Kamienicznik zafundował im koszmar

Pan Karol i jego partnerka bronią się przed wyprowadzką „pod most”

Właściciel kamienicy przy ul. Peowiaków 4 w Lublinie bez zawiadamiania lokatorów przysłał do ich mieszkania ekipę remontową. Robotnicy skuli ściany, odcięli media, wystawili meble na podwórze. Gdy najemcy zaprotestowali, wytoczył im sprawę o eksmisję.
Pani Bernadetta mieszkała w tym lokalu od 2014 roku, a jej partner, pan Karol, całe życie. Problemy zaczęły się w maju minionego roku, kiedy umarł ojciec Karola, który dostał to mieszkanie z przydziału jeszcze w poprzednim ustroju. Od czerwca para stara się o to, by sąd uznał ich za najemców lokalu. – Jako najbliższy członek rodziny, mieszkający w lokalu od ponad 30 lat, powinienem mieć do tego prawo –uważa pan Karol.

Niebezpieczny proceder

Sądowej decyzji nie ma do dziś, co postanowił wykorzystać właściciel, który kilka lat temu kupił kamienicę. We wrześniu, bez uprzedzenia, wpuścił do mieszkania ekipę remontową. Do listopada, kiedy zaprzestano prac, mieszkanie doprowadzono do ruiny. Odłączono media i wodę. Meble pani Bernadetta zastała… wyniesione na podwórko. – Żyjemy rozdzieleni. Pomieszkuję z dzieckiem u koleżanki, partner nocuje tutaj – dodaje pani Bernadetta.
Zrozpaczoną parę wspiera radny Marcin Nowak oraz Lubelska Akcja Lokatorska, której przedstawiciele złożyli w ratuszu petycję z podpisami ponad 750 osób. Społecznicy proszą o szybką, wspólną reakcję miejskich służb. – Sytuacja tych ludzi jest dramatyczna. Trzeba im zapewnić lokal zastępczy, co może nastąpić jedynie przy współpracy miejskich instytucji – mówi Kinga Kulik z LAL, dodając, że takie sytuacje mogą sprzyjać tzw. czyścicielom kamienic. – To niebezpieczny proceder. Umęczeni ludzie, pozostawieni sami sobie w trudnej sytuacji skorzy są się wyprowadzić, poddać. Przestają wierzyć w pomoc instytucji. Nie chcemy na to pozwolić – dodaje Kinga Kulik.

Odrzucili doraźną pomoc

Brak tytułu prawnego do mieszkania, jak również niewyłączenie go z użytku, sprawiają, że na ten moment para nie może wystąpić o lokal zastępczy. Sprawę monitoruje kilka instytucji: Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, Centrum Interwencji Kryzysowej, powiatowy nadzór budowlany i Wydział Spraw Mieszkaniowych. Para nie chce się rozdzielać, więc nie godzi się na doraźne propozycje wsparcia, jak schronisko czy trzymiesięczny pobyt w mieszkaniu interwencyjnym. W Centrum Interwencji Kryzysowych, mieszczącym się przy ul. Probostwo, jest miejsce dla osób dotkniętych „traumatycznymi wydarzeniami losowymi” – trzy pokoje w jednym mieszkaniu tzw. interwencyjnym. – Pani Bernadetta zgłosiła się do nas w grudniu, przeszła pozytywnie kwalifikację – mówi Adam Mołdoch, zastępca dyrektora CIK. W ramach pierwszego kontraktu instytucja wsparcia mogła zaproponować miejsce w mieszkaniu na okres trzech miesięcy. – Maksymalny czas, po jednym przedłużeniu, wynosi pół roku. Pani Bernadetta jednak się na takie rozwiązanie nie zdecydowała, wybierając mieszkanie z dzieckiem w innym miejscu – zaznacza wicedyrektor, dodając, że instytucja jest gotowa wspierać również w formie porad psychologicznych. Pani Bernadetta  nie zdecydowała się również na skorzystanie z możliwości wsparcia, które  oferował  MOPR. – Nasi pracownicy mieli kontakt z tą panią  w styczniu oraz pod koniec lutego tego roku. Proponowali możliwość umieszczenia w ośrodku wsparcia dla matek z dziećmi (schronisku). Jest to jedyna forma schronienia, jaką możemy zaproponować  zgodnie z ustawą  o pomocy społecznej. Pani Bernadetta nie zdecydowała się jednak na  umieszczenie w ośrodku,  wskazując, że przebywa aktualnie u znajomych. Nie występowała również z wnioskiem o pomoc finansową czy też rzeczową, nie wskazywała też dokładnego miejsca pobytu. Dlatego też nie było podstaw do tego, aby przeprowadzać wywiad środowiskowy – wyjaśnia Magdalena Suduł, rzecznik prasowy lubelskiego MOPR.

Formalno-prawne meandry

Sygnał w sprawie tragicznego położenia lokatorów z Peowiaków przekazał prezydentowi radny Marcin Nowak. – „Podstawową sprawą w tej szczególnej sprawie jest orzeczenie Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego. Chodzi o to, by ci państwo uzyskali deklarację, że mieszkanie nie nadaje się do użytku. Wtedy mogą stanąć w kolejce po lokal komunalny lub wszcząć szybszą procedurę starania się o lokal socjalny” – zaznacza radny. „Pomimo ustawicznych starań formalno-prawne meandry uniemożliwiały dotychczas udzielenie pomocy rodzinie. Z uwagi na szczególny przypadek proszę o gruntowne przeanalizowanie problemu i pomoc w rozwiązaniu” napisał w interpelacji do prezydenta.
Sprawa toczy się w sądzie. – Chcemy wyjaśnić stan sprawy w sądzie, liczymy na wsparcie poprzez działania miasta. Zresztą, powinien zaproponować nam to sam właściciel – zaznacza para. Nam nie udało się z nim skontaktować. BARTŁOMIEJ CHUDY