14. kolejka.IV liga

Trzy ciosy do przerwy

HURAGAN MIĘDZYRZEC PODLASKI – WŁODAWIANKA WŁODAWA 3:1 (3:0)

1:0 – Kleber (24), 2:0 – Pakuła (27), 3:0 – Pakuła (35), 3:1 – Magdysh (54).

WŁODAWIANKA: Paszkiewicz – Książak (53 Kamiński), Borcon, Gontarz, Musz (80 Król), Welman (88 Misiura), Skrzypek, Magdysz, Ilczuk, Waszczyński (77 Woch), Kawalec.

Na mecz z liderem Włodawianka wybrała się bez pięciu podstawowych zawodników. – Zagraliśmy w eksperymentalnym składzie – mówił po spotkaniu Mirosław Kosowski, trener gości. – Szansę dostali inni i mimo niekorzystnego dla nas wyniku, kilku piłkarzy należy pochwalić.

Włodawianka dobrze zaczęła mecz w Międzyrzecu Podlaskim. Pierwsze 20 minut należało do przyjezdnych. – Stworzyliśmy sobie trzy dobre okazje do zdobycia gola, dwie miał Maciej Welman i jedną Jakub Kawalec, ale żadnej nie udało się wykorzystać. W 20 min. w końcu zdobyliśmy bramkę. Vladyslaw Magdysh dostał podanie w „uliczkę”, wyszedł w tempo do piłki i w sytuacji sam na sam posłał ją do siatki. Sędzia asystent podniósł jednak chorągiewkę do góry i główny gola nie uznał – opowiada trener Kosowski.

Arbiter podjął kontrowersyjną decyzję, bo analizując nagranie z tego meczu, można odnieść wrażenie, że w momencie podania, Magdysh nie był na spalonym. Gdyby uznał gola, mecz na pewno potoczyłby się inaczej. Cztery minuty później Włodawianka straciła bramkę. Zawodnik Huraganu oddał strzał z około 18 m i pokonał Macieja Paszkiewicza. – Piłka wpadła do siatki w długi róg, przy samym słupku, bramkarz był bez szans – relacjonuje Kosowski. – Niewiele później dostaliśmy drugiego gola. Popełniliśmy trochę błędów w ustawieniu, poszliśmy za wysoko, co wykorzystał przeciwnik. Wyprowadził kontrę, zawodnik Huraganu poradził sobie z naszym obrońcą i strzelił nie do obrony. W tym momencie wiadomo było, że będzie nam ciężko odrobić straty. Niestety, na nasze nieszczęście w 35 min. gospodarze zdobyli trzeciego gola i nasza sytuacja zrobiła się naprawdę trudna.

Włodawianka nie zamierzała jednak poddawać się. W drugiej połowie ruszyła odrabiać straty i już w 54 min. Magdysh wpisał się na listę strzelców. – Pojawiła się iskierka nadziei, że jeszcze możemy powalczyć o chociaż jeden punkt, ale trzeba przyznać, że Huragan to mocny zespół i nie popełniał błędów, które moglibyśmy wykorzystać. Wygrał zasłużenie, my natomiast z tego meczu musimy wyciągnąć wnioski przed kolejnymi spotkaniami – dodaje M. Kosowski.

Co ciekawe, treningi z Włodawianką wznowił Michał Budzyński, w ubiegłym sezonie czołowy gracz zespołu trenera Kosowskiego. – Nie wykluczamy, że w następnym meczu zawodnik ten pojawi się na boisku – podkreśla szkoleniowiec. Włodawianka w sobotę 31 października zmierzy się u siebie z Lublinianką. Początek o 13.00. (r)

Nie dali rady Królowi

OPOLANIN OPOLE LUBELSKIE – START KRASNYSTAW 3:1 (3:0)

1:0 – Król (5), 2:0 – Szewc (12), 3:0 – Król (45+1), 3:1 – D. Sołdecki (78 karny).

START: Janiak – Ciechan, Saj, Lenard, Wojciechowski, Wójtowicz (63 A. Kowalski), Dwroucha, Chariasz, J. Sołdecki (82 Wic), D. Sołdecki, Florek.

Kilka dni przed meczem Start Krasnystaw ogłosił transferowy hit. Po kilkunastu latach gry w klubach ekstraklasy, I ligi na „stare śmieci” powrócił Dawid Sołdecki, wychowanek UKS Jedynka Krasnystaw i trenera Marka Kwietnia.

– Z Dawidem jesteśmy umówieni na długą współpracę – mówi Marek Kwiecień. – Nie dość, że tak doświadczony zawodnik będzie grał w naszym zespole, to na dodatek wzmocni nas od strony szkoleniowej.

Dawid Sołdecki został grającym drugim trenerem w Starcie. W niedalekiej przyszłości ma też prowadzić grupy młodzieżowe w UKS Jedynka. – Z doświadczenia i umiejętności takiego zawodnika warto skorzystać – mówi M. Kwiecień. – Historia zatoczyła koło. Cieszy fakt, że Dawid wrócił do nas i chce dzielić się tym, czego nauczył się w innych klubach.

Sołdecki zagrał już w spotkaniu w Opolu Lubelskim, przeciwko faworyzowanemu Opolaninowi. Początek spotkania w wykonaniu Startu nie był najlepszy. Goście mieli sporo pretensji do sędziów. W 5 min. wskazali na rzut rożny dla miejscowych, choć piłkę do gry od bramki powinien wprowadzić młody Krzysztof Janiak. Po dośrodkowaniu gola głową zdobył mierzący prawie 2 metry Kamil Król, który ma za sobą ekstraklasową przeszłość. Zresztą ten zawodnik okazał się prawdziwym „katem” Startu. W 12 min. po jego podaniu gola strzelił grający trener gospodarzy, Daniel Szewc.

Piłkarze z Krasnegostawu reklamowali pozycję spaloną, ale sędzia decyzji nie zmienił i bramkę uznał. Przy trzecim trafieniu dla Opolanina błąd popełnił młody Janiak. Za późno wyszedł z bramki do dośrodkowania, Król uprzedził go i strzałem głową skierował futbolówkę do siatki. – Krzysiek to jeszcze młody bramkarz i ciągle się uczy. Gdyby odważniej wyszedł do piłki, albo pozostał w bramce, być może zapobiegłby utracie gola. Zdaję sobie jednak sprawę, że takie błędy będzie jeszcze popełniał, ale ważne, by wyciągał z nich wnioski – twierdzi Marek Kwiecień.

W drugiej połowie Start zagrał odważniej. – Nie mieliśmy nic do stracenia. Zepchnęliśmy rywala do obrony i trzeba przyznać, że stworzyliśmy sobie kilka sytuacji, które mogliśmy zamienić na bramki – opowiada Marek Kwiecień. – Zdobyliśmy gola z rzutu karnego, a chwilę potem świetną okazję na bramkę kontaktową miał Daniel Chariasz. Gdyby trafił, jestem przekonany, poszlibyśmy za ciosem i powalczyli o wyrównującego gola. Walczyliśmy do samego końca, Opolanin momentami był w opałach, ale wygraną dowiózł do ostatniego gwizdka sędziego – dodaje szkoleniowiec Startu.

Po meczu trener Opolanina Daniel Szewc przyznał, że jego drużyna w drugiej połowie niepotrzebnie cofnęła się, pozwoliła rywalowi stworzyć kilka dogodnych sytuacji. – Przy lepszej skuteczności przeciwnika mogliśmy za to srogo zapłacić – mówił.

Start nie składa broni. W najbliższym meczu zmierzy się z Powiślakiem Końskowola na jego terenie. – Zdajemy sobie sprawę z klasy przeciwnika, ale nam punkty są bardzo potrzebne i w każdym spotkaniu chcemy o nie walczyć – dodaje trener Kwiecień. (r)

Arcyważne zwycięstwo Sparty

GÓRNIK II ŁĘCZNA – SPARTA REJOWIEC FABRYCZNY 1:2 (0:1)

0:1 – Kuśmierz (2), 0:2 – Kuśmierz (50), 1:2 – Cielebąk (55).

SPARTA: J. Kamiński – Paździor, Huk, Figura, Martyn, Wołos, Karwowski (60 Borówka), Jasiński, Pokrywka, Kuśmierz, Barabasz (80 Wójcik).

Piłkarze Sparty Rejowiec Fabryczny zainkasowali komplet punktów w bardzo ważnym starciu z rezerwami Górnika Łęczna. Początek spotkania dla gości był wymarzony. Po stałym fragmencie gry i wymianie piłki przez Mateusza Wołosa oraz Patryka Pokrywki, ten pierwszy zdecydował się na dośrodkowanie, które celnym strzałem wykończył Damian Kuśmierz.

– Cały mikrocykl treningowy w ubiegłym tygodniu podporządkowaliśmy meczowi z Górnikiem II – opowiada Bartosz Bodys, trener Sparty. – Wiedzieliśmy, że spotkanie odbędzie się na sztucznej płycie i wszystkie jednostki treningowe zorganizowaliśmy na „Orliku”, po to, by zawodnicy mogli szybciej zaadaptować się w nowych warunkach. Pamiętam przed rokiem ciężko nam było odnaleźć się na sztucznej murawie.

Pierwsza połowa w wykonaniu Sparty była bardzo dobra. – Mogłem być zadowolony z gry moich zawodników. Zarówno w grze ofensywnej, jak i defensywnej prezentowaliśmy się dość dobrze. Górnik II poza stałymi fragmentami i strzałami z dystansu nie zagroził naszej bramce. Faktem jest, że to poukładana drużyna, mająca w swoim składzie dobrych, technicznych zawodników, ale też popełniająca wiele błędów w obronie i o tym wiedzieliśmy – podkreśla B. Bodys.

Druga połowa zaczęła się podobnie jak pierwsza, od gola dla Sparty. Po błędzie bramkarza piłka trafiła do Daniela Barabasza, ten zagrał do niepilnowanego Kuśmierza, a były zawodnik Chełmianki dopełnił formalności. – Drugie 45-minut mieliśmy grać w średnim pressingu i czekać na okazje do kontrataku – twierdzi trener Bodys. – Szybko zdobyty drugi gol miał wprowadzić spokój w nasze poczynania, a stało się odwrotnie. Oddaliśmy inicjatywę Górnikowi II i muszę przyznać, że przez kolejne 20 minut gospodarze nas zdominowali. Zdobyli kontaktowego gola i mieli jeszcze szanse, by strzelić wyrównującą bramkę. Po błędzie Marcina Borówki rywal miał rzut karny. Na nasze szczęście świetną interwencją popisał się Jakub Kamiński, wybijając nad poprzeczkę piłkę po strzale Jakuba Cielebąka – opowiada szkoleniowiec.

Po okresie przewagi miejscowych Sparcie udało się uspokoić grę, oddalić ją od własnego pola karnego. W samej końcówce goście skupili się na tym, by nie dopuścić przeciwnika do strzeleckich sytuacji, sami natomiast próbowali groźnie kontratakować. – W 84 min. mogliśmy zamknąć mecz, ale źle rozegraliśmy kontrę. Ostatecznie korzystny wynik utrzymaliśmy do końcowego gwizdka sędziego i to nas najbardziej cieszy. Dopisujemy sobie kolejne trzy punkty, ale też musimy wyciągnąć wnioski, by w przyszłości nie dopuszczać do takich sytuacji, że prowadząc różnicą dwóch goli, oddajemy inicjatywę przeciwnikowi. Można powiedzieć, że druga bramka, zamiast nas jeszcze bardziej uskrzydlić, sparaliżowała nasze poczynania – podkreśla Bartosz Bodys.

Przed Spartą kolejny ważny bój, z Orlętami Łuków. Mecz odbędzie się w sobotę 31 października w Rejowcu Fabrycznym o 13.00. – To będzie ważne spotkanie i na pewno ciężkie, bo Orlęta ostatnie dwa wyjazdowe mecze rozstrzygnęły na swoją korzyść – mówi B. Bodys. – Niemniej musimy wyjść na boisko skoncentrowani i powalczyć o trzy punkty. Nie patrzymy na razie na tabelę, chcemy punktować w każdym ze spotkań. Pozostało jeszcze pięć kolejek do końca rundy, a więc do zdobycia jest 15 oczek. Potem mamy wyjazd do Krasnegostawu i dla nas to będzie również bardzo ważny mecz – dodaje szkoleniowiec Sparty. (r)

Wynik gorszy, niż gra

VICTORIA ŻMUDŹ – TOMASOVIA TOMASZÓW LUBELSKI 0:3 (0:0)

0:1 – J. Szuta (47), 0:2 – Żurawski (60 karny), 0:3 – J. Szuta (61).

VICTORIA: Perdun – Misiurek, Kazubski, Ścibior, Przychodzień, Brzozowski, Kuczyński, Flis (68 Szaran), Sobiech (10 Persona), K. Sawa (88 Skowronek), Kashay.

Starcie dwóch najlepszych zespołów grupy południowej mogło się podobać. Victoria, mimo porażki różnicą trzech goli, pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Wszystkie gole padły po ewidentnych błędach podopiecznych Piotra Molińskiego.

Mecz dla gospodarzy rozpoczął się pechowo, bo już w 10 min. boisko opuścił kontuzjowany Erwin Sobiech. Jedni i drudzy mieli okazje strzeleckie, nieco więcej stworzyli ich goście, ale bramki nie padły. Gospodarze kilka razy upominali się o rzut karny, bo ich zdaniem, obrońcy Tomasovii we własnym polu karnym co najmniej trzykrotnie zagrywali piłkę ręką, ale gwizdek sędziego milczał. – Zagrania były ewidentne i należały się nam jedenastki – podkreśla Piotr Moliński.

O wiele więcej emocji było po zmianie stron. Oba zespoły dążyły do zdobycia gola i już na samym początku sztuki tej dokonali piłkarze lidera. Po akcji Victorii bramkarz Tomasovii złapał piłkę i dalekim wykopem, pod pole karne gospodarzy, rozpoczął kontratak swojej drużyny. Jakub Szuta wygrał pojedynek biegowy z zawodnikiem ze Żmudzi, uderzył z pierwszej piłki i pokonał Marcina Perduna. Gospodarze próbowali zmienić niekorzystny wynik, ale w 60 min. przegrywali już 0:2 po rzucie karnym. Tomasovia wykonywała rzut wolny w bocznym sektorze boiska. Po dośrodkowaniu piłki w polu karnym miejscowych powstało wielkie zamieszanie.

Pierwszy strzał obronił Perdun, odbijając futbolówkę. Przy dobitce odbiła się ona od ręki Roberta Kazubskiego i mimo protestów gospodarzy sędzia wskazał na jedenasty metr. Piłkarze Victorii tłumaczyli arbitrowi, że uderzenie nastąpiło z bardzo bliskiej odległości i Kazubski nie mógł uniknąć kontaktu z piłką, ale arbiter decyzji nie zmienił. Gola z jedenastu metrów strzelił Marcin Żurawski. Minutę później Victoria w zasadzie sama sobie strzeliła trzecią bramkę. Nieporozumienie między obrońcami wykorzystał Karol Karólak. Przejął bezpańską piłkę, minął Perduna i mając przed sobą pustą bramkę trafił w… słupek. Do odbitej piłki dopadł Szuta i umieścił ją w siatce. – Wszystkie bramki straciliśmy w bardzo łatwy sposób, tak nie można grać – mówił po spotkaniu trener Moliński.

Mimo niekorzystnego wyniku Victoria walczyła choćby o gola. Stworzyła kilka wyśmienitych okazji, ale wszystkie zmarnowała. – Mieliśmy jedną „setkę”, potem był karny podyktowany za faul na Ezanie Kashay`u, którego samo poszkodowany nie wykorzystał. Gdybyśmy strzelili dwa gole, końcówka byłaby bardzo ciekawa. Na pewno powalczylibyśmy o co najmniej remis. W sumie nie zagraliśmy złego meczu, choć wynik mówi co innego. Byliśmy przez większą część meczu równorzędnym przeciwnikiem. Zwłaszcza do przerwy nasza gra napawała optymizmem, graliśmy jak równy z równym.

Martwi mnie jednak nie sam wynik końcowy, a kontuzje. Nie wiem jeszcze na ile poważne są urazy Erwina Sobiecha i Kamila Sawy. Nie wiem, czy ci zawodnicy w tej rundzie pojawią się jeszcze na boisku. Kamil Sawa został brutalnie sfaulowany przez Arkadiusza Smołę. Tak agresywnego wejścia w zawodnika już dawno nie widziałem. Całe szczęście, że Smoła od razu zobaczył czerwoną kartkę. Mam nadzieję, iż Wydział Dyscypliny surowo go ukarze, bo to co zrobił Sawie, nie ma nic wspólnego z rywalizacją fair-play – dodaje Piotr Moliński.

Przed Victorią wyjazdowe spotkanie ze Świdniczanką Świdnik Mały, z którą w pierwszym meczu podopieczni Piotra Molińskiego wygrali 4:3. Pojedynek odbędzie się w sobotę 31 bm. o 11.00. (r)

Grom oddał jeden celny strzał…

KŁOS GMINA CHEŁM – GROM RÓŻANIEC 0:1 (0:0)

0:1 – Przybysławski (81 karny).

KŁOS: Bożek – Rutkowski, E. Poznański, Kowalski, Flis, Siatka, K. Rak (70 Krawiec), Filipczuk (65 Fornal), J. Rak, Wójcicki (80 Jabłoński), Kamola (75 Brzozowski).

Z przebiegu gry Kłos nie zasłużył na przegraną. Grom w całym meczu stworzył jedną sytuację bramkową. W 81 min. zawodnik gości wbiegł w pole karne między dwóch zawodników, Kacpra Kowalskiego i Artura Rutkowskiego. Napastnik Gromu przewrócił się i sędzia podyktował rzut karny. Arbiter zdaniem gospodarzy podjął bardzo kontrowersyjną decyzję. – Nie wiem, czy został zahaczony. Kowalski na pewno trafił w piłkę. Naszym zdaniem faulu na karnego nie było – uważa Damian Flis, piłkarz i prezes Kłosa.

Ta sytuacja zaważyła na końcowym wyniku spotkania. Grom przez cały mecz bronił się i sporadycznie tylko starał się atakować bramkę Mateusza Bożka. – Poza stałymi fragmentami, jakimiś kilkoma dośrodkowaniami piłki w pole karne i chyba trzema rzutami rożnymi, goście nic więcej nie zrobili – mówi Damian Flis.

Kłos z kolei był stroną dominującą. Już do przerwy powinien prowadzić przynajmniej 1:0. Dwie dobre okazje zmarnował Mateusz Filipczuk. Najlepszą miał jednak Emil Poznański. – Po dośrodkowaniu ze stałego fragmentu gry Emil bodajże z dwóch metrów strzelił głową i nie trafił do bramki. Takie sytuacje musimy wykorzystywać – podkreśla Damian Flis.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Kłos w dalszym ciągu dominował, ale był nieskuteczny. Najlepszą okazję do zdobycia zwycięskiej bramki miał Damian Kamola. W sytuacji sam na sam z bramkarzem Gromu posłał piłkę nad przeciwnikiem, ale ta na nieszczęście gospodarzy odbiła się od słupka. Mimo niewykorzystanych szans nic nie wskazywało na to, że Kłos ten mecz przegra. Wystarczyła jedna decyzja sędziego…

– Potrzebujemy napastnika, bo nie ma kto strzelać goli. Stwarzamy sytuacje do zdobycia bramki, ale nie potrafimy ich wykorzystać. To już kolejny mecz, w którym rywal oddaje jeden celny strzał na naszą bramkę, zdobywa gola i wygrywa spotkanie. Podobnie było w starciu z Gryfem Gmina Zamość, gdzie jedno celne uderzenie pozbawiło nas punktów – dodaje Damian Flis.

W meczu z Gromem po raz pierwszy drużynę Kłosa poprowadził trener Zbigniew Wójcik. W następnym spotkaniu zespół z gminy Chełm zagra z Ładą w Biłgoraju i będzie faworytem tej potyczki. (r)