15. kolejka IV liga

Sparta wróciła z dalekiej podróży


SPARTA REJOWIEC FABRYCZNY – ORLĘTA ŁUKÓW 3:3 (0:3)

0:1 – Siwek (13), 0:2 – Sowisz (30), 0:3 – Łukasiewicz (36), 1:3 – Borówka (68), 2:3 – Kuśmierz (70), 3:3 – Starok (90+1 karny).

SPARTA: J. Kamiński – Paździor, Huk, Figura, Martyn, Wołos, Borówka (70 Starok), Jasiński (82 Kić), Kuśmierz, Pokrywka, Barabasz.

– Przez cały tydzień i jeszcze na przedmeczowej odprawie uczulałem swoich zawodników, by nie patrzyli na miejsce, jakie zajmują Orlęta i nie lekceważyli rywala. Drużyna z Łukowa w ostatnim czasie odniosła dwa wyjazdowe zwycięstwa, w tym na boisku w Opolu Lubelskim i pokazała, że jest groźna dla najlepszych – mówił po spotkaniu trener Sparty, Bartosz Bodys.

Niestety, piłkarze z Rejowca Fabrycznego nie posłuchali rad swojego szkoleniowca. – Do końca tonowałem nastroje, zawodnicy po ostatnich dwóch wygranych z rzędu poczuli się zbyt pewni siebie. Obawiałem się bardzo tego meczu z Orlętami i miałem rację – mówi trener gospodarzy.

Pierwsza połowa w wykonaniu Sparty była beznadziejna. Miejscowi nie stworzyli ani jednej okazji do zdobycia gola. Orlęta natomiast zagrały bardzo skutecznie i zdobyły trzy bramki. – Co istotne, drużyna z Łukowa nie pokazała do przerwy bardzo dobrej gry, a jedynie wykorzystała nasze prezenty – podkreśla Bartosz Bodys. – Przy pierwszym golu pozwoliliśmy napastnikowi Orląt na strzał z 10 metrów, mimo że aż trzech naszych zawodników było w obrębie gry. Zamiast doskoczyć do piłki, patrzyli się, jak rywal uderza na bramkę. Drugiego gola straciliśmy po indywidualnych błędach. Przemysław Huk dał się „skręcić” na raz, a Jakub Kamiński nie przypilnował krótkiego słupka. Zawodnik Orląt oddał precyzyjny strzał i piłka wpadła do siatki. Trzecia bramka to piłkarskie harakiri. Przeciwnik rozpoczął akcję od chorągiewki rożnej. Minął dwóch naszych zawodników i z ostrego kąta posłał piłkę do siatki – opowiada szkoleniowiec Sparty.

W przerwie meczu w szatni gospodarzy było bardzo głośno. – Musieliśmy sobie urządzić męską pogawędkę – mówi trener Bodys. – Nie mogłem przejść obojętnie wobec tego, co widzieliśmy w pierwszych 45 minutach. Powiedziałem zawodnikom, że mają wyjść na boisko i zmazać plamę z pierwszej połowy. Po zmianie stron widziałem inny zespół, zaangażowany, waleczny, aż szkoda, że tak nie zagraliśmy od pierwszej minuty.

Sparta zepchnęła gości do głębokiej defensywy. Zagrała bardzo agresywnie, odbierając przeciwnikowi piłkę na jego połowie. – Postawiliśmy wszystko na jedną kartę, widać było, że chłopaki chcą zmienić niekorzystny wynik, ale pierwszego gola zdobyliśmy dopiero w 68 min. – podkreśla szkoleniowiec Sparty.

Wcześniej jednak z boiska za drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę wyleciał jeden z zawodnik Orląt. – Ta kartka nie wzięła się znikąd, tylko z naszej dobrej postawy. Bardzo często był faulowany Patryk Pokrywka za co zawodnicy gości otrzymywali żółte kartki – mówi B. Bodys.

Grając z przewagą jednego zawodnika Sparta zaatakowała jeszcze mocniej. W 68 min. pięknego gola strzelił Marcin Borówka. Uderzył w ekwilibrystyczny sposób, po długim rogu z ostrego kąta, przewrotką i choć na linii bramkowej stało trzech zawodników Orląt, piłka wpadła do siatki. – Zdobyta bramka dodała nam wiary i chwilę później przejęliśmy w środku piłkę, akcję rozprowadził Daniel Barabasz, zagrał do Damiana Kuśmierza, który precyzyjnym strzałem w długi róg zdobył kontaktowego gola – opowiada trener Sparty.

Orlęta w drugiej połowie skupiły się wyłącznie na obronie własnej bramki. Ani razu nie zagrozili Jakubowi Kamińskiemu. – Po drugiej bramce do końca wierzyliśmy, że uratujemy punkt. Muszę przyznać, że mieliśmy kilka dobrych okazji, ale na wyrównującego gola musieliśmy poczekać do doliczonego czasu gry. Wtedy to za ewidentne zagranie ręką w polu karnym sędzia podyktował jedenastkę, którą na gola zamienił Kamil Starok. Z jednej strony cieszy punkt, zdobyty w takich okolicznościach, z drugiej jednak szkoda straconych dwóch oczek, bo sytuacja w tabeli robi się dość ciekawa. Swoje mecze przegrały Włodawianka i

POM Iskra Piotrowice, zatem można było zmniejszyć do nich straty. Niemniej jednak całej drużynie należy się szacunek za to, że podniosła się przegrywając 0:3. Można powiedzieć, że wróciliśmy z bardzo dalekiej podróży – dodaje trener Bodys.

Przed Spartą derbowy mecz w Krasnymstawie ze Startem, w sobotę 7 listopada o 13.00. (r)

Dwa gole Brzozowskiego

ŁADA BIŁGORAJ – KŁOS GMINA CHEŁM 0:2 (0:1)

0:1 – Brzozowski (9), 0:2 – Brzozowski (87).

KŁOS: Wojtiuk – Fornal, Rutkowski, Kowalski, Siatka, Filipczuk (61 Jabłoński), Flis, K. Rak (68 Krawiec), Kamola, Wójcicki (68 J. Rak), Brzozowski (90 Leśniak).

Adam Brzozowski, decydując się w ostatnich dniach sierpnia na wypożyczenie z Chełmianki do Kłosa Gmina Chełm, miał być postrachem bramkarzy czwartoligowych drużyn. Poprzedni trener Kłosa, Robert Tarnowski, kilka razy wystawił Brzozowskiego na „dziewiątce”, ale ten nie zdołał ani razu umieścić piłki w siatce, choć trochę okazji miał. Przez brak skuteczności Tarnowski posadził go na ławce.

Były zawodnik Chełmianki potrzebował blisko dwóch miesięcy, by udowodnić wszystkim, że potrafi strzelać gole. W Biłgoraju pokazał się z jak najlepszej strony, bardzo dobrze wywiązując się z roli napastnika. – Czułem, że to będzie mecz dla Adama. W poprzednim spotkaniu posadziłem go na ławce rezerwowych i widziałem w jego oczach mnóstwo sportowej złości. Byłem przekonany, że gdy z Ładą wyjdzie w pierwszym składzie, mocno da się obrońcom rywali we znaki i nie pomyliłem się. Pracował mocno, widać, że chciał się pokazać, że zasługuje na wyjściowy skład – mówi Zbigniew Wójcik trener drużyny z gminy Chełm.

Brzozowski strzelił dwa gole i zapewnił Kłosowi wygraną. Początek meczu z najsłabszą w tabeli Ładą Biłgoraj w wykonaniu gości był bardzo dobry. – Zagraliśmy wzorowe 15 minut – podkreśla trener Wójcik. – Wychodziło nam wszystko i zdobyliśmy gola po pięknej akcji, zagranej na jeden kontakt. Adam Brzozowski ładnie złożył się do strzału po dośrodkowaniu Michała Siatki, uderzył głową i nie dał szans bramkarzowi Łady. Tworzyliśmy kolejne sytuacje strzeleckie, które powinniśmy zamienić na bramki. Najlepszą zmarnował Mateusz Filipczuk. Położył bramkarza, obrońcę i miał przed sobą pustą bramkę. Nie wiem jak to zrobił, ale trafił w leżącego zawodnika Łady. Wcześniej Mateusz strzelił w poprzeczkę, a bardzo dobrą okazję do zdobycia bramki miał też Paweł Fornal. Jego strzał obronił bramkarz Łady. Szkoda, bo ten mecz powinien być zamknięty przez nas już w pierwszej połowie. Przeciwnik do przerwy nie stworzył żadnego zagrożenia pod naszą bramką – podkreśla Z. Wójcik.

Kłos w Biłgoraju prezentował się naprawdę dobrze, a sami gospodarze, prowadząc w Internecie relację na żywo, zaznaczyli, że zespół z gminy Chełm to najlepsza drużyna, z jaką Ładzie przyszło zagrać. W drugiej połowie gospodarze zagrali nieco lepiej, stworzyli sobie trzy okazje, ale na szczęście dla Kłosa, żadnej nie wykorzystali. W 57 min. do pustej bramki nie trafił Bartłomiej Myszak, zaś w 67 min. Konrad Wojtiuk pewnie obronił uderzenie „na raty” Dominika Skubisza. W 84 min. znów z dobrej strony pokazał się młody Wojtiuk, broniąc w ładnym stylu strzał Ukraińca Hrihorija Bevzy. Kłos też szukał okazji do podwyższenia wyniku. Gospodarzy niepokoił zwłaszcza Brzozowski i Fornal. W końcu w 87 min. Damian Flis zagrał do Jakuba Raka, ten ładnym podaniem uruchomił Brzozowskiego, a napastnik Kłosa minął obrońcę i mocnym strzałem nie dał szans bramkarzowi Łady.

– Wygrana cieszy, rozegraliśmy też dobry mecz. Tego zwycięstwa drużyna bardzo potrzebowała. Czeka nas sporo pracy nad wykańczaniem akcji. Takie sytuacje, jakie miał dziś Filipczuk, musimy zamieniać na gole. Myślę, że idziemy w dobrym kierunku. Przed nami mecz z Huczwą Tyszowce, dla nas bardzo ważny. Zagramy o trzy punkty, liczę na to, że skuteczność podtrzyma Adam Brzozowski – dodaje szkoleniowiec Kłosa.

Mecz Kłos – Huczwa odbędzie się w sobotę 7 listopada o godz. 11.00 na boisku w Rożdżałowie, bez udziału publiczności. (r)

Pozostał niedosyt

ŚWIDNICZANKA ŚWIDNIK MAŁY – VICTORIA ŻMUDŹ 0:0

VICTORIA: Perdun – Skowronek, Przychodzień, Kazubski, Misiurek, Flis (78 Pikul), Brzozowski, Ścibior, Bielecki (26 Szaran), Kuczyński (88 Jakubiak), Kashay.

– Przed meczem remis wziąłbym może w ciemno – mówił po ostatnim gwizdku sędziego trener gości Piotr Moliński. – Po zakończonym spotkaniu pozostał jednak duży niedosyt. W przekroju całego pojedynku mój zespół był lepszą drużyną i z przebiegu gry zasłużył na zwycięstwo. Niestety, brak skuteczności spowodował, że do domu wracamy tylko z jednym punktem.

W pierwszym meczu, bardzo zaciętym, z udziałem obu drużyn o jednego gola lepsza była Victoria, wygrywając 4:3. Faworytem sobotniej potyczki, mimo że drużyna ze Żmudzi jest wiceliderem, była jednak Świdniczanka, która u siebie jest niezwykle groźna.

Goście bardzo dobrze jednak weszli w spotkanie. Już na samym początku mogli uzyskać prowadzenie, ale byli nieskuteczni. – Dwie świetne okazje miał Ezana Kashay – relacjonuje trener Moliński. – W obu znalazł się w oko w oko z bramkarzem Świdniczanki. Niestety, zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem w tym pojedynku górą był golkiper gospodarzy. Ezana zagrał dobry mecz, ale napastnika rozliczamy ze zdobytych goli, a tych nie strzelił.

Świdniczanka niczym nie zaskoczyła piłkarzy Victorii. – Gospodarze nie mieli dziś żadnych piłkarskich argumentów. W całym spotkaniu oddali dosłownie jeden groźny strzał, w dodatku niecelny. Muszę pochwalić swój zespół za bardzo dobrą postawę w defensywie. Nie pozwoliliśmy rywalowi narzucić jego stylu gry. Może dlatego, że dziś w pierwszej jedenastce wybiegło wielu nominalnych obrońców. Daniel Brzozowski zagrał na prawej pomocy, Damian Ścibior w środku, a obaj przecież na co dzień grywają w formacji defensywnej. Muszę przyznać, że nasza linia pomocy w tym Michał Kuczyński, wykonała dziś dobrą robotę. Chłopcy zostawili na boisku mnóstwo zdrowia i szkoda tylko, że nie udało się pokonać przeciwnika – podkreśla Piotr Moliński.

Victoria pozwoliła Świdniczance na swobodną grę na jej połowie. – Rozgrywali piłkę, ale daleko od naszej bramki. Były jednak momenty, gdzie doskakiwaliśmy i stosowaliśmy pressing. Wtedy przeciwnik gubił się, tracił piłkę – mówi szkoleniowiec gości.

W drugiej połowie zespół ze Żmudzi stworzył sobie kilka dogodnych okazji, ale nie potrafił ich wykorzystać. Najlepszą miał Ścibior. – Podjął bardzo złą decyzję finalną – mówi Piotr Moliński. To była świetna sytuacja. Damian miał po prawej bardzo dobrze ustawionego Aleksandra Flisa, po lewej Ezanę Kashay`a. Gdyby zagrał do któregoś z nich piłkę, pewnie padłaby bramka, bo obaj mieliby tylko dopełnić formalności. Ścibior jednak zdecydował się na uderzenie i niestety, nie trafił w bramkę.

Szkoleniowiec Victorii podkreśla jednak, że w dwumeczu ze Świdniczanką jego zespół ma lepszy bilans. – Zdobyliśmy cztery punkty, rywal tylko jeden. W przypadku równej liczby punktów w tabeli, będziemy na wyższym miejscu – przekonuje. – Z drugiej strony zagraliśmy na zero z tyłu, mamy punkt, co było dla nas ważne po dwóch ostatnich porażkach z Granitem Bychawa na wyjeździe i Tomasovią Tomaszów Lubelski u siebie.

Przed Victorią mecz z Gromem Różaniec, który dołączył do czołówki. – W ciągu tygodnia rozegramy trzy bardzo ważne dla nas mecze. Po Gromie jedziemy do Biłgoraja na mecz z Ładą, a potem u siebie będziemy gościć Huczwę Tyszowce. Jeśli wszystkie te spotkania rozstrzygniemy na swoją korzyść, zapewnimy sobie miejsce w pierwszej szóstce i wiosną zagramy w grupie najlepszych drużyn w czwartej lidze – podkreśla trener Moliński.

Spotkanie Victoria – Grom zostało zaplanowane na sobotę 7 listopada, godz. 13.00. Mecz odbędzie się bez udziału publiczności. – Liczę bardzo, że w tym pojedynku będę mógł już skorzystać z usług Kamila Sawy – mówi trener Victorii. Sawa w meczu z Tomasovią został brutalnie sfaulowany przez Arkadiusza Smołę, za co rywal dostał od razu czerwoną kartkę. – Wyglądało to bardzo groźnie i wszyscy obawialiśmy się, że w tej rundzie Kamil już nie wróci na boisko. Uraz okazał się na szczęście nie zbyt groźny i myślę, że zawodnik będzie gotowy do gry już w najbliższą sobotę. Dziwi mnie natomiast bardzo niska kara, jaką dostał Smoła za swój występek. Wydział Dyscypliny odsunął go od udziału zaledwie w dwóch meczach. Za to, co zrobił, należała się surowsza kara – dodaje P. Moliński. (r)

Biednemu wiatr w oczy…

HUCZWA TYSZOWCE – UNIA BIAŁOPOLE 1:0 (0:0)

1:0 – Ziółkowski (90+2 karny).

UNIA: Kozłowski – Bureć, Kociuba, Ślusarz, K. Cor (52 M. Cor), Mateusz Antoniak, Mazur, Lewkowicz, Zdybel, Greguła (85 T. Soroka), Paśnik (65 Fronc).

Unia Białopole zgromadziła dotąd zaledwie trzy punkty. Podopieczni Tomasza Hawryluka mogli mieć ich więcej, ale w kilku dotychczasowych meczach zabrakło szczęścia. Dwa tygodnie temu w Różańcu w doliczonym czasie gry stracili gola, który pozbawił ich remisu. Historia powtórzyła się w ubiegłą sobotę w Tyszowcach. Beniaminek z Białopola przegrał znów w doliczonym czasie gry. Co gorsze, gola stracił po rzucie karnym.

Przez całe 90 minut Huczwa dominowała. – Nawet nie próbowaliśmy iść na wymianę ciosów, bo wiemy, jakich zawodników ma drużyna gospodarzy. Rafał Kycko czy Mychajło Kaznokha to piłkarze, którzy mają za sobą występy w III lidze. Kolejny, Dariusz Ziółkowski to od lat czołowy snajper czwartej ligi, a nawet kilkukrotny jej król strzelców. Ofensywne wyjście skończyłoby się wysoką porażką – mówi Tomasz Hawryluk, trener Unii.

Goście postanowili skupić się na bardzo uważnej grze defensywnej całego zespołu, tym bardziej, że do Tyszowiec pojechali w osłabieniu. Za żółte kartki pauzował Aleksander Poterucha, Michała Antoniaka i Hubert Kołodziejczyka zatrzymały obowiązki zawodowe, a Sławomir Leśnicki nie mógł zagrać przez prywatne sprawy. W dodatku zabrakło też zdolnych juniorów, których w obawie przed koronawirusem, zatrzymali rodzice. – Na ławce rezerwowych mieliśmy trzech zawodników z pola i bramkarza – opowiada Tomasz Hawryluk. – W końcowych minutach meczu aż prosiło się o jeszcze jedną, a może nawet dwie zmiany, bo niektórym zawodnikom już brakowało sił. Ten mecz kosztował nas mnóstwo zdrowia. Cały zespół bardzo dużo biegał, bo to Huczwa prowadziła grę. W dodatku graliśmy na nierównym i grząskim boisku, więc z każdą minutą sił było coraz mniej.

Mimo to Unia bardzo dobrze broniła dostępu do własnej bramki. Udane zawody rozegrał bramkarz zespołu z Białopola, Łukasz Kozłowski. – Dziś podejmował same trafne decyzje, nie przypominam sobie, by popełnił choć jeden błąd – komplementuje swojego podopiecznego trener Hawryluk.

W ofensywie goście niewiele ugrali. – Nastawiliśmy się na grę z kontrataku, ale muszę przyznać, że nie stworzyliśmy sobie ani jednej stuprocentowej sytuacji do zdobycia gola. Nie oddaliśmy też żadnego celnego strzału. Kilka razy wyszliśmy z kontrą, ale za każdym razem dokonywaliśmy złych wyborów. W zasadzie nasza gra skupiła się na bronieniu się i długimi fragmentami dobrze nam to wychodziło.

Gdy wszystko wskazywało na to, że Unia na trudnym terenie wywalczy jeden punkt, w drugiej minucie doliczonego czasu gry gospodarze wywalczyli rzut karny. – Można było ustrzec się faulu. Michał Cor spóźnił się z interwencją i niestety, nieprzepisowo zatrzymał Rafała Kycko. Huczwie należała się zatem jedenastka, którą na gola zamienił Ziółkowski. Naprawdę szkoda nam tego meczu, bo punkt był w zasięgu ręki. Zrobiliśmy dziś na boisku wiele kilometrów, straciliśmy mnóstwo zdrowia i niestety, wracamy do Białopola bez żadnej zdobyczy. Przy odrobinie szczęścia mogliśmy się cieszyć z końcowego wyniku – dodaje Tomasz Hawryluk.

Kolejny mecz Unia rozegra w Białopolu, a jej rywalem będzie Kryształ Werbkowice. Początek spotkania w niedzielę 8 listopada o godz. 13.00. (r)

Trener Kwiecień z czerwoną kartką

POWIŚLAK KOŃSKOWOLA – START KRASNYSTAW 2:0 (1:0)

1:0 – Bernat (20), 2:0 – Wrzesiński (64).

START: Janiak – Wojciechowski, Lenard, Saj, Ciechan, J. Sołdecki (75 Wójtowicz), Dworucha, A. Kowalski, D. Sołdecki, Florek, Chariasz.

Start, choć w Końskowoli musiał uznać wyższość faworyzowanego Powiślaka, wstydu nie przyniósł. – Pozostawiliśmy po sobie dobre wrażenie, ale niestety, za to punktów nikt nie daje – mówił po spotkaniu trener Marek Kwiecień, który miał mnóstwo pretensji do sędziego głównego, Piotra Dziubaka z Białej Podlaskiej. – Nie mówię, że przegraliśmy przez decyzje arbitra, ale w dzisiejszym meczu podjął kilka bardzo kontrowersyjnych decyzji, krzywdzących moją drużynę.

Start, który punktów potrzebuje jak ryba wody, rozpoczął mecz ofensywnie. – Prowadziliśmy grę, a przeciwnik nastawił się na kontratak. Muszę przyznać, że w tym elemencie gry Powiślak jest bardzo groźny. Niestety dwa kontrataki zakończyły się zdobyciem bramki i trzy punkty zostały w Końskowoli – mówi Marek Kwiecień.

Szkoleniowiec nie może zapomnieć sytuacji z pierwszej połowy, kiedy jego zdaniem w polu karnym Powiślaka był faulowany Karol Wojciechowski. – Nasz zawodnik w momencie gdy uderzał piłkę głową został kopnięty przez przeciwnika w okolice barku! Karol z bólu przewrócił się na murawę, ale sędzia nie zareagował. To był ewidentny rzut karny! Zresztą nie tylko w mojej ocenie. Inne osoby, które oglądały mecz, również przyznały nam rację. Gdyby sędzia podyktował jedenastkę, zapewne zdobylibyśmy wyrównującą bramkę – opowiada trener Startu Krasnystaw.

W drugiej połowie Start miał pretensje do sędziego o nie podyktowanie drugiego rzutu karnego. – Obrońca Powiślaka w polu karnym ewidentnie zagrał piłkę ręką i należała się nam jedenastka. Arbiter był odmiennego zdania, choć i w tej sytuacji wiele osób przyznało, że powinien odgwizdać rzut karny. Potem przez jego złe ustawienie, Bartłomiej Dworucha nie mógł skutecznie interweniować, dopuścił się faulu i dostał żółtą kartkę. Przyznam, że nie wytrzymałem nerwowo – relacjonuje Marek Kwiecień.

Szkoleniowiec Startu za krytykowanie decyzji sędziego ujrzał drugą w tym meczu żółtą kartkę, a w konsekwencji czerwoną. – Niestety, dalszy przebieg meczu oglądałem z trybun. To są emocje, a sędzia swoimi decyzjami przeszkadzał. To moja druga czerwona kartka w roli trenera. Pierwszą pamiętam dostałem w Janowie Lubelskim, gdy prowadziłem zespół Jedynki i co ciekawe, wygrywaliśmy aż 8:0 – wspomina Marek Kwiecień, który w najbliższym ligowym meczu nie poprowadzi swojej drużyny z ławki rezerwowych.

Start również w drugiej połowie stworzył sobie bardzo dobrą okazję do zdobycia wyrównującej bramki. – Mieliśmy serię chyba czterech, a może pięciu rzutów rożnych i po jednym z nich uderzał Miłosz Ciechan, a zawodnik Powiślaka wybił piłkę z linii bramkowej. Z kolei po ostatnim z rogów gospodarze wyszli z szybkim kontratakiem i zdobyli drugiego gola. W tej sytuacji moim zawodnikom zabrakło cwaniactwa, bo należało tę akcję przerwać faulem, nawet zaryzykować żółtą kartkę – uważa szkoleniowiec Startu.

Gdy Powiślak podwyższył prowadzenie wiadomo było, że gościom będzie ciężko o korzystny wynik. – Zagraliśmy zdecydowanie lepiej, niż przed tygodniem w Opolu Lubelskim. W ofensywie widziałem postęp w grze, zaś jeśli chodzi o defensywę, czeka nas mnóstwo ciężkiej pracy – dodaje Marek Kwiecień.

W kolejnym spotkaniu Start Krasnystaw zagra u siebie ze Spartą Rejowiec Fabryczny. Początek meczu w sobotę 7 listopada o godz. 13.00. (r)

Zmarnowali dwie jedenastki…

WŁODAWIANKA WŁODAWA – LUBLINIANKA LUBLIN 1:3 (0:2)

0:1 – Jakimiński (33), 0:2 – Rybak (42), 0:3 – Rybak (51), 1:3 – Welman (53).

WŁODAWIANKA: Paszkiewicz – Nielipiuk, Borcon, Waszczyński (80 Budzyński), Musz (65 Magdysh), Czarnota, Błaszczuk, Kamiński (80 Gontarz), Welman (53 Pacek), Ilczuk, Kawalec.

Trudno wygrać mecz, gdy marnuje się karnego, a jeszcze trudniej, gdy nie strzela się dwóch. Tak właśnie było w przypadku Włodawianki. Podopieczni Mirosława Kosowskiego „pozazdrościli” piłkarzom Chełmianki, którzy ostatnio seryjnie marnowali karne, i nie wykorzystali aż dwóch jedenastek!

Mecz z Lublinianką, która w ostatnich tygodniach spisuje się nadzwyczaj dobrze, dla piłkarzy Włodawianki miał kolosalne znaczenie. Zespół trenera Kosowskiego przed pierwszym gwizdkiem sędziego tracił do rywala dwa punkty. W przypadku wygranej ponownie znalazłby się w pierwszej szóstce.

Pierwsza połowa należała jednak do gości. – Muszę przyznać, że Lublinianka była zespołem lepszym i do przerwy zasłużenie prowadziła. Mogliśmy jednak zmienić wynik, bo przy stanie 0:1 nie wykorzystaliśmy rzutu karnego. Bramkarz gości, Mateusz Wójcicki wyczuł intencje Patryka Błaszczuka i rzucił się tam, gdzie nasz zawodnik skierował piłkę. Kilka minut po tym karnym Lublinianka zdobyła drugiego gola. Goście z własnej połowy wyszli z szybkim kontratakiem. Piłka szła jak po sznurku, w polu karnym dostał ją Krzysztof Rybak i dopełnił tylko formalności – relacjonuje Mirosław Kosowski.

W drugiej połowie Włodawianka od samego początku próbowała coś zmienić w swojej grze. Zagrała ofensywnie, starając się gonić wynik. Niestety, bardzo szybko straciła trzeciego gola. – Rybak wygrał pojedynek jeden na jeden z naszym obrońcą, uderzył mocno w długi róg i Maciej Paszkiewicz nie miał szans. Przy wyniku 0:3 niejedna drużyna zrezygnowałaby z dalszej walki. Przegrywając różnicą trzech bramek naprawdę trudno się podnieść. Nam udało się dość szybko zdobyć gola. Maciej Welman dostał bardzo dobre podanie z głębi pola i w sytuacji sam na sam z bramkarzem posłał piłkę do siatki. Zdobyta bramka pozwoliła nam uwierzyć w osiągnięcie korzystnego wyniku – opowiada trener Kosowski.

W 64 min. sędzia podyktował drugą w tym spotkaniu jedenastkę dla Włodawianki. Lewą stroną boiska przedarł się Piotr Pacek. W polu karnym minął obrońcę i gdy oddawał strzał, piłka uderzyła w rękę jednego z obrońców Lublinianki. Niestety, tym razem z jedenastu metrów pomylił się Jakub Kawalec. – Wójcicki wyczuł, gdzie Kawalec pośle piłkę, odbił ją końcami palców, ta jeszcze uderzyła w słupek, ale nie wpadła do siatki. Szkoda, bo gdybyśmy zdobyli drugiego gola, to kto wie, jak potoczyłoby się to spotkanie – podkreśla trener Kosowski.

Włodawianka mimo niewykorzystanej drugiej jedenastki, nie rezygnowała z walki o jeden punkt. W 67 min. bliski zdobycia gola był Pacek, jednak w ostatniej chwili został zablokowany przez obrońcę Lublinianki. – Znalazł się w dobrej sytuacji, biegł z piłką sam na sam, ale rywal zdołał go dogonić i zażegnać niebezpieczeństwo. Od kiedy prowadzę Włodawiankę, z Lublinianką gramy po raz trzeci i był to jej najlepszy występ. Mój zespół zagrał dobrze w drugiej części meczu, jednak spotkanie składa się z dwóch połówek, a w pierwszej spisaliśmy się słabo – opowiada M. Kosowski.

Włodawianka doznała trzeciej porażki z rzędu. Tak złej passy piłkarze z Włodawy już dawno nie mieli. – Musimy wyciągnąć wnioski z naszej gry i wrócić na zwycięską ścieżkę. Do końca rundy zostały cztery kolejki, przed nami ważny mecz w Łęcznej z rezerwami Górnika, w którym naszym obowiązkiem będzie zdobyć trzy punkty – dodaje szkoleniowiec włodawskiej drużyny. (r)