Czyste sumienie prezesa

Brak informacji o zarybieniu w prasie, czy spóźniona o 4 dni notka na stronie internetowej chełmskiego PZW są przykładami ewidentnego łamania regulaminu. W efekcie wędkarze „ciągną” ze zbiornika w Stawie dopiero co wpuszczone karpie, choć do 7 sierpnia włącznie obowiązywał zakaz połowu tego gatunku. Prezes Ryszard Kowalski bezradnie rozkłada ręce. – Nie mam środków, by pilnować wszystkich łowisk.

Od kilku dni zbiornik w Stawie przeżywa prawdziwe oblężenie. Pseudowędkarze łowią nawet po 20 karpi na głowę, które 25 lipca wpuszczono do wody w ramach zarybień. Mimo, że od tego dnia do 7 sierpnia włącznie na Stawie obowiązuje zakaz połowu tego gatunku, nikomu to specjalnie nie przeszkadza. – Jak biorą, to łowimy – mówią niektórzy bywalcy. Sytuacja może byłaby trochę lepsza, gdyby zarząd chełsmkiego okręgu PZW dołożył starań, by o zarybieniu Stawu wędkarzy powiadomić zwyczajowo przyjętymi metodami. W regulaminie dostępnym na stronie internetowej związku jest napisane, że powinno się stosowne informacje zamieścić w prasie i jako ogłoszenia na tablicach informacyjnych. Tych pierwszych nie było w ogóle, na tablicach już i owszem. Problem tylko w tym, że słup ogłoszeniowy w Stawie znajduje się przy kąpielisku, które wędkarze omijają szerokim łukiem i informacja do adresatów po prostu nie trafia. O procederze masowego wyławiania dopiero co wpuszczonych do wody ryb zdaje sobie sprawę Ryszard Kowalski, prezes chełmskiego PZW. – Wszystkie koła, które opiekują się zbiornikami, zostały o zarybieniu powiadomione – mówi. – Sam mam tylko trzech ludzi, którzy nie upilnują wszystkich łowisk.
W związku z tym uczuliłem koła, by same wykazały się i pilnowały swoich zbiorników. Niestety, widocznie nie przynosi to rezultatów i sytuacja wygląda tak, że to kłusownik pilnuje nas, zamiast my jego – przyznaje Kowalski. Prezes twierdzi, że nie chce wprowadzać całkowitego zakazu połowu po zarybieniu, bo to uderzyłoby w uczciwych wędkarzy. Zapytany o sens takich letnich zarybień tłumaczy, że związek nie ma na to wpływu. – Realizujemy przyjęty plan, ale musimy dostosować się do producenta ryb, czyli gospodarstw rybackich. To one dyktują nam, kiedy po ryby możemy przyjechać. A że wpuszczone karpie zostaną przetrzebione przez pseudowędkarzy – cóż, zawsze tak było. Ja mam chociaż czyste sumienie, że zrealizowałem oczekiwania większości wędkarzy i zarybienia zostały przeprowadzone – dodaje Kowalski. (bm)