Nawet 270 osób na bruk

To już przesądzone. Do Powiatowych Urzędów Pracy wpłynęły informacje o zwolnieniach grupowych w zakładach Sco-Pak. W sumie z fabryk w Chełmie i Orchówku zwolnionych zostanie ok. 260 osób. To największe masowe zwolnienia w regionie od lat. Sytuacja samego zakładu jest dramatyczna. W Orchówku za zaległości odcięto nawet prąd.

Wydawałoby się, że sytuacja fabryki papieru i tektury Sco-Pak była dramatyczna już 3 lata temu, gdy do zakładu weszła zarządca sanacyjna. Pod jej rządami firma miała nie tylko wyjść na prostą, ale też i spłacić przynajmniej część długów. Sam proces początkowo miał trwać rok, ale okres ten wydłużył się do niemal trzech. W tym czasie nie tylko nie udało się przywrócić firmie wydajności, ale powiększono też zobowiązania. Efekt jest opłakany. Po 25 latach istnienia Sco-Paku na rynku firma upada i obecnie czeka na wyznaczenie syndyka masy upadłościowej. Zakład w Orchówku, w którym zatrudnionych jest ok. 170 osób, nie produkuje już od kilku tygodni.

W ostatnich dniach zakład energetyczny odciął tam zasilanie. Wszystko oczywiście przez niespłacone zobowiązania. W dramatycznej sytuacji znaleźli się pracownicy fabryk w Chełmie i Orchówku. Około 260 osób jeszcze w maju dostanie wypowiedzenia. Do Powiatowego Urzędu Pracy w Chełmie i jego odpowiednika we Włodawie wpłynęły już bowiem zawiadomienia o planowanych zwolnieniach grupowych. Informacje o wypowiedzeniach mają być rozsyłane pracownikom ok. 20 maja. – W chełmskim zakładzie pracę ma stracić 71 osób – mówi Barbara Gil dyrektor PUP w Chełmie.

– Niemal 3 lata działalności pani zarządcy, zamiast wyprowadzić zakład na prostą, doprowadziły do tego, że firma jest w stanie upadłości – mówi ze smutkiem prezes i założyciel Sco-Paku Grzegorz Pleskot. – Zobowiązania wobec wierzycieli są ogromne. Jakby tego było mało, cały czas rosną, i to w zastraszającym tempie. Najgorsze jest to, że nikt nie chce mnie dopuścić nawet do wglądu w dokumenty – gdy chciałem wejść do zakładu zostałem bezprawnie z niego wyprowadzony przez policję. Pracownicy, pod groźbą zwolnienia dyscyplinarnego, mają kategoryczny zakaz kontaktów ze mną.

Dochodzi do tego, że sprawdza się ich bilingi pod kątem tego, czy nie dzwonili na mój numer! Serce się kraje, bo przez 25 lat budowałem tę firmę, a teraz robi się wszystko, by wykazać, że to ja jestem winny, że doprowadziłem ją do obecnego, dramatycznego stanu finansowego. A tak naprawdę wina leży po stronie ludzi i instytucji, którzy byli odpowiedzialni za proces sanacji. Niestety, zostali oni wybrani bardzo nieodpowiedzialnie i przez swoją niekompetencję, albo może i celowe działanie doprowadzili do tego, że za chwilę ok. 270 pracowników trafi na bruk, a budowany od lat potencjał i majątek firmy zostanie wyprzedany za marne grosze.

Bardzo boli mnie to, że mimo tego, że miałem realny plan na wyprowadzenie zakładu na prostą, zostałem najzwyczajniej w świecie odsunięty przez największych wierzycieli, czyli obecny Santander Bank (niegdyś BZWBK) oraz Agencję Rozwoju Przemysłu. Te instytucje miały największy wpływ na proces restrukturyzacji, ale nie robiły nic, by dać nam szansę na odbicie się od dna. Nie zgodziły się na moją propozycję rozłożenia spłaty długu na 10 lub 12 lat, co uderzyło także we wszystkich mniejszych wierzycieli, którzy teraz nie mają szans na odzyskanie swoich zobowiązań, ponieważ pierwszy w kolejce po nie jest bank.

Zakład przez okres sanacji był zarządzany tak nieudolnie, że przez ten czas przyniósł kolejne ponad 60 mln zł strat. Od 2017 roku nie dopłacono VAT-u w kwocie 2,8 mln zł. Nawet w ZUS-ie firma zalega ok. 1 mln zł. Jakby tego było mało, pod kierownictwem pani zarządcy sprzedawano produkt po zaniżonej o ok. 15-20 procent cenie, a za półprodukty płacąc o wiele drożej. Efekt jest taki, że w zakładzie w Orchówku odcięto już prąd, pracownicy są w tzw. gotowości do pracy, ale to są już ich ostatnie dni w tej fabryce – wyjaśnia Pleskot, który niemałe kłopoty ma również jako osoba prywatna. – Komornik zajął wszystkie moje oszczędności. Jako od osoby prywatnej domaga się też ode mnie spłaty 87 mln zł! Przyznam, że tracę już siły na walkę z tą wielką urzędniczą machiną. Przypłaciłem ją zdrowiem, a nie wiem, co będzie dalej. Czekam na powołanie syndyka, ale nadziei wielkich już nie mam – dodaje z żalem przedsiębiorca.

Upadłość Sco-Paku to nie tylko wielki cios dla zatrudnionych tam ludzi, ale też i dla gminy Włodawa, na której konto tylko w tym roku powinno trafić niemal 830 tys. zł z tytułu podatku. Zaległości sanacyjne w stosunku do gminy wynoszą już ponad 1,1 mln zł i jest nikła szansa, by środki te odzyskać. Do tej pory pieniądze Sco-Paku były bardzo istotnym i co ważne, stałym zastrzykiem gotówki, który gmina ujmowała w swoim budżecie. Teraz tych środków już nie będzie, więc zagrożone mogą być niektóre zaplanowane na ten rok inwestycje. (bm)