Był policjantem, został mordercą

Odwiózł dziecko do przedszkola, żonę i teściową na zakupy i pojechał na „robotę”. Andrzej W. – były mundurowy skazany za porwanie i dwa brutalne morderstwa, w tym funkcjonariusza policji. Po 25 latach w więzieniu niebawem wyjdzie na wolność.


Był czwartek, 24 lutego 1994 roku. Mroźne, zimowe popołudnie. Po godz. 17 na os. Zachód, w pobliżu garaży, zatrzymał się Volkswagen Passat na niemieckich numerach rejestracyjnych. Z samochodu wybiegł młody mężczyzna o blond włosach, w zielonej kurtce puchówce, a zaraz po nim człowiek w mundurze policjanta. Przypadkowy przechodzień, starszy pan, zatrzymał się, słysząc wołanie pomocy uciekającego przed mundurowym. Mężczyzna krzyczał po rosyjsku. Świadek, notabene emerytowany milicjant, próbował dowiedzieć się, co się dzieje. Znał człowieka w mundurze, wiedział, że to chełmski policjant i uwierzył w jego zapewnienia, że uciekinier to złodziej auta. Pomógł mu nawet w ujęciu Rosjanina i „wpakowaniu” go z powrotem do samochodu. Chciał też jechać z policjantem do komendy, ale tamten zapewniał go, że sobie poradzi i zbył przechodnia.

Kilkadziesiąt minut później czekający na przystanku autobusowym obok lubelskich krzyżówek lubelskich widzą, jak z jadącego passata wyskakuje mężczyzna, błagając po rosyjsku o ratunek. Auto zatrzymuje się, wybiega z niego jakiś człowiek, łapie uciekiniera, jedną ręką przytrzymuje go, a drugą dusi za gardło. Grupa gapiów jest zdezorientowana. Jeden ze świadków chce wzywać policję, inny biegnie na ratunek nieznajomemu. Wtedy z auta wyskakuje trzeci mężczyzna – w mundurze policjanta – i pomaga tamtemu wciągnąć do środka blondyna w zielonej kurtce.

– Ludzie na pomoc, oni chcą mnie zabić i zabrać moją maszynę. To nie jest policjant. Ludzie, zawiadomcie policjantów – krzyczy wyrywający się im młody Rosjanin.

– Trzeba coś podłożyć pod koła, żeby nie uciekli – rzuca nagle któryś ze zgromadzonych i podkłada pod koło VW szklaną butelkę po piwie, ale auto z całą trójką w środku odjeżdża z piskiem opon. Szkło pęka i rozpryskuje się na boki.

W tym czasie dyżurny Komendy Rejonowej Policji w Chełmie odbiera już sygnał o uprowadzeniu człowieka i przekazuje komunikat wraz z rysopisem poszukiwanego auta do wszystkich jednostek.

Jadący Nysą sierż. Piotr Skibiński wraz z partnerem słyszą komunikat, a zaraz potem widzą wyjeżdżające na ul. Włodawską auto odpowiadające podanemu przez radiostację rysopisowi. Udają się w pościg za nim. Natychmiast zapada też decyzja o ustawieniu blokady w Horodyszczu. Po drodze kierowca Nysy traci z oczu passata, a mundurowi decydują się na okrążenie i zajechanie volkswagenowi drogi. W międzyczasie VW znów zjeżdża na drogę wojewódzką, prosto na stojący w poprzek jezdni radiowóz. Kierowca passata nie może ominąć policyjnego Volkswagena Vento, uderza w bok auta, traci panowanie i zjeżdża do rowu. Auto zahacza o topolę i staje. Kierowca wyskakuje z samochodu i zaczyna uciekać wzdłuż drogi. Gdy padają strzały, biegnie w pole (w stronę Jagodnego w gminie Sawin). Na horyzoncie znów pojawia się policyjna Nysa. Mundurowi dostrzegają uciekiniera, zostawiają auto i biegną za mężczyzną. Sierżant Skibiński jest najbliżej. Trzy razy powtarza: „Stój, bo strzelam”, ale w odpowiedzi słyszy tylko „ku*wa, ku*wa, ku*wa”. Po chwili uciekinier odwraca się i strzela w stronę policjanta z broni krótkiej. Pocisk trafił go w klatkę piersiową. Funkcjonariusz upada na ziemię, a krew zalewa jego mundur. Bandyta ucieka, a do sierżanta podbiega jego partner.

– Zostałem ranny w prawe płuco. Tracę siły. Próbowałem strzelać, ale broń mi się zacięła – zdołał jedynie wydusić z siebie Skibiński.

Partner przytrzymuje krwawiącego sierżanta, a w oddali słychać kolejne sześć strzałów.

Zmarł w szpitalu

Ranny funkcjonariusz został przetransportowany do szpitala, gdzie czekał na przyjęcie specjalisty. Trafił na blok, a operacja trwała kilka godzin. Niestety, nie przyniosła rezultatu. 32-letni Piotr Skibiński (po śmierci uhonorowany stopniem starszego sierżanta) zmarł na stole. Miał przestrzelone płuco. Zostawił po sobie żonę i kilkuletniego synka. Jego pogrzeb odbył się 1 marca i wstrząsnął mieszkańcami Chełma. Niektórzy wciąż pamiętają tłumy wraz z ministrem zebranych w żałobnych uroczystościach.

Zwłoki w bagażniku

Nocą 24 lutego, przy -3 stopniach Celsjusza, trwają oględziny miejsca zdarzenia. Policjanci posiłkują się latarkami i reflektorami z agregatem, ale gęsto padający śnieg przykrywa wszystkie ślady.

W bagażniku porzuconego passata znajdują zwłoki mężczyzny – blondyna w zielonej puchówce, około 25 lat i 175 cm wzrostu. To Wiaczesław C., obywatel WNP (Wspólnota Niepodległych Państw). Leży na plecach, lekko przechylony na prawą stronę, ze zgiętymi kolanami. Ma poderżnięte gardło od prawej do lewej strony i dwie widoczne rany postrzałowe głowy (w trakcie późniejszej sekcji okazuje się, że kula trafiła go też w płuco i wyszła podbrzuszem, a denat ma przestrzeloną dłoń). W samym bagażniku nie ma wiele krwi, stąd założenie, że zbrodni dokonano gdzie indziej, a zwłoki miały jedynie zostać przewiezione i ukryte.

Gangster w mundurze

Zaczynają się przesłuchiwania świadków. Gdy wszyscy, którzy widzieli szamoczących się z Wiaczesławem C., potwierdzają wersję o mężczyźnie w mundurze, policja pokazuje świadkom około 300 legitymacji policyjnych – zarówno byłych, jak i obecnych funkcjonariuszy. Ten, który stał z potencjalnym podejrzanym twarzą w twarz, czyli emerytowany milicjant z os. Zachód, wskazuje na urodzonego w 1968 roku Andrzeja W.

„Gangster w policyjnym mundurze” – tak o Andrzeju W. pisały wówczas lokalne gazety. Pod koniec stycznia W., który służył w kompanii patrolowej chełmskiej policji w stopniu sierżanta, odszedł ze służby na własną prośbę. Zatrzymał sobie jednak mundur, kajdanki i policyjny „lizak”. Jak się okazało po przeszukaniu jego mieszkania, bezprawnie zabrał też z komendy broń, P-64 i 12 naboi. To właśnie z tego pistoletu zamordowano Rosjanina i sierżanta Skibińskiego.

Przesłuchany zeznał, że odwiózł rano córkę do przedszkola, teściową, a potem żonę na zakupy, stamtąd pojechał do komendy, by odebrać 21 800 000 zł odprawy, potem do banku, by uregulować ratę pożyczki i około godz. 13 wrócił do domu. Pojawili się jednak kolejni świadkowie, którzy około godz. 15-16 widzieli W., jadącego przez miasto swoim Fiatem 126p. Podczas kolejnego przesłuchania W. zmienił więc wersję. Opowiedział, że 5 lutego w pijalni piwa „Pod Borkiem”, gdy czekał na swojego kolegę Dariusza M., dosiedli się do niego dwaj mężczyźni (jednym z nich miał być Rosjanin Włodia). Wiedzieli, że nie jest już policjantem i zaproponowali mu zarobek. Miał w mundurze konwojować z Lublina do Dorohuska samochody, które tamci wywożą za granicę. Niejaki Włodia chciał otworzyć na Ukrainie salon samochodowy. Podczas konwoju pierwszego audi W. miał dowiedzieć się, że chodzi o wywóz kradzionych aut, ale Rosjanin zagroził mu, że „wyrżnie jego rodzinę, jak się nie zamknie”. Tamtego feralnego popołudnia Włodia miał pojawić się przed jego blokiem z Wiaczesławem i passatem. W trakcie akcji coś musiało pójść nie tak, a obcokrajowcy zaczęli się kłócić o pieniądze. W. zarzekał się jednak, że to Włodia najpewniej zabił mężczyznę, gdy jego już z nimi nie było.

Byłego policjanta pogrążyły jednak zabezpieczone ślady (znaleziony pistolet, odcisk jego charakterystycznego buta na miejscu zdarzenia, ubranie, które rozpoznali świadkowie), a także zeznania Dariusza M.

Mandat się komuś sprzeda i pieniądze będą

Dariusz M. wyjawił wszystko, gdy usłyszał, że jest przesłuchiwany w charakterze świadka, a nie podejrzanego. Wyjaśnił, że bał się mówić wcześniej. Nie wiedział o odejściu W. z policji – myślał, że kolega chce się przenieść do innej jednostki, dlatego wciąż ma mundur i lizak.

Gdy W. odszedł z komendy, popadł w tarapaty finansowe. Na dodatek wciąż nie zapłacił teściom M. za kupione od nich auto. Rankiem 24 lutego przyszedł do kolegi, wypili wino, pojechali załatwić sprawę w wypożyczalni kaset wideo przy ul. Pocztowej, a W. uznał, że udadzą się na trasę jego fiatem. „Mandat się komuś sprzeda i pieniądze będą” – mówił pewny siebie.

Na wysokości Stołpia zatrzymali passata wartego 210 000 000 zł. Początkowo W. wsiadł do VW, a M. miał wracać fiatem. Potem, po akcji na Zachodzie, M. przesiadł za kierownicę passata, a W. siadł z tyłu obok Rosjanina. M. widział u kolegi nóż, rękę W. na szyi uprowadzonego, a potem w lusterku dostrzegł błysk i usłyszał strzał pistoletu. Gdy W. zabił człowieka w trakcie jazdy (na wysokości ul. Trubakowskiej), spanikowany kierowca uciekł w stronę parku. W. miał grozić swojemu kompanowi, że zabije go, jeśli ten powie prawdę policji. „Siedź ty, skur**synu, cicho, bo cię zabiję” – mówił.

Potem W. miał przebrać się w cywilne ubrania i jechać passatem sam, by pozbyć się ciała i najpewniej sprzedać auto. Na ul. Wygon policjanci znaleźli też jego porzuconego fiata, a w środku nabój.

Lada moment wyjdzie

Okazało się, że kwestią czasu było, by W. został wyrzucony ze służby. Był niezdyscyplinowany, nieodpowiedzialny, wymagał ciągłego nadzoru, zdarzało mu się pracować po alkoholu, przez co odbył niejedną rozmowę dyscyplinującą. Odszedł, zanim go wyrzucili.

„Trudno wyrażać skruchę, skoro jestem niewinny” – utrzymywał w dalszym ciągu w trakcie rozprawy.

Powołani do sprawy biegli uznali go poczytalnym i zdemoralizowanym. Ostatecznie Sąd Wojewódzki w Lublinie skazał go na 25 lat pozbawienia wolności, wliczając do kary łącznej okres od 26 lutego 1994 roku, który W. spędził w Zakładzie Karnym w Chełmie. M. został uznany winnym pomocnictwa w zbrodni i trafił na kilka lat do celi, wyszedł w 1997 roku.

Andrzej W. został osadzony w Zakładzie Karnym w Nysie, gdzie wciąż przebywa. Planowo mury więzienia ma opuścić 11 marca 2019 roku, czyli już za kilka miesięcy. W 2016 roku starał się o przedterminowe zwolnienie, ale Sąd Okręgowy w Opolu (właściwy dla miejsca wykonywania kary) mu odmówił. Co zrobi po wyjściu? Czy zdecyduje się powrócić w rodzinne strony?

Nie wiadomo, jak zachowywał się W. przez te wszystkie lata w więzieniu. Nie wiadomo też, jak może zachowywać się człowiek wypuszczony na wolność po takim czasie w zamknięciu. Jeszcze w trakcie procesu oskarżyciel podkreślał, że nic nie gwarantuje, iż po odbyciu kary W. – jak wówczas, „kierowany prymitywną chęcią zysku” – nie popełni równie okrutnej zbrodni, co w tamten zimowy wieczór 1994 roku. Paulina Ciesielska