Asiego rozszarpał puszczony samopas rottweiler

W świąteczny weekend na terenie Świdnika doszło do dwóch nieprzyjemnych zdarzeń z udziałem czworonogów. W obu przypadkach finał niestety był taki sam – życia zaatakowanych przez większe psy kundelków nie udało się uratować.

Ten spacer na długo zapadnie rodzinie ze Świdnika w pamięci. Kiedy w niedzielę (27.12) późnym popołudniem przechadzali się al. Lotników Polskich ze swoim pupilem Asim, z jednej z posesji wybiegł duży rottweiler, którzy zaatakował ich niewielkiego kundelka.

– To było ok. godz. 17, może 18 – opowiada pan Michał, jeden z właścicieli psa. – Moi rodzice i siostra wybrali się na spacer z naszym psem. Szli aleją Lotników Polskich, w okolicy tego nowego ronda, kiedy z jednej z posesji, wybiegł ogromny, czarny rottweiler. Złapał naszego psa w zęby i można powiedzieć, że rozerwał go na pół. Tato próbował odganiać tego psa, kopnął go i choć nie od razu, w końcu udało się go odpędzić. Jacyś ludzie się zatrzymali, pomogli siostrze zawinąć psa i zawieźć go do weterynarza. Później wrócili jeszcze na miejsce i zostawili rodzicom swój numer telefonu. Niestety naszemu psu już nie można było pomóc…

Jak opowiada pan Michał, chwilę po zdarzeniu na miejscu pojawiła się kobieta podająca się za właścicielkę psa. Prosiła, żeby nie wzywać policji i zapewniała, że pokryje straty rodziny.

– Nie wiem, jak moglibyśmy wycenić życie naszego psa na jakąś kwotę. Asi był w naszej rodzinie od około 5 lat. Wzięliśmy go ze schroniska. To był najlepszy, najbardziej oddany piesek, jakiego można sobie wyobrazić. Dla nas jego strata to tragedia. Nawet nie chce myśleć, co by było gdyby spacerowała tam np. rodzina z małym dzieckiem. Nie wiadomo co może strzelić takiemu psu do głowy. Dla mnie to niepoważne, że mając takiego psa jest się nieodpowiedzialnym i nie zamyka się bramy, żeby nie uciekł. Nie pojmuję tego – oburza się świdniczanin.

Ta sprawa ma także inne, również mało przyjemne konsekwencje, bo ojciec naszego rozmówcy próbując odgonić agresywnego rottweilera, doznał urazu nogi.

– Dziś cały dzień biegamy po lekarzach. Tata ma prawdopodobnie złamaną albo pękniętą nogę od uderzania tego psa – mówił nam w poniedziałek pan Michał.

Okazuje się, że to niejedyny incydent z udziałem czworonogów, jaki miał miejsce w świąteczny weekend w Świdniku. Dwa dni wcześniej (25 grudnia), w okolicach ul. Konopnickiej, duży pies z szarą sierścią pogryzł mniejszego pieska. Jego również nie udało się odratować.

– „Mój pies, który został pogryziony niestety umarł. Weterynarze robili co w ich mocy, aby go uratować. Nie udało się… Piszę to ku przestrodze, gdyż pies, który to zrobił jest, jak widać, agresywnym psem, puszczanym po osiedlu bez smyczy i kagańca. Właściciel z ulicy Konopnickiej zupełnie nie poczuwa się do odpowiedzialności. Wyśmiał mnie i uważa, że nic się nie stało. Proszę uważać na swoje psy; na dzieci, obok jest żłobek i przedszkole. Mój przyjaciel nie zasłużył na taką śmierć. Był grzecznym, miłym pieskiem. Uważajcie, żeby to się nie powtórzyło. Sprawa została zgłoszona na policję – napisała na Spotted: Świdnik – Nowy właścicielka zagryzionego pieska.

Rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Policji w Świdniku potwierdza, że 26 i 27 grudnia policja przyjęła takie zgłoszenia.

– W obu przypadkach prowadzimy czynności wyjaśniające w sprawie o wykroczenie z art. 77 Kodeksu Wykroczeń – informuje asp. Elwira Domaradzka.

Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie oba agresywne psy miały wymagane badania i szczepienia. A jeden z właścicieli odbywał obowiązkową kwarantannę domową. (w)