Deficyt w sutannie

Wśród kleryków seminarium duchownego w Lublinie, którzy wkrótce złożą święcenia kapłańskie, jest tylko dwóch z powiatów chełmskiego i krasnostawskiego. Statystycznie seminarium porzuca połowa kleryków, a liczba kandydatów na księży lawinowo spada. – To nie kryzys powołań, tylko kryzys człowieka powołanego. Młodzi uciekają przed odpowiedzialnością. Wybierają życie na garnuszku mamy i zawód „syn” – mówi ks. Paweł Bartoszewski z lubelskiego seminarium.

Profesjonalna i nowoczesna strona internetowa Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Lublinie przyciąga uwagę filmikiem o młodych klerykach i hasłem „Jesteśmy wspólnotą, przygotowujemy się do wyjątkowej misji, będziemy prowadzili ludzi do Boga”. Ale średnio tylko połowa kleryków rozpoczynających pierwszy rok w seminarium przystępuje do święceń kapłańskich. Pozostali rozmyślają się i wybierają inną drogę życiową. Ciekawe jest to, że księża – wychowawcy zaliczają do swoich sukcesów sytuacje, w których klerycy decydują się opuścić seminarium. Bo to oznacza, że ich powołaniem nie było kapłaństwo i nie popełnili życiowego błędu przyjmując święcenia.

Zawód: synek

Ks. Paweł Bartoszewski jest wychowawcą w Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Lublinie od pięciu lat. Nie chce zaklinać rzeczywistości, bo statystyki mówią same za siebie. W ostatnich latach widać ciągły spadek liczby kandydatów na księży. Dziesięć lat temu w lubelskim seminarium było 140 kleryków, a dziś jest ich 57. Jak mówi ks. Bartoszewski – ziemia chełmska zawsze była „obfita w powołania”. W seminarium kształci się obecnie pięciu kleryków z Chełma, siedmiu z powiatu chełmskiego i krasnostawskiego. Nie ma zależności pomiędzy miejscem zamieszkania – miastem czy wsią – a liczbą powołań. Bywało, że w danym roczniku nie było żadnego kleryka z Lublina, a tylko z mniejszych miejscowości. Najwięcej kandydatów na księży wywodzi się z rodzin głęboko religijnych. Mniej – z rodzin rozbitych, z problemami. Ks. Bartoszewski nie lubi określenia kryzys powołań. Według niego coś takiego nie istnieje, bo – jak mówi – powołuje Bóg, a on nie ma żadnego kryzysu i wie, kogo i w jakiej liczbie ma powołać. Zdaniem ks. Bartoszewskiego istnieje kryzys człowieka powołanego.
– Dziś młodzi ludzie obawiają się konsekwencji swoich decyzji, uciekają od odpowiedzialności i coraz częściej spotykamy się z zawodem „syn”, tzn. młody człowiek żyje na garnuszku mamy, bez planu, wegetuje i to jest dopiero kryzys – mówi ks. Bartoszewski. – Młodzi mężczyźni boją się odpowiedzialności za powołanie. Alumnom z pierwszego roku mówię, że oni są bohaterami w momencie, gdy przekroczą próg seminarium. To dlatego, że ich rówieśnicy wybierają prawo, medycynę czy ekonomię – to jest w rozumieniu dzisiejszego świata prestiżowe. Przeciwieństwem tego jest wstąpienie do seminarium, które oznacza, że staje się w poprzek dzisiejszego świata. Główne czynniki spadku liczby kleryków to przede wszystkim niż demograficzny i wyjazdy młodych za granicę. Nie bez znaczenia jest to, że nie słyszymy dobrych opinii o księżach. Część z tych opinii jest prawdziwa, a część wykrzywiona, przejaskrawiona. Przyjście do seminarium nie jest jednoznaczne z tym, że zostaje się księdzem. Uczulamy alumnów z pierwszego roku, że oni są tu, aby rozeznać swoje powołanie. Jeśli kleryk opuści seminarium to sukces dla wychowawców. Oznacza to, że pomogliśmy rozpoznać młodemu człowiekowi powołanie i okazało się, że nie jest nim kapłaństwo. Byli klerycy zapraszają nas na swoje śluby, wesela, a my cieszymy się, że odkryli swoje powołanie – małżeństwo. Cieszymy się, że towarzyszyliśmy im w tej drodze i pomogliśmy w tym, aby nie popełnili życiowego błędu.

Przed ślubami celibatu

Kandydat na księdza musi mieć maturę i zdany egzamin wstępny z podstaw wiedzy teologicznej. Poddawany jest też swoistego rodzaju wywiadowi środowiskowemu. O wiarę, a także intencje i powody wstąpienia do seminarium wypytywany jest podczas rozmowy z wychowawcą seminarium. Opinie na temat kandydata sporządza też jego proboszcz i katecheta.
– Nie pamiętam sytuacji, aby kogoś odrzucono, bo miał skrajnie negatywną opinię – mówi ks. Bartoszewski. – Kandydaci są przeważnie zaangażowani w życie Kościoła, ale zdarza się, że przyjmujemy też osoby świeżo nawrócone. Mogą być w różnym wieku, najstarszy miał 34 lata. Do seminarium przyjmujemy chłopców zaraz po maturze, ale zdarzali się absolwenci politechniki, osoby, które pracowały kilka lat za granicą albo prowadziły firmę. Nie zamykamy kandydatom drogi, bo prawdziwe intencje i tak wyjdą podczas pobytu w seminarium. Nie przyjmujemy rozwodników. Zawarcie sakramentu małżeństwa wyklucza wstąpienie do seminarium.
Klerycy ostateczną decyzję muszą podjąć przed tzw. święceniami diakonatu na piątym roku seminarium. To pierwszy (z trzech) stopień święceń kapłańskich. Alumni ślubują wtedy celibat. W tym momencie droga rozeznawania ich powołania kończy się. Na tym etapie muszą już być pewni, że chcą zostać kapłanami. Święcenia pierwszego stopnia w lubelskim seminarium odbywają się w najbliższą sobotę. A w niedzielę „dobrego pasterza” jest dzień modlitwy w intencji powołań. Przyda się. (mo)