Apage koronawirus!

Wielkanoc przynosi nam zawsze refleksje w klimacie życia i śmierci – z akcentem na siły odrodzenia, optymizm, nadzieję. Jednak tegoroczna zaduma nad fenomenem zmartwychwstania była zupełnie inna. Pandemia Covid-19, powodując nieporównywalny w dziejach kryzys globalny, odebrała nam radość Wielkanocy. Beztroski i dostatni świat, który znamy sprzed dwóch miesięcy nagle zniknął.

Koronawirus stanowi nie tylko cios w biologiczne życie człowieka, ale też wywrócenie porządku na Ziemi w każdym wymiarze. Wtargnął w sferę osobistą i zawodową, rozbił tkankę społecznych kontaktów, zatrzymał obieg gospodarki i handlu. Wszystko to ma poważne skutki bieżące i sięgające w przyszłość. Pandemia w innych rejonach globu zbiera już apokaliptyczne żniwo. Paraliżuje aktywność milionów jego mieszkańców, dziesiątkuje populacje takich państw, jak Włochy, Hiszpania, Francja, USA – trwa tam swoisty taniec śmierci… Zostawmy jednak pandemię jako zjawisko globalne, w Polsce daje się obserwować swojska epidemia.

Nawet, jeśli zaraza w Polsce nie wykaże dalszej ekspansji, to i tak światowa jej skala nie może się nie odbić na naszych realiach naszego życia. Straty biologiczne, ekonomiczne i moralne będą stanowić lekcję pokory o zdemolowanym dla wszystkich dziś porządku świata…

Powszechna izolacja ludzi od siebie sprawiła potężne zawirowanie społeczne i gospodarcze. Większość skutków epidemii obejmie rzecz jasna najuboższych. Ludzie tracą utrzymanie. Prywatni przedsiębiorcy zwalniają masowo pracowników i podwykonawców. Uchwaloną przez rząd RP „Tarczę” traktują jak plaster na zapalenie płuc… Gwałtownie rośnie liczba bezrobotnych, ich szanse na pracę odwleką się na czas nieokreślony, bo to popyt tworzy miejsca pracy. Zagrożenie wirusem okrutnie bije w ludzi kultury i sztuki, w Lublinie są ich tysiące – bez szans na wykonywanie swej pracy, bez widowni. Personel medyczny, zwłaszcza pielęgniarki, ma jednak najgorzej. Rośnie w tej grupie ilość zakażeń oraz skala ich odejść od wykonywania obowiązków na zwolnienia i urlopy.

Ostatnie dni skłoniły wielu z nas do zadumy i refleksji niemal o tzw. końcu świata. Wszak Boże Narodzenie, Nowy Rok czy karnawał upłynęły dość beztrosko. Zatem perspektywę Wielkanocy z wirusem „przy” świątecznym stole trzeba by uznać wtedy za głupawy żart, najdalej czarny humor. I oto dziś mierzymy się z faktem, który należy traktować śmiertelnie poważnie. I każdy z nas jest obligowany do walki ze śmiertelnym wrogiem. Jest nim zarazek, który próbujemy go zwalczać na różne sposoby – wynikają one z hierarchii naszych wartości, wykształcenia, możliwości fizycznych i mentalnych.

Paradoksy czasu zarazy

Można dostrzec dwie postawy ludzi wobec epidemii, będące skutkiem różnego światopoglądu odbiorców. Dobitnie to było widać w okresie przedświątecznym. Zresztą i po.

Jedni „pokonują” tego wirusa pobożnością, modlitwą o zażegnanie katastrofy i udziałem w liturgii, wsłuchani w wystąpienia hierarchów Kościoła. Jak donoszą media, kapłani potrafią używać „w walce” z zarazkiem monstrancji, kadzidła czy wody święconej. Otwarli też szerzej świątynie, gdzie można było – w drodze wielkanocnego wyjątku – wpuścić nawet 50 osób. – To „prezent” rządu RP dla ludu wyborczego – daje się słyszeć z ust politologów. Fakt, że obowiązujący od 1 kwietnia limit 5 osób na liturgii zwiększono na Wielką Niedzielę. Apelował o to sam Macierewicz. Ponadto Sieć obiegły wypowiedzi autorytetów o czystości „konsekrowanych rąk” kościołach udzielających komunii…

Tymczasem inni prowadzą batalię z wirusem dochowując procedur sanitarnych, przestrzegając zasady izolacji i higieny, włączając się w ruch wspierania służby zdrowia i innych formacji, albo zwyczajnie respektując prawo zabraniające zgromadzeń powyżej 2 osób.

Ten przepis winien zadowalać katolików, jeśli literalnie odczytać ewangelię (Mt 18, 19-20): „Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię tam jestem pośród nich” – rzekł Jezus. Czy słowa w Biblii są dla nich bez znaczenia?

Zwłaszcza, że naruszenie owego limitu 50 osób mogło być przyczyną masowego rozsiewu wirusa z kościoła w Pritulinie (pow. Bialski), skąd 13 marca kraj obiegł relacja wobec o niekontrolowanym zgromadzeniu na mszy św. Pytanie o ilość zainfekowanych wówczas wiernych pozostaje bez odpowiedzi.

Za naruszenie zasad kwarantanny minister zdrowia w rządzie Szkocji konsekwentnie traci stanowisko… A u nas? Od Wielkanocy znów może zbierać się w kościele 50 osób. Jak nazwać ten wygłup władz RP, jakaż to korzyść polityczna każe mu naginać tak prawo? Wszak to samo rozporządzenie rządu (z 31 marca) limituje robienie zakupów do 3 osób… Czyż to nie paradoks? Z jednej strony słychać nieustanne apele: Zostań w domu! – a z drugiej to… Mimo, że co każdy tydzień w Polsce podwaja się liczba zakażonych.

Bilans strat do podziału

Jest oczywiste, że zarażamy się na wszelkie sposoby, a nie tylko w świątyni… Generalnie bagatelizujemy zagrożenie, nie zdając sobie sprawy z jego skali. Potrafimy przerwać kwarantannę, kontaktować się łamiąc zasady.

Epidemia to dla niektórych ludzi krucjata religijna. Przywołują np. biblijne aluzje do tzw. grzechów ludzkości. Te winy, zdaniem gorliwych wyznawców chrześcijaństwa, najdobitniej uzasadniają atak śmiercionośnego wirusa na Ziemię. Tym bardziej, że nano-delikwent „objawił się w Polsce” wraz z końcem tegorocznego karnawału, a jego żniwo przypadło na okres Wielkiego Postu. Poskromi go może jedynie modlitwa, liturgia.

Dla innych (np. ateiści, agnostycy czy też osoby mające mniejszy zapał religijny) walka z groźnym mikrobem to choćby dawanie pozytywnych wzorów zachowań, kreatywne wsparcie walczących na pierwszej linii służb medycznych i sanitarnych, także profilaktyka, którą sami wdrażają i propagują.

Ci pierwsi oczekiwali po Wielkanocy zapewne przełamania kryzysu, boskiej interwencji, pocieszenia, a przynajmniej nadziei, bo cudu chyba nie…

Ich oponenci oczekują raczej działania sił ziemskich. Chętnie zobaczą skutki pracy rządu i podległych mu instytucji, naprawę tego, co koronawirus już zainfekował – chcą leczenia przez służbę zdrowia tysięcy ludzi, uzdrowienia życia publicznego, reanimacji gospodarki, handlu i usług. Bardziej radykalni oczekują też rozliczenia błędów w zarządzaniu kryzysem i złych praktyk religijnych, piętnowania żenujących i wręcz szkodliwych wystąpień hierarchów KK. Żądają karania aktów magii i zacofania sprzyjających epidemii, chcą żyć w kraju, gdzie przedstawiciele nurtu religijnego nie wykazują przejawów fanatyzmu.

Obserwowany deficyt rozumu, zabobon i magia mające miejsce w lokalnych społecznościach każą wątpić, że naród pozostaje racjonalny. Rodzi się pytanie na czas zarazy: Czy teraz ludzie lgną bardziej ku Bogu czy wręcz odwracają się od niego?

Filozoficznie na to patrząc

…wspomniane nurty, postawy wobec epidemii mogłyby utworzyć wspólny „akt strzelisty” kierowany do sił najwyższych. Prośby, westchnienia, modlitwy oraz rozum i trzeźwe spojrzenie na kryzys, oby złączyły się w jeden „plik”, który odczyta Ktoś na górze: czy to bóg, absolut, natura czy vis major.

A propos, pewien rysunkowy żart z Internetu, pokazuje siedząca w gabinecie ‘niebiańskiego lekarza’ matkę Ziemię. Ta stwierdza, że odkąd opanował ją koronawirus czuje się znacznie lepiej: swobodnie oddycha, ma czystszą wodę, zdrowsze środowisko, zużywa mniej energii. Słowem: odżyła!

Może więc to nie kpina, iż mieszkańcy Ziemi tak bardzo dali się jej we znaki, że planeta odpoczywa teraz z ulgą podczas największego dramatu ludzkości.

Analiza ostatnich lat przed pandemią obarcza nas winą za przyczyny obecnej tragedii. Zdaniem poważnych myślicieli, koronawirus to „ukoronowanie” marszu cywilizacji XXI wieku ku samoistnej zagładzie. Winią za to niemal chórem: monstrualny przerost konsumpcji, nadprodukcję dóbr, parcie kapitalizmu bez troski o zasoby naturalne, spowodowanie katastrofy klimatycznej, zaśmiecenie i degradacja środowiska naturalnego i wręcz zagarnięcie go przez pazerny biznes.

Socjologowie podnoszą: darwinizm społeczny, technokrację, zdziczenie obyczajów, zaniechanie realnych kontaktów – nie tych via Internet. Psychologowie akcentują: odhumanizowanie życia, dewiacje psychospołeczne, powszechny hejt i fejk – plagi społeczeństwa komputerowego oraz dekadenckie nastroje młodzieży, a nade wszystko deficyt pokory i empatii. Gdy ktoś się uprze, dorzuci tu „tęczową zarazę”, „obce robactwo” i kilka innych fobii… Czy tym wszystkim żywi się ów wirus-świrus?

Są i pozytywne wnioski

Choćby ten, że obecnie ludzie respektują bardziej to, co jest w życiu ważne. Już nie tylko chcą ślepo dążyć do takich celów, jak: wygoda, maksymalizacja zysków i powiększanie sfery wpływów. Zauważają towarzyszące tym dążeniom grzechy: pychę, chciwość, zawiść, nieumiarkowanie.

Oby po tej lekcji pokory naród umiał docenić wartość i dobro, jakie umknęły jego uwadze, jakie stracił wskutek pogoni za mamoną.

Z satysfakcją można stwierdzić: ludzie organizują się w małe społeczności poprzez social-media i dziś pomagają sobie bardziej, zwłaszcza osobom starszym oraz służbom zaangażowanym w zwalczanie plagi. Cieszy fakt, że wreszcie zatrzymujemy się w codziennym biegu, bardziej zajmujemy bliskimi, doceniamy życie rodzinne, porządkujemy relacje osobiste.

Lecz już tzw. praca on-line czy zdalna i edukacja zdają się być wydumanym postulatem i trudne w upowszechnieniu.

Tyle na osłodę sytuacji. Górują bowiem wymienione, miażdżące skutki epidemii. Świadczą o atrofii ludzkich cech gatunku homo sapiens i stawiają mieszkańców Ziemi AD 2020 w roli szkodnika planety… A co się robi ze szkodnikami?

Póki co przeżyliśmy jakoś święta. Były całkiem odmienne niż zwykle – i nieważne czy obchodził je katolik, agnostyk czy ateista. Skoro porządek świata poszedł w diabły, a ludzie uduchowieni poszli do kościołów, jest szansa dla reszty celebrujących święta, by poszli po rozum do głowy… nie omijając serca.

Marek Rybołowicz