Atraktor Robinson Soft Lure Spray

Woda w starorzeczach pod koniec października jest krystalicznie czysta

Sposobów na przechytrzenie ryb jest niemal tyle, co wędkarzy. Wielu z nas korzysta nie tylko ze sprawdzonych patentów, ale i sięga po siły nadprzyrodzone hołdując przesądom, gusłom, albo zwykłym przyzwyczajeniom. Do niedawna myślałem, że jestem ponad to. Wszystko zmieniło się kilka miesięcy temu, gdy dostałem do testów atraktor Robinson Zander. Do tej pory nie wiem, czy specyfik faktycznie działa, ale bez niego na ryby już nie wyruszam.

Wszelkiej maści atraktory są w wędkarskim świecie tematem najmniej zbadanym. Wielu zarzeka się o ich niesamowitej skuteczności, ale chyba jeszcze większe grono moczykijów podchodzi do tematu z nieufnością i sceptycyzmem. Przyznam, że i ja należałem do tego ostatniego grona bardziej wierząc w pracę przynęty i jej prezentację w wodzie, niż w wydawany przez nią zapach mający wabić drapieżniki. Do czasu. Jakoś tak się stało, że wiosną temat atraktorów poruszyłem z jednym kolegą, znakomitym spinningistą. Zarzekał się on, że wszelkie smarowidła są bardzo skuteczne, i że on używa ich zawsze, a potwierdzeniem jego słów były wysokie miejsca w zawodach wędkarskich. Postanowiłem i ja przekonać się o magicznej mocy śmierdziuchów – tak zaczęła się moja przygoda z atraktorem o nazwie Soft Lure Spray Zander firmy Robinson.

Muszę się przyznać, że na początku sezonu zapomniałem o niewielkim aerozolu. „Na tapetę” wrócił on zupełnym przypadkiem. Testowałem właśnie gumę Robinson Goffer, której charakterystyczny ponacinany kształt opisano w katalogu jako znakomitą bazę utrzymującą atraktory zapachowe. Sięgnąłem więc do torby i spryskałem przynętę. Po kilku pierwszych rzutach nie działo się nic. W piątym, czy szóstym podaniu gumy poczułem lekkie przytrzymanie. Po zacięciu i krótkim holu na brzegu zameldował się pierwszy w tym sezonie wymiarowy sandacz. Oczywiście nie wiem, czy to zadziałał zapach, czy też był to przypadek, ale od tamtego czasu atraktora używam na każdej wyprawie ze spinningiem w ręku.

Jestem za to przekonany, że zapach działa wabiąco na okonie. Nigdy nie nastawiam się specjalnie na te ryby, są one przyłowem przy poszukiwaniu sandaczy lub szczupaków. W ubiegłych sezonach łowiłem je rzadko. Odkąd używam atraktora, okoni złowiłem więcej przez jeden sezon, niż przez całe życie. Myślę też, że Soft Lure Spray Robinsona jest „języczkiem u wagi” mojej jesiennej strategii polowania na szczupaki. Woda w Bugu i starorzeczach jest tej jesieni czysta i przejrzysta jak kryształ. Odkąd łowię nie pamiętam takiej sytuacji.

Bug zawsze był „polską Amazonką” i skojarzenie to wcale nie pochodziło od jego niezliczonej liczby meandrów, a od koloru wody przypominającego kawę z mlekiem. W takich warunkach drapieżniki doskonale widzą przynętę i są wobec niej bardzo podejrzliwe. Wielokrotnie zdarzyła mi się sytuacja, kiedy szczupak płynął tuż za gumą wcale jej nie atakując. Jedynym skutecznym rozwiązaniem jest więc używanie przynęt możliwie najbardziej zbliżonych kształtem i kolorem do naturalnych oraz sięgnięcie po tajną broń – dopalacz w postaci atraktora.

Gdy guma jest świeżo spryskana, drapieżniki nie zastanawiają się, co to za czort przepływa im akurat przed nosem, tylko zawzięcie atakują. Nie wiem, czy czują zapach jedzenia, feromonów, czy też jeszcze jakiś inny. Szczerze – nie obchodzi mnie to. Ważne, że Soft Lure Spray w bardzo przejrzystej wodzie okazuje się moją tajną bronią i tajemnicą wędkarskiego sukcesu. Dlatego używam go też w każdych innych warunkach, bo skoro działa w doskonałej widoczności, to i w bardziej mętnej wodzie na pewno nie zaszkodzi.

A sandacze? Na nie dopiero zaczyna się czas. Czy Soft Lure Spray Zander także je wprawiał w morderczy amok, dowiecie się na zakończenie sezonu 2018.