Artystka ze strzelbą

Gdy jest na polowaniu, koncentruje się na celnym, skutecznym strzale, aby zwierzę nie cierpiało. Kiedy sięga po pędzel i farby, maluje sceny z polowań. Anna Szumera, artystka prowadząca zajęcia z malarstwa i rzeźby, a także sędzia i instruktor strzelectwa myśliwskiego. Łowiectwo i plastyka to dwa różne światy, ale nie dla niej. – U mnie połączone są jedną wrażliwością i oddaniem dla przyrody – mówi.


Anna Szumera, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, od 34 lat pracuje w Chełmskim Domu Kultury. Prowadzi zajęcia plastyczne, jest instruktorem grupy „Alternatywa” działającej przy ChDK. Mieszka w Chełmie, ale od wiosny do jesieni przeprowadza się do swojego ukochanego domku myśliwskiego zwanego „Szumerówką” w gminie Ruda-Huta. Tam jest jej obwód łowiecki, gdzie poluje i zaprasza uczestników grupy Alternatywa na plenery malarskie. Jak mówi – dwa światy a jedno serce.

Nowy Tydzień: – Kto zaraził Panią zamiłowaniem do myślistwa? Jak długo realizuje Pani tę pasję?
Anna Szumera: – Mój kontakt z Kołem Łowieckim nr 23 „Szarak” w Chełmie rozpoczął się od wykonania przeze mnie projektu Sztandaru Koła. Zachęcona przez Zarząd Koła wstąpiłam na staż, potem egzaminy i tak od dwudziestu lat jestem członkinią Polskiego Związku Łowieckiego.
– Na co dzień zajmuje się Pani sztuką: malarstwem, rzeźbą. Prowadzi Pani zajęcia plastyczne dla dzieci i dorosłych. Skąd w kobiecie, artystce, absolwentce Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, zamiłowanie do łowiectwa? Wydaje się, że to dwa „odmienne światy”, odrębne dziedziny – czy coś je łączy?
– W życiu czujemy się spełnieni wtedy, gdy możemy sami budować sobie radość dnia codziennego. Mnie się to udaje, ponieważ umiem patrzeć na to, co mnie otacza i dostrzegać w tym piękno. Dotyczy to i ludzi i natury szeroko rozumianej. Czynnikowi „wyższemu”, moim rodzicom i swojej sumiennej pracy zawdzięczam to, kim dzisiaj jestem zawodowo, a to, co noszę w sercu, czerpię z cudów przyrody, jej estetyzmu i harmonii. Dla mnie to nierozerwalny związek, dlatego też oddaję swój czas gospodarce łowieckiej.
– Według stereotypów polowania to domena mężczyzn. Czy kobiety radzą sobie w tej materii na równi z mężczyznami?
– To, że procentowo jest ich więcej, to nie domena a liczba. W łowiectwie potrzebna jest cierpliwość, wytrwałość, upór i wiedza. W tej dziedzinie kobiety nie ustępują pola mężczyznom. Jestem tego przykładem. Łowiectwo pojmuję szeroko. Nie tylko poluję, ale także strzelam sportowo, konkurując z kolegami, tu też mam swoje osiągnięcia. Posiadam uprawnienia sędziego i instruktora strzelectwa myśliwskiego a także wyższy stopień w łowiectwie – lektora prawa łowieckiego, co w praktyce powoduje, że pracuję w składzie komisji szkoleniowej i prowadzę kursy w swojej dziedzinie dla przyszłych myśliwych. Dodam: z uśmiechem uczę mężczyzn.
– Jak wygląda polowanie?
Polowania dzielimy na indywidualne i zbiorowe. Sposób ich wykonywania jasno wyznacza – na podstawie Ustawy Prawo Łowieckie – Rozporządzenie Ministra Ochrony Środowiska, zasobów Naturalnych i Leśnictwa w sprawie szczegółowych zasad i warunków polowania oraz obowiązku znakowania. Oczywiście na polowanie wychodzimy w celu pozyskania zwierzyny, ale to święty Hubert darzy i właśnie to jest sprawiedliwe. Każde polowanie, nawet na ten sam gatunek zwierzyny, jest inne. Tu nie ma schematu, są tylko indywidualne doznania i spostrzeżenia.
– Co czuje myśliwy, gdy celuje i strzela do zwierzęcia?
– Myśliwy to składnik łowiectwa, które obejmuje przede wszystkim hodowlę i ochronę populacji zwierząt, a dopiero jej pozyskiwanie w drodze polowań lub odłowów a następnie wprowadzanie jej do obrotu gospodarczego. Ja w takim momencie koncentruję się na dobrym skutecznym strzale, aby zwierzę nie cierpiało i nie należy tu dorabiać żadnej innej filozofii. Zawsze jest to moment odbierania życia, więc należy zadbać, aby to była prawidłowo wyselekcjonowana sztuka i aby na tym strzale zakończyć temat, a po, zgodnie z zasadami etyki łowieckiej, oddać zwierzęciu hołd.
– Co Pani myśli, gdy słyszy krytyczne komentarze pod adresem myśliwych. Ostatnio nie brakowało ich w związku z trwającymi pracami nad nowelizacją prawa łowieckiego. Niektórzy mają wątpliwości co do postaw moralnych osób, którzy zabijają zwierzęta. Nie rozumieją, co nimi kieruje: przyjemność, satysfakcja? Proszę wytłumaczyć, jaki jest pożytek z łowiectwa.
– Uważam, że problem jest w ignorantach i pieniaczach. W każdej grupie społecznej znajdujemy „czarne owce”. Błędy popełnia chociażby lekarz, policjant, ksiądz i zapewne myśliwy. Prace nowelizacyjne trwają. Nie bawmy się w politykierów, bo zapominamy, że dziś jednym z zadań łowiectwa jest troska o zdrowotność i jakość zwierzostanu oparta na dobrej znajomości biologii zwierząt oraz zapobieganie degeneracji, która mogłaby powstać na wskutek niewłaściwej selekcji jak i wad genetycznych. Duża tu rola i wysiłek myśliwych. Wykonanie tego zadania stało się możliwe poprzez właściwe zagospodarowanie i przygotowanie łowisk do zimowych akcji dokarmiania i ochrony przed kłusownictwem. Obwody łowieckie są wyposażone w niezbędne techniczne urządzenia łowieckie takie jak paśniki, podsypy dla ptactwa czy magazynopaśniki, które służą do dokarmiania zwierzyny oraz jej obserwacji. Łowiectwo bywa jednak błędnie interpretowane i utożsamiane wyłącznie z polowaniem. A jest to przecież nic innego jak ściśle powiązany zespół czynności dążących do gospodarowania zwierzyną zgodnie z postulatami ochrony przyrody, rozporządzeniami Ministra Środowiska, Ustawą Prawo Łowieckie oraz Statutem Polskiego Związku Łowieckiego.

– Ostatnio do redakcji „Nowego Tygodnia” zadzwonił Czytelnik – rozgoryczony rolnik, który powiedział tak: „Chłop hoduje dzika myśliwemu, dosłownie. Najpierw zasiewamy pole. Potem przychodzi dzik i wyjada nam uprawę kukurydzy. Jesteśmy stratni. Dostajemy – albo i nie – odszkodowanie – 150 zł. Myśliwy ustrzeli sobie dzika i ma mięso, a my co? Marne odszkodowanie, które nie pokrywa nawet strat w uprawach. Kto weryfikuje odstrzał dzików?”. Skąd taka plaga dzików w ostatnich latach i czy myśliwi robią, co mogą w tej kwestii?
„… myśliwy ustrzeli sobie dzika”, to prawda, ale zapłaci za wzięcie go na użytek własny. Po prostu go kupi. Tak to działa. Zwierzyna jest liczona, sporządzane są roczne i wieloletnie plany hodowlane. Każda pozyskana sztuka musi być ujęta w ewidencji, co pozwala na określanie liczebności gatunków żyjących w polskich lasach. Mało kto zastanawia się nad tym, że myśliwi przepracowują w ciągu roku w sumie kilkaset godzin na rzecz ochrony i zagospodarowania łowisk, wielokrotnie używając własnego sprzętu uprawowego i transportowego. Poświęcają na to swój czas i pieniądze, dzięki czemu możliwe stało się zagospodarowanie biotopów i rekompensata szkód łowieckich wypłacana ze środków własnych myśliwego a nie podatnika. A za niewykonanie „planu” grożą Kołom Łowieckim kary finansowe, bowiem nadmiernie rozwinięta zwierzyna rzeczywiście może czynić szkody w uprawach rolnych i leśnych. Nie uważam, że możemy mówić o pladze dzików. Zapraszam tego rozgoryczonego rolnika, aby towarzyszył mi na polowaniu. Może zmieni zdanie po wielokrotnym powrocie z polowań z pustymi rękami.
– Myśliwi to najczęściej przedstawiciele jakich zawodów? Jest jakaś zasada?
– Nie ma żadnej zasady. Wśród nas są rolnicy, technicy, leśnicy, lekarze, prawnicy, duchowni służby mundurowe i jak Pani wspomniała plastycy.
– Czy myślistwo to droga pasja? Ile kosztuje sprzęt? Ile strzałów oddaje się w ciągu jednego polowania? Ile strzałów potrzeba, aby zabić zwierzę?
– Może być droga, ale nie musi. To tak jak z posiadaniem samochodu. Są bardzo drogie i bardzo tanie. Dbamy o stan techniczny i jeżdżą. Tak samo jest bronią i osprzętem. Nie jest ważna cena, ale sprawność techniczna i umiejętności strzelca. Wtedy wystarcza jeden strzał.
– Proszę opowiedzieć o szczególnie niebezpiecznej, czy też zaskakującej sytuacji, która Panią spotkała podczas polowania. Czy jest jakaś wyjątkowa „zdobycz”, z której jest Pani szczególnie dumna? Czy kolekcjonuje Pani poroża? Może udaje się je wykorzystać w jakiś artystyczny sposób?
– Kiedyś na polowaniu zbiorowym o mało nie stratował mnie przestraszony łoszak, który wypadł z zarośli wprost na mnie. Wtedy się przestraszyłam, ale są piękniejsze wspomnienia, na przykład baraszkujących borsuków czy walczących byków. Ujrzane obrazy przyrody tak prawie na dotyk to cudowne wewnętrzne bogactwo każdego myśliwego. Ja mam to szczęście, że mogę się tym dzielić również w domu z moim mężem, także myśliwym. Oboje dbamy o trofeistykę. Nasze mieszkanie wypełnione jest porożami w tym kilka moich złotomedalowych rogaczy. Często też poluję z aparatem fotograficznym. A kiedy sięgam po pędzel i farbę to także maluję sceny z polowań. Łowiectwo i plastyka, może to dwa światy, ale u mnie połączone jedną wrażliwością i oddaniem dla przyrody. (mo)