16. kolejka IV liga

Remis był w zasięgu ręki…


UNIA BIAŁOPOLE – KRYSZTAŁ WERBKOWICE 1:2 (1:1)

0:1 – Rybka (20), 1:1 – Mazur (39), 1:2 – Mulawa (84).

UNIA: Kozłowski – Ślusarz (82 M. Cor), Kociuba, Kołodziejczyk, Bureć, Michał Antoniak (65 Zdybel), Greguła, Mateusz Antoniak, Mazur, Lewkowicz, Sarzyński (46 K. Cor).

Piłkarze z Białopola doznali trzynastej porażki z rzędu, choć zagrali lepiej, niż w środowym zaległym spotkaniu przeciwko Ładzie Biłgoraj. – Pierwsza połowa w naszym wykonaniu była słaba, ale mimo to potrafiliśmy strzelić wyrównującego gola – mówił po ostatnim gwizdku sędziego trener Unii, Tomasz Hawryluk.

Unia straciła bramkę w 20 min. – Sytuacja podobna do tej z środowego meczu, kiedy Łada strzeliła gola na 2:1. Znów mieliśmy problem ze skutecznym wybiciem piłki z własnej szesnastki. W końcu spadła ona pod nogi Stanisława Rybki, który strzałem z 8 metrów pokonał Łukasza Kozłowskiego – opowiada szkoleniowiec drużyny z Białopola.

Gospodarze w 39 min. doprowadzili do wyrównania. Duża zasługa w tym aktywnego Pawła Mazura. Zawodnik Unii doskoczył do stopera gości, odebrał mu piłkę i znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem Kryształu. – Minął go zwodem i strzelił do pustej bramki. W drugiej połowie staraliśmy się nie dopuszczać rywala do strzeleckich sytuacji. Kryształ miał przewagę w posiadaniu piłki, ale długo broniliśmy się i wszystko wskazywało na to, że w końcu możemy zdobyć jakieś punkty. Niestety, w 84 min. straciliśmy drugiego gola. Sędzia podyktował w bocznym sektorze rzut wolny, choć w moim odczuciu przewinienia nie było. Poszło dośrodkowanie na dalszy słupek i środkowy obrońcy Kryształu, pozostawiony bez opieki, z 2 metrów posłał piłkę do siatki – relacjonuje Tomasz Hawryluk.

Unia w środę 11 bm. u siebie zagra z Gryfem Gmina Zamość o godz. 13.00, a w sobotę 14 bm. zmierzy się w Rożdżałowie z Kłosem Gmina Chełm.(r)

Wygrali w okrojonym składzie

GÓRNIK II ŁĘCZNA – WŁODAWIANKA 0:1 (0:0)

0:1 – Magdysh (48).

WŁODAWIANKA: Paszkiewicz – Książak, Nielipiuk, Błaszczuk, Musz, Czarnota (60 Woch), Ilczuk, Skrzypek, Pacek, Magdysh, Kamiński.

Tylko 13 zawodników Włodawianki pojechało na mecz do Łęcznej. Czterech graczy w piątek zgłosiło niedyspozycję. – Problemy zdrowotne sprawiły, że nie było ich ani na treningu, ani na meczu. W dodatku dwóch kolejnych pauzowało za żółte kartki. Z konieczności wpisałem się do protokołu, jako zawodnik rezerwowy – opowiada trener Włodawianki, Mirosław Kosowski.

Dla włodawskiej drużyny spotkanie z rezerwami Górnika miało niezwykle istotne znaczenie. Przed szesnastą kolejką Włodawianka zajmowała siódme miejsce, a więc była poza pierwszą szóstką. Ewentualna strata punktów w Łęcznej mogłaby postawić zespół trenera Kosowskiego w trudnej sytuacji.

– Pojechaliśmy na mecz w okrojonym składzie i muszę przyznać, że chłopcy stanęli na wysokości zadania. Jestem pełen podziwu dla ich postawy. Od samego początku dawali wyraźne sygnały, że bardzo chcą to spotkanie wygrać – mówił po ostatnim gwizdku sędziego trener Kosowski.

Pierwsza połowa była wyrównana. Włodawianka stworzyła sobie jedną dogodna okazję do zdobycia bramki. Piłka po uderzeniu głową Vladyslawa Magdysha minimalnie minęła bramkę przeciwnika. Jedną szansę do strzelenia gola stworzył sobie również Górnik II. Michał Szałachowski urwał się obrońcom włodawskiej drużyny i znalazł się w sytuacji sam na sam z Maciejem Paszkiewiczem. – Nasz bramkarz do samego końca zachował zimną krew i z tego pojedynku wyszedł zwycięską ręką, wybijając piłkę na rzut rożny – relacjonuje Mirosław Kosowski.

Włodawianka świetnie rozpoczęła drugą część spotkania. W 48 min. dośrodkowanie Piotra Packa przejął na głowę Magdysh i ładnym strzałem umieścił futbolówkę w siatce. – Od tego momentu graliśmy dojrzalej, szanowaliśmy piłkę i staraliśmy się umiejętnie wybijać przeciwnika z rytmu. Górnik II nie miał nic do stracenia i zaatakował, ale nie był w stanie przedrzeć się przez szczelną naszą defensywę. Muszę przyznać, że w grze obronnej byliśmy bardzo dobrze zorganizowani, chłopcy zostawili na boisku sporo zdrowia – podkreśla szkoleniowiec Włodawianki.

Goście nie ograniczali się jedynie do obrony. Gdy nadarzyła się okazja, przechodzili do kontrataku. – Mogliśmy strzelić jeszcze przynajmniej jednego gola i spokojnie kontrolować przebieg meczu. Świetne okazje zaprzepaścili Pacek, Przemysław Ilczuk, Magdysh i Kacper Kamiński. – Jeden gol powinien paść, ale byliśmy nieskuteczni i do samego końca musieliśmy bronić jednobramkowej przewagi. Udało się, nie pozwoliliśmy rywalowi wyrównać i cieszymy się z trzech punktów. Radość jest tym większa, że pojechaliśmy na mecz w okrojonym składzie – podkreśla Kosowski.

Włodawianka w środę 11 bm. zagra u siebie z Orlętami Łuków, a w najbliższy weekend zmierzy się w Krasnymstawie z miejscowym Startem. Obaj jej najbliżsi rywale to zespołu z dołu tabeli. Jeśli podopieczni trenera Kosowskiego chcą awansować do pierwszej szóstki, najbliższe dwa pojedynki muszą rozstrzygnąć na swoją korzyść. – Nie będziemy dopisywać punktów przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Musimy wyjść na boisko i walczyć o zwycięstwo. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak ważne dla nas są to mecze, ale musimy również pamiętać, że nikt bez walki się nie podda. Czekają nas wbrew pozorom trudne pojedynki – dodaje trener Kosowski.(r)

Victoria straciła dwa punkty

VICTORIA ŻMUDŹ – GROM RÓŻANIEC 0:0

VICTORIA: Perdun – Przychodzień, Brzozowski, Kazubski, Skowronek, Ścibior, Kuczyński (55 Persona), Pikul (67 Bielecki), J. Sawa (75 Misiurek), K. Sawa, Kashay (81 Flis).

Trener Victorii, Piotr Moliński, po ostatnim gwizdku sędziego nie był w dobrym humorze. – Straciliśmy dwa punkty. Myśleliśmy, że to spotkanie potoczy się inaczej. Wybiegliśmy na boisko z dużą wolą zwycięstwa, byliśmy bojowo nastawieni, chcieliśmy grać agresywnie – mówił po meczu szkoleniowiec zespołu ze Żmudzi.

Dla obu drużyn było to niezwykle ważne starcie. Przed pierwszym gwizdkiem sędziego Victoria nad Gromem miała zaledwie dwa punkty przewagi i chciała ją powiększyć. Gospodarze byli faworytem potyczki, tym bardziej, że w pierwszym meczu tych zespołów Victoria wygrała 1:0.

– Niestety, sobotni występ nie był udany w naszym wykonaniu – mówi trener Moliński. – Przeważaliśmy, stwarzaliśmy sobie strzeleckie sytuacje, jednak dużo gorzej było z ich wykończeniem.

W pierwszej połowie najlepszą okazję do zdobycia bramki zmarnował Michał Kuczyński. W drugiej części gry Victoria stworzyła o wiele więcej okazji, ale żadnej nie potrafiła zamienić na bramkę. Zaskoczyć bramkarza Gromu próbowali Kuczyński i Dawid Pikul, ale bez rezultatu. Piłka po strzale tego pierwszego musnęła słupek. – Były też dwie kontrowersyjne decyzje sędziego. Pierwsza dotyczyła zagrania piłki ręką we własnym polu karnym przez zawodnika Gromu. Naszym zdaniem należała się nam jedenastka. W drugiej sytuacji w polu karnym rywala doszło do dużego zamieszania.

Zagrana przez obrońcę gości piłka zmierzała do bramki i zawodnicy, którzy za nią rozgrzewali się, byli pewni, że całym obwodem przekroczyła linię bramkową. Sędzia nie miał jednak sygnalizacji od asystenta i kazał kontynuować grę – odpowiada Piotr Moliński. W końcówce Victoria przycisnęła. Przez kilka minut trwało oblężenie bramki gości. – Po strzale Szymona Bieleckiego wszyscy podnieśliśmy ręce w górę, bo już widzieliśmy piłkę w siatce. W ostatniej chwili obrońca Gromu wybił ją z linii bramkowej. Szkoda, bo powinniśmy ten mecz wygrać. Mieliśmy wyraźną przewagę i stworzyliśmy sobie znacznie więcej okazji do zdobycia gola – podkreśla trener Moliński.

Victoria w najbliższą środę 11 bm. powinna zmierzyć się na wyjeździe z Ładą Biłgoraj. Wiele wskazuje na to, że do meczu raczej nie dojdzie, z powodu zagrożenia epidemicznego. W drużynie Łady u zawodników stwierdzono zakażenie koronawirusem. W 18. kolejce natomiast, 14 listopada, Victoria zagra u siebie z Huczwą Tyszowce.(r)

Sparta wygrała zasłużenie

START KRASNYSTAW – SPARTA REJOWIEC FABRYCZNY 0:1 (0:1)

0:1 – Kuśmierz (4).

START: Skrzypa – Jaroszek, Saj, Lenard, Wojciechowski, Matycz (55 Florek), Ciechan, Chariasz, A. Kowalski, D. Sołdecki, J. Sołdecki (55 Wójtowicz).

SPARTA: Kamiński – Paździor, Huk, Figura, Starok, Wołos, Borówka, Pokrywka, Jasiński (71 Karwowski), Kuśmierz, Barabasz (65 Martyn).

Start w rundzie rewanżowej jeszcze nie zdobył punktu. Przegrał cztery mecze z rzędu, w dodatku nie prezentując się w nim dobrze. Trener Marek Kwiecień miał nadzieję, że przełamanie przyjdzie w sobotę, podczas derbowego starcia ze Spartą Rejowiec Fabryczny. Stało się jednak inaczej.

Sparta bardzo poważnie potraktowała starcie ze Startem. – Mieliśmy w pamięci nasz lipcowy mecz w Pucharze Polski, przegrany 0:3. Obejrzałem ostatnie boje Startu i wiedziałem, że musimy unikać przede wszystkim stałych fragmentów gry, w których ważną rolę pełni Dawid Sołdecki. Nie ukrywam, że spodziewałem się czegoś więcej po gospodarzach, bo w ich szeregach są piłkarze, którzy potrafią kreować grę. Być może my zagraliśmy na tyle dobrze, że poczynania przeciwnika neutralizowaliśmy w zarodku – mówił po meczu Bartosz Bodys.

Spotkanie rozpoczęło się po myśli gości. W 4 min. Kamil Starok uprzedził rywala, przejął piłkę w środku pola i szybkim zagraniem na lewą stronę uruchomił Damiana Kuśmierza. Skrzydłowy Sparty zbiegł do środka i uderzył w krótki róg Mateusza Skrzypy. Piłka ku radości ekipy z Rejowca Fabrycznego wpadła do siatki. – Pierwsza połowa była dobra w naszym wykonaniu, powinniśmy pokusić się o jeszcze jednego gola. Właściwie funkcjonowały nasze skrzydła. Z prawej strony dobrze spisywał się Patryk Pokrywka, ale też dużo dobrego w ofensywie dał nam Przemysław Jasiński. Jeśli chodzi o cechy wolicjonalne, aspekty motoryczne, to pod tymi względami wyglądaliśmy naprawdę bardzo dobrze – opowiada Bartosz Bodys.

W 38 min. Sparta stanęła przed szansą na podwyższenie prowadzenia. – Mieliśmy rzut karny. Mateusz Wołos ubiegł Daniela Chariasza, pognał z piłką w kierunku bramki Startu i w szesnastce został nieprawidłowo powstrzymany przez Karola Wojciechowskiego. Sędzia pokazał na jedenasty metr. Niestety, Mateusz Skrzypa wyczuł intencje Kamila Staroka i obrobił jego strzał.

W drugiej połowie Start Krasnystaw rzucił się do odrabiania strat. – Gospodarze mieli kilkuminutowy fragment naprawdę bardzo dobrej gry, ale nie pozwoliliśmy im zdobyć gola. Z każdą minutą odzyskiwaliśmy kontrolę nad meczem, stwarzając kolejne sytuacje strzeleckie. Dobrą okazję miał Kuśmierz, w słupek trafił Daniel Barabasz, a Start poza stałymi fragmentami nie potrafił nam zagrozić. Ostatecznie jednobramkowe prowadzenie zachowaliśmy do końcowego gwizdka sędziego. Jesteśmy zadowoleni z końcowego wyniku, wygraliśmy derbowe spotkanie, Start został przez nas ograny po raz drugi w tym sezonie. Cieszy mnie też postawa drużyny w ostatnim czasie. W sześciu meczach zdobyliśmy 13 punktów. Przed nami mecze z Powiślakiem Końskowola i Opolaninem Opole Lubelskie, a więc bardzo trudnymi rywalami. Nam jednak lepiej gra się z mocniejszymi przeciwnikami. Skoro potrafiliśmy w Końskowoli zdobyć punkt, to dlaczego nie możemy tego powtórzyć u siebie? Jesteśmy dobrej myśli, atmosfera w zespole jest naprawdę dobra i chcemy kontynuować naszą dobrą passę – dodaje Bartosz Bodys.

Trener Startu, Marek Kwiecień, po meczu nie ukrywał, że w starciu ze Spartą jego zespół wypadł blado. – Mizeria z naszej strony, zagraliśmy słaby mecz. Szybko straciliśmy gola, ale było mnóstwo czasu na to, by odrobić straty, ale nie potrafiliśmy tego zrobić. Brakuje nam umiejętności, mamy duże posiadanie piłki, jednak nic z tego nie wynika. Zdobyliśmy 9 pkt. praktycznie w tym samym składzie, w jakim awansowaliśmy do czwartej ligi. Doszedł do nas Dawid Sołdecki, ale to wciąż za mało. Zimą musimy wzmocnić zespół, jeśli poważnie myślimy o tym, by utrzymać się w czwartej lidze – twierdzi M. Kwiecień.

Start w środę zagra w Piszczacu z Lutnią, a w niedzielę 15 bm. o 13.00 u siebie z Włodawianką. – W każdym meczu musimy szukać punktów, bo ich potrzebujemy. Zostały jeszcze do rozegrania trzy kolejki i będziemy walczyć – dodaje szkoleniowiec krasnostawskiej drużyny. (r)

Huczwa za mocna na Kłosa

KŁOS GMINA CHEŁM – HUCZWA TYSZOWCE 0:2 (0:1)

0:1 – Michna (17 karny), 0:2 – Ziółkowski (90+1).

KŁOS: Wojtiuk – Fornal, Rutkowski, Kowalski, Siatka, Flis, K. Rak, Filipczuk (63 J. Rak), Kamola (55 Chmiel), Jabłoński (65 Krawiec), Brzozowski (80 Leśniak).

Kłos nie był faworytem sobotniego starcia. Patrząc na składy obu zespołów, więcej szans na zwycięstwo dawano Huczwie. W drużynie gości grają zawodnicy z trzecioligowcą przeszłością, m.in. Rafał Kycko, Mychajło Kaznokcha, Daniel Daszkiewicz, a ostatnio do zespołu dołączył były bramkarz Lewartu, Adrian Parzyszek.

– Piłkarskie umiejętności były po stronie Huczwy i to potwierdziło się na boisku – mówił po meczu Zbigniew Wójcik, trener drużyny Kłosa. – Niestety, nie wszyscy moi zawodnicy dobrze weszli w to spotkanie. Huczwa od początku zaatakowała, miała pierwszą groźną sytuację, po której od utraty gola uratował nas słupek. W 17 min. złe zachowanie w polu karnym Krzysztofa Raka, niepotrzebny faul i goście wywalczyli rzut karny, z którego padła pierwsza bramka.

Kłos walczył ambitnie, ale nie dał rady w pierwszej połowie doprowadzić do remisu. – Powiedzieliśmy sobie w przerwie, że od początku idziemy wysoko, ryzykujemy, musimy zmienić wynik. Niestety, nasz plan w 50 min. legł w gruzach. Czerwoną kartkę dostał Kacper Kowalski i kończyliśmy mecz w dziesięciu. Nasz zawodnik w niecenzuralnych słowach skomentował decyzję sędziego. Mimo to stworzyliśmy sobie kilka dogodnych okazji, a najlepszą miał Krzysztof Rak. Po zagraniu od swojego brata Jakuba wyszedł na siódmy metr sam na sam z bramkarzem i najwyraźniej zabrakło mu już tlenu, żeby wykończyć akcję strzałem – opowiada trener Wójcik.

Groźniejsze sytuacje stwarzała jednak Huczwa, ale nie potrafiła zamienić ich na gole. – Trzykrotnie ratował nas słupek lub poprzeczka. Za każdym razem strzelał Damian Ziółkowski. W doliczonym czasie gry zawodnik ten po kontrataku w końcu dopiął swego i po zagraniu od Kycko ustalił wynik meczu. Huczwa z przebiegu gry zwyciężyła zasłużenie. Mój zespół musi natomiast poszukać punktów w kolejnych meczach – podkreśla Z. Wójcik.

Kłos w środę 11 bm. zagra w Werbkowicach z Kryształem, natomiast w sobotę 14 bm. o 11.00 u siebie zmierzy się z Unią Białopole.(r)

Myśleli, że samo się wygra…

UNIA BIAŁOPOLE – ŁADA BIŁGORAJ 1:3 (1:0)

1:0 – Mateusz Antoniak (9), 1:1 – Piech (55), 1:2 – Nawrocki (70), 1:3 – Szarlip (77 karny).

UNIA: Kozłowski – Bureć, Kociuba, Ślusarz, K. Cor (68 M. Cor), Greguła (63 Sarzyński), Michał Antoniak, Mateusz Antoniak, Lewkowicz, Mazur, Zdybel (61 Paśnik).

O tym spotkaniu trener Unii, Tomasz Hawryluk chciałby jak najszybciej zapomnieć. Zaległy mecz dwóch najsłabszych zespołów w grupie południowej na swoją korzyść rozstrzygnęli piłkarze Łady, rewanżując się Unii za porażkę u siebie 0:3.

– Moi zawodnicy myśleli, że samo się wygra, bez walki, a Łada przyjechała do nas naładowana, zdeterminowana i bardzo chciała zwyciężyć. Początek spotkania należał jednak do nas. Paweł Mazur w swoim stylu urwał się obrońcom, dograł wzdłuż bramki, a akcję celnym strzałem zakończył Mateusz Antoniak. Do przerwy prowadziliśmy, ale wszystko co złe, miało miejsce w drugiej połowie – mówił T. Hawryluk.

Łada po zmianie stron zaatakowała z dużym animuszem. – Widać było, że gościom zależy na wygranej. Wyrównującego gola straciliśmy, bo nie potrafiliśmy dobrze wybić piłki z własnego pola karnego. Przy drugiej bramce nieco lepiej mógł zachować się Łukasz Kozłowski. Zawodnik gości uderzył z 20 metrów, piłka spadła naszemu bramkarzowi „za kołnierz”. Trzeci gol padł z rzutu karnego, podyktowanego za faul Wojciecha Burecia. To nie był jego dzień, zagrał słabe zawody, tak jak cała drużyna – dodał T. Hawryluk. (r)