Czas obietnic

Coraz powszechniej i głośniej krytykowana premier Beata Szydło podczas wizyty w PZL-Świdnik wreszcie mogła trochę odetchnąć i przypomnieć sobie jak to jest być lubianą i chwaloną.
I chociaż załoga zakładów nie usłyszała wiele konkretów na temat tego, co faktycznie oznacza dla niej rezygnacja rządu z zakupu konkurencyjnych helikopterów wielozadaniowych dla wojska, to spragnieni dobrych nowin i cienia nadziei pracownicy wydają się być przekonani, że może być tylko lepiej.

Politycy (jak zawsze) podzieleni

Po rezygnacji z Caracali głowy podnieśli także zwolennicy „francuskiego kontraktu”, którego zerwanie dało do ręki kolejne argumenty antypisowskiej opozycji. – Szkoda, że w całej dyskusji o przetargu na śmigłowce uciekają realne potrzeby Wojska Polskiego. Po wizycie pani premier ani w Świdniku, ani w Mielcu ludzie nie usłyszeli żadnych konkretów. Pewne jest natomiast, że na rezygnacji z kontraktu na Caracale stracą pracownicy Wojskowych Zakładów w Dęblinie – krytykuje poseł PO Stanisław Żmijan.
Oczywiście przeciwnego zdania jest główny orędownik powrotu PZL-Świdnik do gry, poseł Artur Soboń z PiS: – Podstawowym naszym celem jest zapewnienie dostaw sprzętu dla polskiej armii z zakładów w Polsce i Świdnik ma potencjał, żeby różnym oczekiwaniom armii sprostać. To, jakie śmigłowce i na jakich zasadach uda się sprzedać, to rola zarządu spółki. Na pewno będę razem ze związkami wspierał w tym zakresie władze spółki, choć oczekuję, podobnie jak załoga, solidarności władz spółki wobec oczekiwań związków i pracowników – podkreśla świdnicki parlamentarzysta.
Czy jednak opozycja nie ma trochę racji, wskazując, że na rezygnacji z oferty Francuzów zyskają głównie Amerykanie i ich zlokalizowana w Mielcu i Łodzi (co już poniekąd zapowiedział minister Antoni Macierewicz)? – Mielec ma zapewnienie o sprzedaży ośmiu BH dla wojsk specjalnych. Łódź ma zapewnienie serwisu nowych maszyn. Moje gratulacje. Świdnik potrzebuje rozwiązań długofalowych i strategicznych, może także kapitałowych. Różnica miedzy Mielcem a Świdnikiem jest taka, że koledzy z Mielca mogą produkować tylko jeden śmigłowiec, a Świdnik – wiele różnych produktów. Możemy także rozwijać własne konstrukcje. Możemy wreszcie wejść w serwisowanie wspólnie z Łodzią, także kapitałowo. Możliwości i przewag Świdnika jest wiele i wreszcie spokojnie patrzę w przyszłość, ale też konkurencja jest poważna, wiec przed nami jeszcze wiele wspólnej pracy – podsumowuje Soboń.

Załoga radośnie ostrożna

Z pewną ostrożnością do zapewnień pani premier o „wzięciu pod uwagę potencjału PZL-Świdnik”, choć nie bez zadowolenia, podchodzi część załogi firmy.
– To dopiero pierwszy krok w dobrym kierunku. Zobaczymy, jakie będą kolejne posunięcia rządu. Już wielokrotnie nam obiecywano cuda. Do tego wszystkiego należy podchodzić z ostrożnością. Poczekajmy na kolejne kroki w kierunku naszej firmy. Nadzieje zostały rozbudzone. Liczymy, że pierwsze efekty powinny być widoczne już w drugiej połowie przyszłego roku. Jako firma jesteśmy przygotowani na różne rozdania. Załoga ma nadzieję, że nie zostanie wyeliminowana z gry i kryzys, który dotyka nie tylko nasz zakład, ale wiele firm europejskich produkujących śmigłowce, w niedługim czasie minie. Symptomy poprawy koniunktury powinny być widoczne w połowie przyszłego roku. Tego oczekujemy, bo w innym przypadku będzie to zagrożenie utraty stabilności firmy, co przełożyć się może na cały region, a tego nikt nie chce. W załogę wstąpiła nadzieja na odwrócenie niekorzystnych trendów i oby tak pozostało – mówi Andrzej Słotwiński, przedstawiciel załogi w radzie nadzorczej PZL-Świdnik S.A.
Zapewne najwięcej o faktycznych planach rządu dowiedziało się kierownictwo spółki w rozmowach kuluarowych. Te informacje pozostają jednak niedostępne dla opinii publicznej. Na razie więc pozostaje nadzieja, że ogólnikowa zapowiedź „stawiania na polski sprzęt” powstrzyma włoskich właścicieli PZL-Świdnik przed kontynuowaniem redukcji zatrudnienia.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że trwają intensywne starania, by świdnickie przedsiębiorstwo zostało wsparte znaczącym wejściem kapitałowym Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Sztandarowym produktem PZL-Świdnik pozostałby wówczas W-3PL „Głuszec” – nie dość, że najbardziej udany, to jeszcze rodzimy, a zatem traktowany przez włoskich właścicieli nieco po macoszemu. Niezależnie bowiem od tego, że chociaż z pewnością najbardziej na zmianie polityki zbrojeniowej/zaopatrzeniowej Sił Zbrojnych zyska amerykański przemysł – przedstawiciele obozu rządzącego zapewniają po cichu, że żaden obcy kapitał nie dostanie już więcej niczego „na tacy” i „na gębę”, a będzie musiał poczynić w swych polskich zakładach realne zobowiązania inwestycyjne.
TAK