11. kolejka. IV liga

Kłos miał „setkę” w 90 min.


KŁOS GMINA CHEŁM – GRANIT BYCHAWA 0:0

KŁOS: Wojtiuk – Siatka, Poznański, Flis, Kowalski, K. Rak, Krawiec (60 Kamola), J. Rak, Filipczuk (70 Rutkowski), Wójcicki (63 Jabłoński), Chmiel (46 Brzozowski).

To był już czwarty mecz z rzędu, a siódmy w sezonie, w którym piłkarze Kłosa Gmina Chełm nie potrafili pokonać bramkarza przeciwnika. Tylko w czterech meczach udawało się im zdobyć gola. – Mamy duże problemy z wypracowywaniem sytuacji, a gdy już je stwarzamy, nie potrafimy ich zamienić na bramki. Tak na przykład było przed tygodniem w Żmudzi – mówi trener Kłosa, Robert Tarnowski.

Mecz z Granitem, co było do przypuszczenia, do łatwych nie należał. Wyżej notowany zespół gości miał inicjatywę, ale przy odrobinie szczęścia to Kłos po ostatnim gwizdku sędziego mógł cieszyć się z trzech punktów. Była 90 minuta…

– Stworzyliśmy się najlepszą w tym meczu sytuację bramkową i chyba jedyną tak klarowną – mówi trener Tarnowski. – Damian Kamola dostał piłkę na 15 metrze. Miał dużo miejsca i mógł dokładnie przymierzyć. Strzelił tak, że bramkarz Granitu zdołał odbić piłkę. Dopadł do niej Damian Jabłoński i przestrzelił. Zarówno jeden, jak i drugi mógł z tej sytuacji strzelić gola. Szkoda, bo to była stuprocentowa okazja.

Ale wcześniej, a dokładnie w pierwszej części meczu, wyśmienitą sytuację strzelecką miał Granit. – Po stałym fragmencie gry i mocnym strzale Konrad Wojtiuk instynktownie odbił piłkę nogą. Poszła dobitka i nasz bramkarz znów szczęśliwie obronił. W tej sytuacji uratował nas przed utratą bramki – opowiada szkoleniowiec Kłosa.

Kłos skupił się głównie na uważnej grze w defensywie. – Tak się mecz ułożył, że musieliśmy się bronić. Nie dopuszczaliśmy przeciwnika do strzeleckich sytuacji. W defensywie graliśmy bardzo mądrze, nie popełniając błędów, które skutkowałyby sytuacjami do zdobycia gola. Największe zagrożenie Granit stwarzał nam przy stałych fragmentach gry. Dwukrotnie w naszym polu karnym zakotłowało się po dośrodkowaniach, ale w obu przypadkach potrafiliśmy wyjaśnić sytuację. To był kolejny mecz walki. Granit to poukładana, dobra drużyna, która potrafi grać w piłkę. Mimo to, szkoda tej sytuacji z ostatniej minuty, bo gdybyśmy ją wykorzystali, myślę, że przeciwnik nie zdążyłby odrobić strat – uważa szkoleniowiec Kłosa.

W kolejnym meczu drużyna Kłosa znów zagra na własnym stadionie w Rożdżałowie, tyle tylko, że rywal będzie o wiele mocniejszy. Podopieczni trenera Tarnowskiego zmierzą się z liderującą Tomasovią. Początek spotkania w sobotę 10 października o 11.00.(r)

Unia postraszyła lidera

UNIA BIAŁOPOLE – TOMASOVIA TOMASZÓW LUBELSKI 1:5 (1:1)

1:0 – Mazur (3), 1:1 – Chmura (45+1), 1:2 – Dorosz (57), 1:3 – D. Szuta (58), 1:4 – Karólak (73), 1:5 – Dorosz (83).

UNIA: Wójtowicz – M. Cor (70 K. Cor), Kołodziejczyk (75 Domińczuk), Bureć, Ślusarz (70 Ostrowski), Greguła (65 Kociuba), Michał Antoniak, Mateusz Antoniak, Mazur, Poterucha, Fronc (55 Sarzyński).

Przed meczem trener Unii Tomasz Hawryluk miał twardy orzech do zgryzienia, bo nie mógł skorzystać z kilku czołowych zawodników. Adrian Zdybel i Sławomir Leśnicki leczą urazy, Łukasz Kozłowski nie zagrał ze względów rodzinnych, a Dawid Lewkowicz jeszcze nie wrócił z zagranicznych praktyk szkolnych. Mimo to gospodarze bardzo dobrze weszli w mecz.

– W 3 min. Jakub Fronc przechwycił piłkę w środkowej strefie boiska, przebiegał z nią kilkanaście metrów i dokładnie dograł do Pawła Mazura, który na pełnej szybkości wbiegł z futbolówką w pole karne i strzałem w długi róg dał nam prowadzenie – opowiada Tomasz Hawryluk.

Unia w pierwszej połowie starała się dotrzymywać kroku liderowi, który dotąd w dziesięciu spotkaniach odniósł dziewięć zwycięstw i tylko raz zremisował. – Goście na pewno lepiej operowali piłką, ale nie mieli aż tak wyraźnej przewagi. Stworzyli może dwie groźne okazje, bo naprawdę dobrze graliśmy w defensywie. I pewnie prowadzilibyśmy sensacyjnie po pierwszej połowie, gdyby nie rzut rożny w doliczonym czasie gry. Poszło dobre dośrodkowanie, zawodnik Tomasovii lekko pchnął Dawida Gregułę pozbawiając go możliwości zagrania piłki, a sam głową skierował ją do siatki. Sędzia uznał gola, twierdząc, że faulu nie było – relacjonuje szkoleniowiec Unii.

W drugiej połowie gospodarze walczyli ambitnie, jednak z każdą minutą mieli coraz mniej sił. – Dopóki starczyło tchu, broniliśmy się skutecznie. Niestety, w krótkim czasie straciliśmy dwie bramki, które w pewnym stopniu odebrały nam ochotę do walki. Tomasovia grała już z lekkością i dobiła nas jeszcze zdobywając dwa gole. Podsumowując, pierwsza połowa w naszym wykonaniu nie była zła, druga natomiast nieco słabsza, co wynikało głównie ze zmęczenia. Dałem pograć młodym zawodnikom, którzy dopiero zbierają pierwsze szlify. Dla nich gra na tym poziomie równa się ze zdobywaniem doświadczenia w seniorskiej piłce – mówi trener Hawryluk.

W kolejnym meczu zespół Unii Białopole u siebie zagra ze Świdniczanką Świdnik Mały, z którym w pierwszej rundzie przegrał 2:4. Początek spotkania w niedzielę 11 października o godz. 14.00.(r)

Start zasłużył na remis

LUBLINIANKA – START KRASNYSTAW 2:1 (2:0)

1:0 – Jakimiński (40), 2:0 – Kabała (43), 2:1 – Chariasz (86).

START: Janiak – Jaroszek (80 Widz), Saj, Lenard, Wojciechowski, Dworucha, A. Kowalski (65 Sołdecki), Chariasz, Ciechan, Wójtowicz (70 Matycz), Florek.

Z przebiegu spotkania Start na porażkę na pewno nie zasłużył. Do 40 minuty był równorzędnym rywalem dla faworyzowanej Lublinianki. – Powiedziałbym nawet, że pod bramką przeciwnika byliśmy groźniejsi od gospodarzy. Do momentu utraty pierwszego gola graliśmy dobry mecz, byłem zadowolony z postawy chłopaków – mówił po ostatnim gwizdku sędziego Marek Kwiecień, trener Startu.

W 40 min. Lublinianka wyszła na prowadzenie po strzale Gabriela Jakimińskiego. – To była przypadkowa bramka – twierdzi szkoleniowiec gości. – Zawodnik Lublinianki oddał strzał z 16 metrów, piłka odbiła się od pleców naszego stopera i po rykoszecie wpadła do siatki. Krzysztof Janiak był zdezorientowany, nie dał rady zapobiec utracie gola. Niestety, trzy minuty później po rzucie rożnym straciliśmy drugą bramkę i do przerwy było 0:2, choć z przebiegu gry na taki rezultat nie zasługiwaliśmy – podkreślał trener Kwiecień.

W drugiej połowie Start zagrał nieco słabiej, niż w pierwszej, ale miał swoje szanse do zdobycia bramki. Od 65 min. Lublinianka grała w dziesiątkę. Sędzia ukarał czerwoną kartką jednego z zawodników gospodarzy, który nieprzepisowo powstrzymał szarżującego na bramkę przeciwnika Kryspina Florka. – Kryspin znalazł się w stuprocentowej sytuacji do zdobycia gola. Miał przed sobą tylko bramkarza, kiedy został sfaulowany. Słuszna decyzja sędziego – mówił Marek Kwiecień.

Start do końca walczył o zmianę rezultatu. Wreszcie w 86 min. po stałym fragmencie gry piłkę w siatce umieścił Daniel Chariasz. Goście zaatakowali z jeszcze większym animuszem, starając się doprowadzić do remisu. W 90 min. Chariasz miał piłkę meczową. – Znalazł się w dobrej sytuacji. Bramka była niemalże pusta, natomiast w polu karnym był jednak spory tłok. Daniel szukał wolnego miejsca, ale nie zdołał posłać piłki do siatki. W doliczonym czasie gry w polu karnym Lublinianki Bartek Dworucha zderzył się z przeciwnikiem i obaj padli na murawę. Mieliśmy dogodną sytuację, ale sędzia przerwał akcję i wezwał pomoc medyczną. Szkoda, bo z tej akcji można było strzelić gola – twierdzi M. Kwiecień. Po spotkaniu Dworucha trafił do szpitala, bo w zderzeniu z rywalem rozciął sobie łuk brwiowy.

W następnym meczu Start zmierzy się z rezerwami Górnika Łęczna. Dla krasnostawskiego zespołu będzie to niezwykle ważna potyczka, bo obie drużyny, wszystko wskazuje na to, w drugiej części sezonu, będą rywalizować w grupie spadkowej i walczyć o pozostanie w IV lidze. Dlatego też wyniki bezpośrednich meczów będą odgrywać dużą rolę. Początek spotkania w sobotę 10 października o 11.00. Niewykluczone też, że mecz może zostać przełożony, bo w klubie w Łęcznej u jednego z zawodników i w sztabie są osoby zakażone koronawirusem i obecnie wszyscy przebywają na kwarantannie.(r)

Cenny punkt Włodawianki

WŁODAWIANKA – OPOLANIN OPOLE LUBELSKIE 2:2 (1:1)

0:1 – Wesołowski (13), 1:1 – Pacek (41 karny), 2:1 – Pacek (62), 2:2 – Siudy (79).

WŁODAWIANKA: Paszkiewicz – Borcon, Gontarz, Nielipiuk, Skrzypek, Musz (65 Czarnota), Ilczuk, Waszczyński (46 Magdysh), Welman (84 Woch), Pacek (71 Kamiński), Kawalec.

Kibice we Włodawie obejrzeli ciekawe spotkanie. Opolanin to zespół, w którym występuje kilku zawodników z trzecioligową przeszłością, a Kamil Król grał nawet w ekstraklasie w Górniku Zabrze.

Początek spotkania należał do gospodarzy. Już w 1 min. wynik meczu mógł otworzyć Przemysław Ilczuk. Kropnął z dystansu, a od utraty gola drużynę Opolanina uratowała poprzeczka. Później inicjatywę przejęli przyjezdni, którzy w 13 min. wyszli na prowadzenie. Po składnej akcji i dośrodkowaniu w pole karne, Król głową zgrał piłkę do Piotra Wesołowskiego, a ten również głową pokonał Macieja Paszkiewicza. To był dobry okres gry gości.

– Opolanin stworzył sobie jeszcze trzy stuprocentowe sytuacje do zdobycia gola, ale na nasze szczęście żadnej nie wykorzystał – mówił po ostatnim gwizdku sędziego trener gospodarzy Mirosław Kosowski. – Myśmy natomiast przed przerwą doprowadzili do wyrównania. Po tym, jak jeden z zawodników gości we własnym polu karnym zagrał piłkę ręką, sędzia podyktował jedenastkę, którą na gola zamienił Piotr Pacek.

Obraz gry w drugiej połowie nie uległ zmianie, ale to gospodarzom udało się wyjść na prowadzenie. Znów na listę strzelców wpisał się Pacek. – Przedarł się po skrzydle, uderzył na bramkę, a piłka wpadła do siatki. Po tym golu Opolanin dążył do wyrównania. Grał długie piłki na wysokiego Króla i dzięki temu goście zdobywali teren. Mieli sporo stałych fragmentów gry i po jednym z nich, po dośrodkowaniu z rzutu rożnego wyrównali stan meczu. Szkoda wcześniej sytuacji Macieja Welmana, który mógł strzelić gola na 3:1, ale bramkarz Opolanina nie dał się zaskoczyć. W samej końcówce przyjezdni raz jeszcze zagrozili naszej bramce, jednak Paszkiewicz był na posterunku. Remis uważam, za wynik sprawiedliwy. Trzeba cieszyć się z jednego punktu, bo Opolanin to naprawdę bardzo solidny zespół, na czub czwartej ligi – dodaje trener Kosowski.

Włodawianka po pierwszej rundzie jest na szóstym miejscu, z przewagą sześciu punktów nad siódmą drużyną. Z zespołami z pierwszej szóstki wywalczyła osiem punktów, które zaliczą się do kolejnego etapu rozgrywek, o ile podopieczni trenera Kosowskiego utrzymają przynajmniej obecną lokatę. Więcej zdobył tylko Huragan Międzyrzec Podlaski – 12. – Liga podzieliła się, co widać. Naszym celem jest pierwsza szóstka. W rundzie rewanżowej będziemy starali się wywalczyć jak najwięcej punktów. Każdy mecz ma dla nas wielkie znaczenie – podkreśla szkoleniowiec Włodawianki.

W następnej kolejce zespół z Włodawy zmierzy się na wyjeździe z Bizonem Jeleniec, z którym na inaugurację sezonu nieoczekiwanie przegrał 1:2. Mecz odbędzie się w sobotę 10 bm. o godz. 15.00.(r)

Sparta z kompletem „oczek”

POM ISKRA PIOTROWICE – SPARTA REJOWIEC FABRYCZNY 0:1 (0:0)

0:1 – Kasperek (85 karny).

SPARTA: J. Kamiński – Paździor, Huk, Starok (71 Karwowski), Figura, Kasperek, Barabasz (78 Kić), Kuśmierz, Martyn (63 Wołos), Pokrywka, Jasiński (63 Głowacki, 87 M. Kamiński).

Sparta wywalczyła w Piotrowicach bezcenne trzy punkty. Wszystko wskazuje na to, że obie drużyny po fazie zasadniczej będą grały w grupie spadkowej, a wyniki bezpośrednich spotkań pomiędzy nimi z pierwszego etapu rozgrywek zostaną zaliczone. Sparta na 12 zdobytych dotąd punktów aż 10 wywalczyła z zespołami z miejsc 8-12.

– Tabela podzieliła się na dwie części, widać, że górna „szóstka” mocno odskoczyła – mówił po meczu Bartosz Bodys, trener Sparty. – Dlatego też taka wygrana, jak dziś, ma duże znaczenie, ale także cieszy.

Do Piotrowic Sparta pojechała po komplet punktów, czego trener Bodys przed meczem nie ukrywał. – Mieliśmy swój plan na ten mecz, pod niego też ułożyliśmy cały mikrocykl treningowy. Niestety, po kwadransie spotkania musieliśmy zmienić koncepcję, bo panujące warunki nie pozwalały na grę w piłkę. Bardzo grząskie, nierówne boisko bardzo nam przeszkadzało. Lepiej w tych warunkach czuli się gospodarze, choć mimo to w pierwszej połowie zarówno POM, jak i mój zespół, stworzyły sobie po dwie dogodne sytuacje strzeleckie – opowiada trener Bodys. – Najpierw Jakub Martyn przestrzelił, a w drugiej akcji Patryk Pokrywka, zamiast podawać do lepiej ustawionych kolegów, zdecydował się na uderzenie i to nie była dobra decyzja.

W przerwie w szatni Sparty odbyła się męska rozmowa. – Powiedzieliśmy sobie, że musimy zmienić dużo w naszej grze, jeśli chcemy tutaj zdobyć komplet punktów. I to poskutkowało, bo po zmianie stron zagraliśmy o wiele lepiej. Przede wszystkim byliśmy dobrze zorganizowani i czujni w defensywie. W 58 min. stworzyliśmy sobie bardzo dobrą sytuację strzelecką. Martyn, po dośrodkowaniu Damiana Kuśmierza, przestrzelił z czterech metrów – mówi trener Bodys.

Mecz rozstrzygnął się w 85 min. Na indywidualną akcję zdecydował się Pokrywka. W polu karnym przeciwnika „zakręcił” obrońcą i został sfaulowany. Sędzia nie miał wątpliwości i wskazał na jedenastkę. Karnego na gola pewnie zamienił Michał Kasperek. Jednobramkowego prowadzenia Sparta nie oddała już do ostatniego gwizdka arbitra. – Może z przebiegu gry sprawiedliwszym wynikiem byłby remis, ale to my strzeliliśmy tego jedynego gola i wracamy do domu z kompletem punktów. Cieszy też fakt, że drugi mecz z rzędu zagraliśmy na zero z tyłu – podkreśla zadowolony z wyniku Bartosz Bodys.

W następnym spotkaniu Spartę czeka arcytrudne zadanie. Zespół z Rejowca Fabrycznego zagra na boisku lidera, Huraganu Międzyrzec Podlaski. Spotkanie odbędzie się w niedzielę 11 bm. o godz. 15.00. (r)

Stracili zwycięstwo w końcówce

UNIA HRUBIESZÓW – VICTORIA ŻMUDŹ 1:1 (0:1)

0:1 – Kashay (23), 1:1 – Podgórski (87).

VICTORIA: Zapał – Misiurek, Przychodzień, Kazubski, J. Sawa (79 Brzozowski), K. Sawa (47 Kuczyński), Kashay, Ścibior, Lecki (56 Szaran), Sobiech, Bielecki (70 Flis).

Po siedmiu wygranych z rzędu Victoria straciła punkty w Hrubieszowie. Trochę na własne życzenie, bo gdyby wykorzystała swoje okazje z pierwszej połowy meczu, Unia po przerwie zapewne by się nie podniosła.

– Zagraliśmy słabsze spotkanie, już trzecie takie z rzędu, choć w dwóch poprzednich zdobyliśmy komplety punktów – mówił po ostatnim gwizdku sędziego Dariusz Czarnota, kierownik drużyny Victorii. – Nie potrafimy się zbyt długo utrzymać przy piłce, z czym wcześniej nie mieliśmy żadnych problemów.

Pierwsza połowa należała do gości. Unia tylko raz zagroziła bramce Victorii. – Gospodarze nastawili się na obronę własnej bramki i grę z kontrataku. Właśnie po kontrze przedarli się pod naszą bramkę, ale nie wykorzystali okazji. My za to mieliśmy ich kilka, jednak tylko jedną potrafiliśmy zamienić na gola. W 23 min. Robert Kazubski dośrodkował piłkę w pole karne, Jakub Sawa nie zdołał jej opanować, ale przejął futbolówkę Ezana Kashay i choć utrudnił sobie sytuację, zdołała ładnym strzałem pod poprzeczkę pokonać bramkarza Unii – relacjonuje kierownik drużyny gości. – Oprócz tego stworzyliśmy sobie jeszcze trzy dogodne sytuacje, z których powinny paść bramki. Gdybyśmy strzelili jeszcze jednego gola w pierwszej połowie, myślę, że ten mecz zakończylibyśmy wygraną.

W drugiej połowie Victoria starała się kontrolować przebieg boiskowych wydarzeń, ale trudno jej było podejść pod bramkę rywala i stworzyć okazję do zdobycia gola. Nastawiona na grę z kontrataku Unia tylko raz zagroziła gościom, ale sytuacji nie wykorzystała. W 87 min. w niecodziennych okolicznościach doprowadziła jednak do remisu. – Gospodarze wykonywali wrzut z autu. Piłkę przejął na głowę Podgórski i pokonał naszego bramkarza – opowiada Dariusz Czarnota. – Z przebiegu meczu remis chyba nie krzywdzi żadnego z zespołu, choć jeden punkt nie do końca nas zadowala.

W 12. kolejce Victoria zagra na wyjeździe z Gryfem Gmina Zamość. Mecz odbędzie się w niedzielę 11 bm. o 15.00. (r)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here