Budowali my…

Konsorcjum BLOCK i JP CONTRACTING odpiera zarzuty Zarządu Województwa i obecnego kierownictwa Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej, przekonując, że dotrzymywało kontraktowych terminów, za to zobowiązywane było stale do dodatkowych robót, znacznie podrażających koszt rozbudowy szpitala.
W zasadzie cała kontrowersja nie jest niczym nowym, bowiem od blisko 5 lat inwestycja w COZL polega właśnie na stałym przeprojektowywaniu wcześniej zaprojektowanych projektów i równie stałych sporach o ich wycenę. W efekcie nie tylko nikt już chyba nie wie, ile całe przedsięwzięcie będzie jeszcze kosztować ani co w zasadzie uda się uzyskać w jego efekcie, każdego miesiąca bowiem buduje się między ulicami Jaczewskiego a Sierocą coś innego, niż miesiąc wstecz i zupełnie innego, niż zaplanowano pierwotnie. Obecna, tymczasowa dyrekcja Centrum w osobie p.o. dyr. Macieja Kondratowicza-Kucewicza, próbowała wprawdzie wprowadzić w cały ten bałagan odrobinę ładu i kontroli, choćby na poziomie podstawowym, czyli przez inspektorów nadzoru, ale efektem tego było opisywane już zejście wykonawcy. – Prosiliśmy przez prawie cały ten rok o podpisanie jednego aneksu do umowy, który ostatecznie określiłby zakres robór dodatkowych i zawierał gwarancje ich sfinansowania. Bez skutku. Dokumenty docierały do nas spóźnione, podobnie jak i płatności za już wykonane prace, wobec czego zostaliśmy postawieni w sytuacji bez wyjścia – tłumaczył na konferencji prasowej Jarosław Popiołek, prezes JP CONTRACTING.

COZL nadal jednak twierdzi, że zmiany nie były na tyle duże, by uzasadnić tak radykalne kroki. Zwłoka w płatnościach czy obiegu dokumentów, była, zdaniem p.o. dyrektora placówki, raczej obustronna. Po raz kolejny więc procesu w sprawie Centrum nie da się uniknąć i jeśli tak dalej pójdzie, chyba taniej będzie przenieść do wybudowanych już obiektów, z którymi i tak nie ma co robić ani za co utrzymać, któryś z wydziałów lubelskiego sądu. Przynajmniej na dojazdach się oszczędzi…TAK