Włodawianie uwięzieni w Emiratach

To miały być wakacje życia pod palmami Tajlandii. Zamiast radosnych wspomnień jest jednak strach, dojmująca niepewność i dramatyczna walka o powrót do domu. Od ubiegłej soboty piątka mieszkańców Włodawy przechodzi przez prawdziwe piekło, utknąwszy w pułapce między arabskim hotelem, lotniskiem a lotem do Polski.

Dramat rozpoczął się w sobotę (28 lutego), podczas powrotu z egzotycznego urlopu, który trwał od 18 do 28 lutego. Samolot z Tajlandii mający mieć międzylądowanie w Szardży, skąd turyści mieli ruszyć prosto do Warszawy, nie otrzymał zgody na lądowanie. Pilot został zmuszony do skierowania maszyny do Omanu, co stało się początkiem wielodniowej gehenny.

20 godzin na lotniskowych dywanach

Pierwsze chwile były testem wytrzymałości. Pięcioro Włodawian spędziło ponad 20 godzin na lotnisku w Omanie, koczując na dywanach wraz z tłumem innych podróżnych i karmiąc się kolejnymi, niespełnionymi obietnicami o rychłym locie do kraju. Dopiero po tym czasie linia lotnicza Air Arabia przetransportowała wyczerpanych pasażerów do hotelu. Mimo zapewnionej opieki, pobyt w Omanie stał się dla Paciorkowskich i Grzywaczewskich emocjonalnym więzieniem. Przez trzy doby nie opuszczali hotelu, z lękiem i nadzieją wyczekując jakiejkolwiek informacji o powrocie. Dopiero we wtorek (3 marca) w nocy odzyskali swoje bagaże rejestrowane. Wcześniej dysponowali jedynie tym, co mieli w bagażu podręcznym.

W środę rano pojawił się promyk nadziei. Poinformowano ich o locie do Szardży, a stamtąd do Polski. Turyści spakowali się, przeszli odprawę i… ponownie przeżyli szok. Zamiast do samolotu, zostali skierowani z powrotem do hotelu. – Siedzimy w ciemnym pokoju, patrzymy w okno i czekamy na telefon – relacjonuje Anna Paciorkowska, jedna z uwięzionych kobiet, opisując atmosferę beznadziei, jaka panuje wśród pasażerów i dodaje, że sytuacja staje się coraz bardziej napięta. – Niektórzy pasażerowie z listy przesłanej przez linie lotnicze zdołali odlecieć do Warszawy dzisiaj rano, jednak my wciąż pozostajemy w zawieszeniu. Podjęliśmy próbę wyjaśnienia sytuacji na lotnisku na własną rękę, ale zakończyła się ona fiaskiem. Usłyszeliśmy jedynie, że obecnie nie ma żadnych lotów do Polski i mamy czekać na telefon w hotelu. Jutro chcemy opuścić hotel i czekać na samolot na lotnisku. Jeśli nie będzie żadnego do Polski, mamy zamiar wsiąść do każdego, byle się stąd wyrwać – dodaje uwięziona turystka.

Dla obu rodzin to nie tylko dramat osobisty, ale i zawodowy. Od poniedziałku powinni być w pracy, tymczasem ich codzienność to patrzenie w telefon w oczekiwaniu na sygnał, który pozwoli im w końcu wrócić do bliskich. Jak długo jeszcze potrwa ten koszmar na obcej ziemi? Na to pytanie wciąż nie ma odpowiedzi.- Na całe szczęście w Szardży nie są prowadzone żadne działania wojenne. Nie latają rakiety czy drony, więc mamy poczucie bezpieczeństwa, ale ta niepewność i tęsknota za bliskimi w Polsce jest bardzo dojmująca – mówi Paciorkowska. Obecność turystów w Zjednoczonych Emiratach Arabskich była totalnym przypadkiem. Miały być one jedynie godzinnym międzylądowaniem na powrocie z bezpiecznej Tajlandii. (bm)