz, znajomy pani Anny „z Tajlandii”. – Mamy żal, bo czujemy się pozostawieni samym sobie. Najgorszy jest ten chaos informacyjny, brak konkretnych wiadomości. Byłoby zupełnie inaczej, gdybyśmy wiedzieli, że wylatujemy konkretnego dnia, powiedzmy za tydzień. Ale tak nie jest. LOT nie ma swojego biura w Bangkoku. My także jesteśmy tu już od miesiąca, a od dwóch tygodni to już oczywiście żadne wakacje, tylko walka o powrót do domu. Utrzymujemy się na własny koszt. Zapłaciliśmy za lot w obie strony, a lot powrotny nam odwołano i nie wiadomo, czy odzyskamy za niego pieniądze. Zwariować można. (mo)
PS Imię bohaterki artykułu zmienione. Personalia do wiadomości redakcji.

































