17. kolejka IV liga

Brawo, Sparta!

SPARTA REJOWIEC FABRYCZNY – POWIŚLAK KOŃSKOWOLA 1:0 (1:0)

1:0 – Jasiński (17).

SPARTA: J. Kamiński – Paździor, Huk (53 Kasperek), Starok, Figura, Wołos (88 M. Kamiński), Borówka, Jasiński, Martyn, Kuśmierz (85 Kić), Pokrywka.

– Wynik cieszy, gra również – tak w krótkich słowach skwitował występ swoich podopiecznych trener Sparty Rejowiec Fabryczny, Bartosz Bodys.

W ostatnich pięciu meczach piłkarzy Sparty odnieśli cztery zwycięstwa i zanotowali jeden remis, w starciu z Orlętami Łuków. Gdyby nie przespana pierwsza połowa, podopieczni trenera Bodysa, zapewne mieliby na koncie o dwa punkty więcej.

Gospodarze nie byli faworytem starcia z silnym Powiślakiem Końskowola. – Analizowałem mecze naszego przeciwnika i widać było, że pod względem piłkarskim jest to solidny zespół. Po przyjściu nowego trenera Roberta Chmury, jeszcze lepiej poukładany, a przede wszystkim zdyscyplinowany. Wiedzieliśmy, że boczni pomocnicy Powiślaka są dobrze usposobieni, jeśli chodzi o grę do przodu. Naszym celem było zneutralizować ich poczynania, co nam się udało. Owszem, zdarzały się błędy, ale drobne – mówi B. Bodys.

Sparta rozpoczęła mecz w pełni skoncentrowana. Nie pozwoliła przeciwnikowi narzucić jego stylu gry i sama w 17 min. zdobyła prowadzenie. – W początkowej fazie zaspał prawy obrońca Powiślaka. Przemysław Huk zagrał ze stałego fragmentu piłkę do Damiana Kuśmierza, ten pobiegł z nią do linii końcowej i mocno wstrzelił pod bramkę. Na siódmym metrze dopadł do niej Przemysław Jasiński i umieścił w siatce. Cieszę się z gola Przemka, potrzebował tej bramki, mam nadzieję, że w kolejnych meczach będzie równie skuteczny. Cieszy też dobra forma Kuśmierza, który w ostatnim czasie prezentuje się bardzo pozytywnie – mówi Bartosz Bodys.

Po zdobytym golu Sparta nie cofnęła się pod swoją bramkę. Zagrała w średnim pressingu, nie pozwalając rywalowi kreować sytuacje. – Powiślak nie miał ani jednej stuprocentowej okazji do zdobycia gola. Widząc, że jesteśmy dobrze zorganizowani w grze defensywnej, starał się uderzać z dystansu i szukać powodzenia przy stałych fragmentach gry. My natomiast skupiliśmy się na tym, co graliśmy, i szybkich kontratakach. Każda nasza kontra pachniała sytuacją bramkową. Przy lepszym rozegraniu piłki można było pokusić się o drugie trafienie – podkreśla szkoleniowiec rejowieckiej drużyny.

Trener Bodys po meczu nie ukrywał zadowolenia ze zdobytych trzech punktów i postawy swoich zawodników. – Widać, że ten zespół na dobre dotarł się. W trzech pierwszych meczach doznaliśmy trzech porażek. W kolejnych czternastu odnieśliśmy siedem zwycięstw i zanotowaliśmy cztery remisy. Przegraliśmy tylko trzy razy. W ostatnim czasie dobrze wyglądamy motorycznie, nie notujemy przestojów w grze. Dodam, że w spotkaniu z Powiślakiem byliśmy osłabieni brakiem Mateusza Karwowskiego i Daniela Barabasza. Pierwszego zatrzymały sprawy rodzinne, drugiego – służbowe. Na dodatek z urazem mięśniowym z boiska musiał zejść Huk. Musiałem dokonać kilku roszad na boisku. Wszedł za niego Michał Kasperek i dał naprawdę dobrą zmianę. Do zespołu wracają Wojciech Rossa, który leczył kontuzję i Dawid Oleksiejuk. On z kolei powrócił zza granicy. Wyniki są budujące – dodaje Bartosz Bodys. (r)

Gol życia Daniela Chariasza

LUTNIA PISZCZAC – START KRASNYSTAW 1:1 (0:0)

1:0 – Magier (47), 1:1 – Chariasz (63).

START: Skrzypa – Jaroszek, Saj, Lenard, Florek, Dworucha, A. Kowalski, D. Sołdecki, Chariasz, Wójtowicz (60 Matycz), K. Kowalski (75 Kondraciuk).

Po serii sześciu przegranych z rzędu spotkań Start Krasnystaw w końcu zdobył punkt. Przy odrobinie szczęścia i lepszej skuteczności, podopieczni Marka Kwietnia mogli przywieźć z Piszczaca komplet oczek.

– Generalnie bardzo chcieliśmy przerwać złą passę, zapunktować, bo są mecze, w których źle nie gramy, ale przegrywamy – mówił po ostatnim gwizdku sędziego Marek Kwiecień, trener krasnostawskiej drużyny.

Samo spotkanie stało na słabym poziomie, a obu drużynom w grze przeszkadzała płyta boiska. – Zagraliśmy na bardzo źle przygotowanym placu. Boisko grząskie i nierówne nie pomagało w grze – mówi M. Kwiecień.

W 20 min. na boisku zrobiło się gorąco. W walce o piłkę Bartłomiej Goździołko z Lutni kopnął Bartłomieja Dworuchę, a następnie uderzył. Pomocnik Startu sam postanowił wymierzyć sprawiedliwość i oddał rywalowi. Sędzia obu krewkich graczy ukarał czerwonymi kartkami. – Mam pretensje do swojego zawodnika, bo po tym jak został uderzony przez przeciwnika powinien upaść na murawę, a nie wdawać się w bijatykę – uważa trener Kwiecień. – Wówczas czerwoną kartkę dostałby tylko piłkarz Lutni i gralibyśmy z przewagą jednego zawodnika.

W pierwszej połowie z boiska wiało nudą. Drugą część spotkania lepiej rozpoczęli gospodarze. – Straciliśmy piłkę na połowie przeciwnika, Lutnia wyszła z szybkim kontratakiem i strzeliła nam gola. Popełniliśmy tutaj dwa indywidualne błędy. Kryspin Florek nie zdążył zablokować dośrodkowania, a Mateusz Jaroszek pozostawił bez opieki strzelca bramki – opowiada M. Kwiecień.

Piłkę do siatki posłał Jakub Magier. Zawodnik Lutni przez nikogo niepilnowany przyjął futbolówkę w pobliżu narożnika pola karnego i technicznym strzałem w długi róg przy słupku pokonał Mateusza Skrzypę. Strata gola zmobilizowała gości do lepszej gry. W 63 min. wynik wyrównał Daniel Chariasz, strzelając przepiękną bramkę. Kapitan Startu dostrzegł wysuniętego na piąty metr bramkarza Lutni i popisał się kapitalnym, technicznym uderzeniem sprzed narożnika pola karnego, posyłając piłkę w samo okienko.

– To chyba była bramka życia Daniela. Pamiętam jego wiele pięknych goli, ale ten był chyba najpiękniejszy – podkreśla Marek Kwiecień.

Daniel Chariasz mógł zostać prawdziwym bohaterem swojej drużyny. W 84 min. znalazł się w stuprocentowej sytuacji do zdobycia gola. – Dostał świetnie podanie od Michała Kondraciuka, miał przed sobą tylko bramkarza. Zdecydował się na strzał w odsłonięty długi róg, jednak piłka o centymetry minęła prawy słupek bramki rywala. To była można powiedzieć piłka meczowa – zaznacza szkoleniowiec krasnostawskiej drużyny.

Start jeszcze w doliczonym czasie mógł pokusić się o bramkę. – Mieliśmy rzut rożny, to była ostatnia akcja meczu. Wszyscy poszliśmy pod bramkę przeciwnika, piłkę uderzył Florek, a ta po rykoszecie minęła bramkę. Przy odrobinie szczęścia mogła wpaść do siatki. Niemniej jednak punkt nas cieszy, musimy natomiast cały czas pracować nad grą w obronie. My chcemy grać w piłkę, kreować sytuacje i za często nie nadążamy z powrotem, gdy rywal wychodzi z kontratakiem – dodaje szkoleniowiec Startu. (r)

W futbolu liczą się gole…

WŁODAWIANKA WŁODAWA – ORLĘTA ŁUKÓW 0:2 (0:0)

0:1 – Łukasiewicz (76), 0:2 – Siwek (90+1)

WŁODAWIANKA: Polak – Książak (83 Woch), Nielipiuk, Błaszczuk, Borcon, Musz, Ilczuk, Kamiński (87 Naumiuk), Pacek, Skrzypek (87 Kosowski), Magdysh.

Osłabiona kadrowo Włodawianka nie dała rady dobrze grającym na wyjazdach Orlętom Łuków. – Nie mogłem skorzystać z czterech podstawowych zawodników: Macieja Welmana, Piotra Waszczyńskiego, Jakuba Kawalca i Krystiana Gontarza. Wszyscy są przeziębieni i nie ryzykowaliśmy. W dodatku na i tak bardzo wąskiej ławce rezerwowych brakowało nam ofensywnych piłkarzy. Dziś było nam bardzo ciężko, a w nogach odczuwaliśmy bardzo trudny dla nas mecz z weekendu z rezerwami Górnika Łęczna, w którym zagrało tylko dwunastu piłkarzy. Brakowało nam dynamiki, biegaliśmy w jednostajnym tempie – mówił po ostatnim gwizdku sędziego trener Włodawianki, Mirosław Kosowski.

W pierwszej połowie gospodarze przeważali. – Z przebiegu gry byliśmy nieco lepsi i mieliśmy świetną okazję do zdobycia gola. W 38 min. po faulu w polu karnym na Vladyslawie Magdyshu sędzia przyznał nam jedenastkę. Niestety, bramkarz Orląt wyczuł intencje Piotra Packa i obronił strzał – opowiada szkoleniowiec Włodawianki.

Po zmianie stron inicjatywa dalej należała do piłkarzy z Włodawy. – Atakowaliśmy, ale nic z tego nie wynikało. Orlęta były bardzo dobrze zorganizowane w grze obronnej, trudno było się nam przebić przez ten szczelny mur. Goście grali bardzo ambitnie, z determinacją, walczyli o każdą piłkę. Czekali na swoją szansę i taka zrodziła się 76 min. Po kontrataku strzelili pierwszego gola – mówi Kosowski.

Włodawianka postawiła wszystko na jedną kartę. Trener dokonał trzech zmian, sam również wbiegł na boisko na ostatnie minuty. – Liczyliśmy na to, że jeszcze uda się uratować jeden punkt. Niestety, odkryliśmy się, Orlęta wyszły z zabójczą kontrą i zdobyły drugiego gola. Nasze problemy kadrowe, które miały już miejsce w Łęcznej, okazały się brzemienne w skutkach. Wypadliśmy poza pierwszą szóstkę, przed nami dwa trudne mecze, ze Startem w Krasnymstawie i Powiślakiem u siebie, i musimy w nich szukać swoich szans – dodaje M. Kosowski. (r)

Wystarczył jeden błąd…

KRYSZTAŁ WERBKOWICE – KŁOS GMINA CHEŁM 1:0 (1:0)

1:0 – Omański (41).

KŁOS: Bożek – Fornal, Flis, Poznański, Rutkowski, K. Rak (60 Kamola), Siatka (75 Jabłoński), Krawiec, J. Rak (83 Leśniak), Wójcicki (65 Filipczuk), Brzozowski (65 Chmiel).

Kłos miał swój pomysł na ten mecz. Trener Zbigniew Wójcik od pierwszej minuty do gry desygnował trzech młodych graczy: Jakuba Raka, Dawida Krawca i Pawła Wójcickiego, natomiast bardziej doświadczonych, Mateusza Filipczuka i Alana Chmiela posadził na ławce rezerwowych. – Chłopaki mieli za zadanie jak najdłużej utrzymać czyste konto. Liczyłem, że po 60 minutach gry Kryształ bardziej zaatakuje i odkryje się, a wtedy nasi rutynowani zawodnicy zrobiliby co do nich należy w kontratakach – opowiadał po meczu trener Wójcik.

Plan Kłosa runął w gruzach w 41 min. Goście popełnili proste błędy indywidualne. – Błażej Omański w bocznym sektorze stoczył biegowy pojedynek z Michałem Siatką. Źle w całej akcji zareagował Emil Poznański, rywal „ściął” w kierunku bramki i uderzył przy krótkim słupku. Mariusz Bożek był kompletnie zaskoczony, myślę, że mógł lepiej zareagować – relacjonuje Wójcik.

W drugiej połowie Kłos ambitnie walczył o zmianę wyniku, ale Kryształ nie dał się zaskoczyć. – Nie zagraliśmy złego meczu, ale niestety, nie udało się znów zdobyć punktów. Cieszy to, że drużyna walczy ambitnie przez całe 90 minut, nie poddaje się. Po meczu w Werbkowicach mogę być zadowolony z występu Dawida Krawca. Po raz pierwszy dałem mu zagrać od samego początku i spełnił moje oczekiwania. Dobry występ zanotował też Paweł Fornal. Jestem przekonany, że z każdym meczem będziemy prezentować się coraz lepiej. Naszym celem jest zdobycie minimum 6 punktów do końca rundy jesiennej. Mamy u siebie mecze z Unią Białopole i Gryfem Gmina Zamość. Zrobimy wszystko, by w nich zwyciężyć. Gramy też na wyjeździe ze Świdniczanką, bardzo silną drużyną, jednak moim zdaniem nie stoimy na straconej pozycji – dodaje Z. Wójcik. (r)

Lekki niedosyt pozostał…

OPOLANIN OPOLE LUBELSKIE – SPARTA REJOWIEC FABRYCZNY 1:1 (1:0)

1:0 – Matysiak (45+1), 1:1 – Huk (63).

SPARTA: J. Kamiński – Paździor, Huk, Starok, Figura, Wołos (67 Kasperek), Borówka, Pokrywka, Jasiński, Kuśmierz, Martyn (80 Rossa, 88 Kić).

Trwa dobra passa Sparty Rejowiec Fabryczny. Zespół trenera Bartosza Bodysa zapunktował w kolejnym meczu, a co ważne, w spotkaniu z bardzo wymagającym przeciwnikiem, w składzie którego występują doświadczeni, ograni w wyższych ligach zawodnicy, pokazał się z dobrej strony.

– Początek meczu w naszym wykonaniu był niemrawy. Po kwadransie gry wróciliśmy do dobrej dyspozycji, którą prezentowaliśmy w ostatnich spotkaniach – mówił po zakończonych zawodach trener Bodys. – Plan na mecz z Opolaninem był taki, że mieliśmy opanować środek pola i wszystkie akcje ukierunkować na boczne sektory.

Przed meczem Sparta do Opolanina traciła tylko jeden punkt. Nic dziwnego, że oba zespoły bardzo chciały to spotkanie rozstrzygnąć na swoją korzyść. – W pierwszej połowie lepiej wyglądaliśmy w ofensywie, niż defensywie – uważa Bartosz Bodys. – Stworzyliśmy sobie dwie bardzo dobre sytuacje strzeleckie. Niestety, Jakub Martyn i Przemysław Jasiński nie potrafili zamienić na gole zagrań od Damiana Kuśmierza i Patryka Pokrywki.

Do przerwy w grze obronnej Sparta popełniła dwa poważne błędy. – W pierwszej sytuacji bliski zdobycia gola był Kamil Król, ale Jakub Kamiński obronił jego strzał. W drugiej niestety, straciliśmy bramkę. Opolanin egzekwował stały fragment gry. Moi zawodnicy nieco przysnęli, dwóch z nich zderzyło się ze sobą, piłka spadła na szesnasty metr, poszło uderzenie i tak padł gol dla gospodarzy. W przerwie porozmawialiśmy sobie w szatni o tym, by poprawić grę w obronie i muszę przyznać, że w drugich 45-minutach Opolanin nie stworzył sobie ani jednej stuprocentowej sytuacji do zdobycia gola. Poza uderzeniem Banacha i kilku stałych fragmentów gry nie zagroził bramce Kamińskiego – opowiada Bartosz Bodys.

Od 60 min. Opolanin zaczął opadać z sił. Sparta nie miała nic do stracenia i zaatakowała bramkę gospodarzy. – Otworzyło się więcej przestrzeni, w dogodnych sytuacjach dwa razy znalazł się Kuśmierz, ale w obu przypadkach bramkarz z Opola Lubelskiego skutecznie interweniował. Okazję do zdobycia gola miał również Martyn. W końcu w 63 min. dobrą akcję popisał się Kuśmierz. W polu karnym wygrał pojedynek z obrońcą, a ten sfaulował go. Sędzia podyktował jedenastkę, którą na bramkę zamienił Przemysław Huk. Dalej atakowaliśmy i mieliśmy w tym meczu swoje sytuacje. Brakowało jednak dobrego dogrania piłki. Jeszcze w końcówce Wojciech Rossa zagrał do dobrze ustawionego Jasińskiego, ale ten minimalnie chybił – podkreśla trener Bartosz Bodys.

Sparta wywiozła z Opola Lubelskiego cenny punkt. – Przed meczem remis wzięlibyśmy w ciemno, ale po ostatnim gwizdku sędziego lekki niedosyt pozostał. Stworzyliśmy sobie dziś więcej okazji niż w dwóch ostatnich zwycięskich meczach ze Startem Krasnystaw i Powiślakiem Końskowola razem wziętych. Cieszy jednak to, że podtrzymujemy dobrą dyspozycję. Przed nami ostatni mecz tej rundy w Piszczacu z Lutnią. Pojedziemy tam z optymizmem, z dużą chęcią rewanżu za porażkę 1:2 u siebie. Już dziś wiem, że będziemy mieli problemy kadrowe, bo na pewno za kartki nie zagra Mateusz Wołos, a kilku zawodników narzeka na mikrourazy, ale będziemy chcieli zrobić wszystko, by znów zapunktować – dodaje B. Bodys.(r)

Kłos wygrał pewnie

KŁOS GMINA CHEŁM – UNIA BIAŁOPOLE 3:0 (1:0)

1:0 – E. Poznański (44), 2:0 – Siatka (56 karny), 3:0 – Brzozowski (88).

KŁOS: Wojtiuk – Fornal, E. Poznański (74 Rutkowski), Flis, Siatka, Filipczuk (80 Leśniak), K. Rak, Kamola, Wójcicki (74 Jabłoński), Krawiec, Chmiel (62 Brzozowski).

UNIA: Kozłowski – Kociuba, Kołodziejczyk, Ślusarz (80 Fronc), Greguła (76 Soroka), K. Cor, Mateusz Antoniak (60 M. Cor), Michał Antoniak, Zdybel (77 Ostrowski), Mazur, Sarzyński.

W pierwszym meczu obu zespołów w Białopolu Kłos wygrał 3:0. W rewanżu zespół z gminy Chełm osiągnął identyczny wynik, choć przy lepszej skuteczności, gospodarze mogli pokusić się o wyższe zwycięstwo.

Podopieczni Zbigniewa Wójcika przez całe 90 minut mieli wyraźną przewagę, kontrolowali przebieg meczu. Od pierwszej minuty z animuszem zaatakowali bramkę przeciwnika, ale za dużo stuprocentowych okazji strzeleckich nie stworzyli. W 12 min. po składnej akcji Unię przed utratą gola uratował słupek. Z 8 metrów strzelał Mateusz Filipczuk. Odbitą piłkę przejęli zawodnicy Kłosa, następnie dopadł do niej Damian Kamola i mocno strzelił zza szesnastki. Futbolówka o centymetry minęła lewy słupek bramki strzeżonej przez Łukasza Kozłowskiego. W 25 min. bardzo ładnie w polu karnym gości spod opieki obrońców uwolnił się Alan Chmiel. Zwodem zgubił przeciwnika, odwrócił się i uderzył w długi róg. Piłka i tym razem nie wpadła do siatki. Kłos dopiął swego tuż przed zejściem do szatni na przerwę. Z rzutu rożnego dośrodkował Paweł Fornal, posyłając piłkę na długi słupek. Tam stał zupełnie niepilnowany Emil Poznański. Stoper gospodarzy uderzył w krótki róg, Łukasz Kozłowski złapał futbolówkę, ale wpadł z nią do bramki. Piłka całym obwodem przekroczyła linię bramkową, co doskonale widział bardzo dobrze ustawiony sędzia asystent, sygnalizując zdobycie gola. Gospodarze mogli zatem cieszyć się z jak najbardziej zasłużonego prowadzenia. W pierwszej części gry w zespole Kłosa dobrze prezentowali się Fornal, Dawid Krawiec i strzelec gola.

Unia do przerwy ani razu nie zagroziła bramce Konrada Wojtiuka. Goście sprawiali wrażenie, jakby nie mieli pomysłu na grę w ofensywie. Większość piłek adresowali do swojego najlepszego strzelca Pawła Mazura, który w sobotnie przedpołudnie, za wiele nie zdziałał. Środkowi obrońcy Kłosa, Poznański i Damian Flis dobrze czytali grę i nie pozwolili, by Mazur oddał choćby jeden strzał na bramkę.

Po zmianie stron Kłos dalej przeważał. Wynik podwyższył w 56 min. po akcji Michała Siatki. Boczny obrońca gospodarzy wbiegł w pole karne i oddał strzał na bramkę rywala. Piłka uderzyła w rękę Michała Kociuby, który próbował zablokować uderzenie Siatki i sędzia wskazał na jedenasty metr. Karnego na gola pewnym strzałem zamienił sam Siatka. Dwubramkowe prowadzenie wprowadziło uspokoiło grę gospodarzy, którzy próbowali jak najdłużej utrzymywać się przy piłce i gdy nadarzy się okazja, zaatakować. Z wypracowanych okazji tylko jedną udało się jeszcze zamienić na gola. W 88 min. po dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłkę głową do siatki Unii skierował Adam Brzozowski, ustalając wynik spotkania. Zespół z Białopola dopiero w 84 min. oddał pierwszy groźny strzał na bramkę Wojtiuka. Po szybkiej kontrze z 18 metrów po ziemi strzelał Hubert Kołodziejczyk, ale futbolówka o metr minęła lewy słupek.

Kłos do rozegrania ma jeszcze dwa mecze. W środę 18 bm. w zaległym spotkaniu zmierzy się na wyjeździe ze Świdniczanką Świdnik Mały. Trzy dni później, w sobotę 21 bm. o 11.00 w Rożdżałowie zagra z Gryfem Gmina Zamość i tym pojedynkiem zakończy rundę jesienną. Unia Białopole natomiast w niedzielę 22 bm. o 13.00 zmierzy się u siebie ze swoją imienniczką z Hrubieszowa. Do rozegrania ma też zaległe spotkanie z Gryfem Gmina Zamość, które miało odbyć się w ubiegłą środę w Białopolu. (r)

Start przespał początek meczu

START KRASNYSTAW – WŁODAWNIAKA 1:4 (0:2)

0:1 – Książak (5), 0:2 – Magdysh (26), 1:2 – Lenard (66), 1:3 – Ilczuk (82), 1:4 – Magdysh (90).

START: Skrzypa – Lenard, A. Kowalski, D. Sołdecki, Chariasz, Jaroszek (46 Kondraciuk), K. Kowalski, Wójtowicz (70 Matycz), Saj, J. Sołdecki, Florek. Trener – Marek Kwiecień.

WŁODAWIANKA: Polak – Naumiuk, Borcon, Błaszczuk, Musz (55 Kamiński), Ilczuk, Skrzypek, Pacek, Książak, Welman (60 Kawalec), Magdysh. Trener – Mirosław Kosowski.

– Po raz kolejny przespaliśmy początek meczu i stąd taki wynik – przyznał po ostatnim gwizdku Daniel Chariasz, kapitan Startu. Już w 5 min. Włodawianka przeprowadziła piękną akcję skrzydłem. Po dośrodkowaniu Piotra Packa Mateusz Książak z bliska pokonał Skrzypę. – To trafienie sprawiło, że grało się nam łatwiej – podkreśla Mirosław Kosowski, trener zespołu z Włodawy. – Kontrolowaliśmy grę, a gdy nadarzyła się okazja, atakowaliśmy. I w 26 min., po wrzucie piłki z autu, Magdysh z bliska zdobył dla nas drugiego gola – dodaje. Start próbował się odgryzać, ale goście umiejętnie się bronili. W przerwie trener Startu, Marek Kwiecień przeprowadził ze swoimi podopiecznymi męską rozmowę.

– Zaatakowaliśmy śmielej i coraz częściej zagrażaliśmy bramce Włodawianki – mówi Chariasz. W 66 min. gospodarze zdobyli kontaktowego gola. Po dośrodkowaniu Chariasza z lewego skrzydła, Radosław Lernard pięknym strzałem głową pokonał Polaka. Start jeszcze bardziej przycisnął, ale zamiast wyrównać nadział się na kontrę, którą skutecznie zamknął Przemysław Ilczuk. – I było po meczu – przyznaje Chariasz.

W 90 min. załamanych gospodarzy dobił Magdysh, strzałem z 5 metrów – Wygraliśmy zasłużenie, dopisujemy sobie trzy punkty. Zwycięstwo to cieszy tym bardziej, że mieliśmy spore kłopoty kadrowe. Zespół stanął na wysokości zadania – podsumowuje Kosowski. (kg)