Dróżnik stanie przed sądem

Prokuratura wysłała do sądu akt oskarżenia w sprawie tragicznego wypadku na strzeżonym przejeździe kolejowym przy ul. Złotej w Chełmie. Na miejscu zginęła wówczas 51-letnia kobieta, a po miesiącu walki o życie w szpitalu zmarła jej 14-letnia córka. Winnym tragedii jest 49-letni Roman Sz., który zamiast o zamknięciu szlabanu myślał o prywatnych problemach i potrzebie skorzystania z toalety. Mężczyzna w dalszym ciągu pracuje w PKP, a już niebawem zasiądzie na ławie oskarżonych.

Czwartego kwietnia br. Renata N. (51 l.) razem z córką Pauliną (14 l.) i małym psiakiem wracały do domu. Matka prowadziła auto, córka siedziała z tyłu. Tę drogę kobieta znała jak własną kieszeń. Jej Toyota Yaris była druga w kolejce przed przejazdem kolejowym przy ul. Metalowej. Za nią było jeszcze kilka innych samochodów. Auto przed rodziną N. przejechało przez przejazd w kierunku ul. Złotej. Renata spojrzała instynktownie na boki, ale nic nie zobaczyła. Zresztą rogatki były podniesione, a w budce powinien czuwać na posterunku dróżnik. Po kilku sekundach ruszyła. Wjechała na tory, prosto pod jadący z Lublina pociąg. Toyota rozpadła się na kawałki, a jej fragmenty odbijały się od wagonu hamującego pociągu. Wrak auta odrzuciło kilkadziesiąt metrów dalej. Renata nie miała najmniejszych szans na przeżycie, a jej córka praktycznie została wgnieciona w bagażnik. Świadkowie próbowali wyciągać obie z samochodu, ale nie dali rady. Przybyli na miejsce strażacy wyjęli zwłoki 51-latki. Makabryczny widok.
Dziewczynka w krytycznym stanie trafiła pod opiekę lekarzy (po przetoczeniu krwi i konsultacji telefonicznej została przetransportowana z chełmskiego szpitala do specjalistycznego w Lublinie). Pilna potrzeba krwi, śpiączka farmakologiczna, konieczność amputacji obu nóg u tak młodej, kochającej taniec, dziewczynki i batalia lekarzy o każdą dobę. Niestety, 9 maja organizm Pauliny poddał się i dziewczynka zmarła.
Z wydanego zaraz po tragicznym wypadku przez PKP komunikatu wynikało jasno, że wszystkie urządzenia były sprawne. Dodatkowo przejazd był wyposażony w System Wspomagania Dróżnika Przejazdowego (SWDP), który gwarantuje pełną informację o ruchu pociągów. Państwowa Komisja Badania Wypadków Kolejowych w dalszym ciągu bada tę sprawę, a w ubiegłym tygodniu Prokuratura Rejonowa w Chełmie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Romanowi Sz. – dróżnikowi, który nie zamknął w porę szlabanu.
49-latek przyznał się do winy i powiedział, że bardzo żałuje tego, co zrobił. Tego feralnego dnia odebrał sygnał o jadącym ze stacji Zawadówka pociągu i odnotował to w książce. Zamiast wcisnąć przycisk uruchamiający mechanizm rogatek, wyszedł z budki do stojącej obok toalety toi toi. Sądził, że zdąży załatwić pilną potrzebę. W tym czasie nadjechał pociąg. Gdy dróżnik się zorientował, było już za późno.
Sz. ma blisko 20 lat stażu pracy. Dlaczego zatem tak postąpił? Jak się okazuje, w tym czasie borykał się z własnymi problemami, poświęcając uwagę przebywającej w szpitalu chorej matce i bratu uzależnionemu od alkoholu. Czy to było powodem „roztargnienia” w pracy, które miało fatalne skutki? Mężczyzna ma dozór policyjny, zakaz opuszczania kraju i wykonywania zawodu. Nie stracił jednak pracy w PKP, lecz do czasu rozstrzygnięcia postępowania został przesunięty na inne stanowisko, związane z pracą fizyczną w taborze. Jak zapewnia Łukasz Kwasiborski z wydziału prasowego PKP Polskie Linie Kolejowe S.A., to standardowa procedura w takich przypadkach.
Oskarżonemu grozi do 8 lat więzienia. Ile dostanie, to już zależy od sędziego. Podobne przypadki z całego kraju pokazują, że średnio 2 lata więzienia (Przykład: dróżniczka, przez błąd której kilkanaście lat temu zginął polski kierowca rajdowy, Janusz Kulig, usłyszała wyrok 2 lat więzienia w zawieszeniu na 3 lata i zakaz wykonywania zawodu przez 5 lat).

* * *

Dziś w budkach dróżników przy przejazdach na terenie Chełma widać już nowe twarze. Wygląda na to, że PKP, żeby zapobiec kolejnej tragedii przez rutynę, wymieniło pracowników. Mimo to przedstawiciele spółki nie potwierdzają, jakoby to wydarzenia z kwietnia miały bezpośredni wpływ na rotację. – Na zmiany obsady posterunków dróżników wpływa wiele czynników (między innymi odejścia na emeryturę i przyjęcia nowych pracowników). Nasi pracownicy są również stale szkoleni. Wszyscy są bardzo dobrze przygotowani do wykonywania swojej pracy – odpowiada Ł. Kwasiborski z biura prasowego PKP.
Zaraz po wypadku kierowcy zaczęli otwarcie mówić o problemach z widocznością na przejeździe (jadąc od strony ul. Metalowej). Powodem miała być źle usytuowana budka dróżnika – nie sposób przez nią zobaczyć pędzącego pociągu, tym bardziej, że pojawia się on zza zakrętu. Wiadomo, że PKP planuje przebudowę przejazdu w przyszłym roku. Spółka chwali się planami nowego oznakowania, ale milczy na temat ewentualnego przesunięcia budki. Z jej punktu widzenia wszystko jest w porządku. – Budynek strażnicy przejazdowej ma być usytuowany w takim miejscu, aby dróżnik miał możliwość dobrej obserwacji zarówno toru jak i drogi, ale także żeby nie ograniczał widoczności dla kierowców. W tym przypadku również tak jest i kierowcy mają pełny ogląd sytuacji na linii kolejowej co najmniej 5 metrów przed dojazdem do niej – tłumaczy Ł. Kwasiborski. (pc)