Szewc bez butów…

Choć Narodowy Fundusz Zdrowia dzieli miliardy i współdecyduje o płacowym być i nie być tysięcy placówek medycznych w całej Polsce, własny: niższy i średni personel traktuje co najmniej równie surowo.


Blisko połowa spośród 5 tysięcy pracowników Narodowego Funduszu Zdrowia dostaje podstawowe wynagrodzenie w wysokości poniżej 2,5 tys. zł na rękę. Płace były zamrożone od 2009 roku (sic!). Cierpliwość urzędników się jednak skończyła.

Posadki i podwyżki dla swoich – z kolejnych partii

Działająca w NFZ „Solidarność” chce co najmniej 20-procentowej podwyżki wynagrodzeń, przy czym sama ten postulat nazywa co najwyżej rekompensatą za niemal dekadę bez żadnych regulacji płacowych (oczywiście z wyłączeniem zarządzających Funduszem i ich bezpośredniego zaplecza). Związkowcy protestują też przeciw procederowi karuzeli stanowisk czyli przynoszeniu przez kolejne ekipy teczek pełnych CV partyjnych i towarzyskich znajomków do zatrudnienia, oczywiście od razu na wyższe stanowiska i z lepszym uposażeniem niż dla długoletnich, doświadczonych pracowników. – Jeśli nie zostaną zrealizowane nasze postulaty, przeprowadzimy akcję strajkową. Mamy już kilka pomysłów na to, by nasz protest został zauważony przez opinię publiczną, bez narażania życia i zdrowia pacjentów, których leczenie finansuje NFZ – poinformowała Bronisława Czarska-Marchelewicz, przewodnicząca komisji zakładowej NSZZ „Solidarność” działającej przy NFZ.

PiS nie dotrzymało słowa o reformie NFZ

Tymczasem w tym roku faktycznie w NFZ przewidziano podwyżki, tyle że… znów dla wybranych, a i to głównie w centrali (60 proc z puli 20 mln zł) oraz dla dyrekcji oddziałów. Według związkowców to niemal zdrada i nadużycie zaufania okazywanego wcześniej obecnemu kierownictwu przez „Solidarność”. Z kolei cały rząd obarczany jest odpowiedzialnością za prawie 4-letni stan zawieszenia, wynikający z przedwyborczych zapowiedzi PiS-u na temat planowanej rzekomo likwidacji NFZ i przekazania jego kompetencji do Urzędów Wojewódzkich.

W efekcie Funduszu nikt nie reformował – bo i po co, skoro miał zniknąć? (na tej samej zresztą zasadzie przez niemal cały ten okres wstrzymywano wszelkie większe zmiany w kontraktach ze szpitalami, czego skutkiem jest ich znowu rosnące zadłużenie i pogłębiająca się, po chwili przerwy, zapaść finansowa). Dopiero znienacka premier ogłosił, że NFZ jednak zostaje, jednak wszelkie poważniejsze decyzje w sprawach systemu po raz kolejny odłożono „na po wyborach”.

I tak trwają w najlepsze tymczasowość, bylejakość i niedofinansowanie, które niemal od samego początku były wręcz symbolami Narodowego Funduszu Zdrowia.

TAK