Dokąd uciekać w razie alarmu? Możemy się schować tylko pod pierzyną

fot. poglądowe

Syreny wyją, przychodzą alerty RCB z poleceniem, by „udać się w bezpieczne miejsce”, a mieszkańcy pytają: dokąd? Rosyjskie ataki tuż za granicą pokazały bardzo konkretny problem. Prawie pięć lat po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny w Ukrainie kompletnie nie mamy miejsc, w których w razie zagrożenia ataku dronem czy rakietą balistyczną można się schronić. Jest bezużyteczna aplikacja, poradniki i szczątkowe szkolenia. A znacznie gorzej z tym, co najważniejsze – rzeczywistą ochroną ludzi.

W niedzielę, 13 września, Rosjanie zaatakowali po ukraińskiej stronie granicy rejon Jagodyna, tuż obok przejścia w Dorohusku. Trafiona została m.in. ciężarówka w pobliżu przejścia, a także infrastruktura kolejowa i pociąg w rejonie stacji Jagodyn. Przejście graniczne było czasowo zamknięte.

W Dorohusku wszystko było słychać i widać. Z relacji mieszkańców wynika, że około godz. 4.30 widoczny był błysk od strony granicy, a około godz. 8.30 rozległ się kolejny huk. Odgłosy drugiego uderzenia miały być słyszalne nawet w sąsiedniej Żmudzi.

– Dostajemy komunikat, żeby udać się w bezpieczne miejsce. Tylko gdzie ono jest? Nie ma oznaczonych schronów, nie ma prostych wskazówek: tu idź, tu się schowaj. Człowiek dostaje alert i co dalej?- mówią mieszkańcy.

Każdy robi po swojemu

Jeszcze mocniej problem było widać w czwartek, 17 września, kiedy ponownie pojawił się alarm i zalecenie, by udać się do bezpiecznego miejsca.

Część szkół sprowadzała uczniów na niższe kondygnacje, do piwnic, szatni i korytarzy z dala od okien. Z naszych informacji wynika jednak, że nie wszędzie reakcja wyglądała tak samo.

Podobnie było w zakładach pracy i domach. Jedni schodzili do piwnic, inni pozostawali na stanowiskach, a część osób alarm po prostu zignorowała.

I właśnie tutaj najlepiej widać problem. Pomimo syren i alertów RCB nie ma jednego, znanego wszystkim schematu postępowania. Jedna szkoła ewakuuje uczniów, w innej lekcje trwają dalej. Jeden mieszkaniec szuka schronienia, drugi nie robi nic, bo nie wie, gdzie powinien pójść.

Piwnica to nie schron

Wojciech Sawa, wójt Dorohuska, zwraca uwagę, że w gminie wiejskiej jeden duży schron nie rozwiązałby problemu.

– Z niektórych miejscowości do Dorohuska jest kilka czy kilkanaście kilometrów. Jak mieszkańcy mieliby się dostać do jednego schronu w chwili zagrożenia? – pyta.

Jego zdaniem bardziej realne jest wykorzystanie istniejących piwnic, ziemianek i innych pomieszczeń, które mogą dać doraźną ochronę.

– Większość ludzi na wsi ma piwnice albo piwniczki ziemne. Jak ktoś nie ma, może skorzystać z piwnicy sąsiada. Sam zszedłem do swojej i czekałem na odwołanie alarmu – mówił po niedzielnym ataku.

Gmina zleciła sprawdzenie piwnic w siedmiu budynkach pod kątem możliwości wykorzystania ich jako miejsc pobytu i doraźnego schronienia. Badania mają kosztować 29 tys. zł. Chodzi m.in. o szkoły, urząd gminy i ośrodek pomocy społecznej.

Czy jednak zwykła piwnica w bloku rzeczywiście jest dobrym miejscem na wypadek ataku powietrznego? Grzegorz Cieślak, ekspert od spraw bezpieczeństwa z Uniwersytetu Civitas ma w tej sprawie zdecydowanie inne zdanie. Uważa, że schronem nie może być piwnica, która nie jest odpowiednio wzmocniona przed zawaleniem, nie ma dodatkowego wyjścia i nie ma instalacji, która zapewnia dopływ powietrza z innego miejsca niż z tego budynku. W innym razie może się stać śmiertelną pułapką. Przy uderzeniu w budynek może dojść do zawalenia jego konstrukcji. A w przypadku bloków z wielkiej płyty do zawalenie nie potrzeba nawet bezpośredniego trafienia, wystarczy sama fala uderzeniowa. W przypadku pożaru na wyższych kondygnacjach dym i ogień mogą pozbawić ludzi znajdujących się w piwnicy powietrza i jeżeli nie umrą pod gruzami, to się po prostu uduszą.

Ekspert zastrzega przy tym, że nie ma jednego scenariusza dla każdej sytuacji. Inaczej trzeba zachować się w wysokim budynku, inaczej w domu jednorodzinnym, a znaczenie ma również miejsce i charakter samego zagrożenia. W jego ocenie nie można wrzucać do jednego worka prawdziwych schronów, miejsc doraźnego schronienia i zwykłych pomieszczeń, które w pewnych sytuacjach mogą dać jedynie ograniczoną ochronę. – Ktoś, kto kwalifikuje zwykłe piwnice jako bezpieczne miejsca i odsyła tam ludzi, nie rozumie kompletnie specyfiki zagrożenia napadem powietrznym – uważa.

Jego zdaniem w przestrzeni miejskiej powinno się stosować rozwiązania, które sprawdzają się w miejscach konfliktów. Chodzi o stawianie niewielkich betonowych albo stalowych konstrukcji, które mają za zadanie ochronić przed falą uderzeniową.

– A póki co w mieście warto wykorzystywać parki i skwery. Można tam przygotować zagłębienia, transzeje czy zadaszenia, które dawałyby ludziom możliwość ukrycia się przed falą uderzeniową i odłamkami. Oczywiście takie miejsce nie będzie schronem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale może zapewnić większą ochronę niż przebywanie na otwartej przestrzeni, a tym bardziej w piwnicy – uważa ekspert.

Najpierw zlikwidowano, teraz odbudowujemy

Jeszcze kilkanaście lat temu system obrony cywilnej miał w terenie własne struktury i magazyny. Nie były one nowoczesne, a ich wyposażenie często pozostawiało wiele do życzenia, ale istniało zaplecze sprzętowe.

Z danych przedstawionych w Sejmie wynika, że jeszcze w 2020 roku w kraju funkcjonowały 2363 magazyny gminne obrony cywilnej. Przechowywano w nich m.in. sprzęt ochronny i wyposażenie potrzebne w sytuacjach zagrożenia.

Problem był znany od dawna. Już w 2012 roku Najwyższa Izba Kontroli alarmowała, że polska obrona cywilna jest źle przygotowana, a w magazynach zalegał przestarzały sprzęt, w tym stare maski przeciwgazowe.

Pełnoskalowa wojna w Ukrainie rozpoczęła się w lutym 2022 roku. Tymczasem nową ustawę o ochronie ludności i obronie cywilnej uchwalono dopiero w grudniu 2024 roku, a rządowy Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025-2026 Rada Ministrów przyjęła w maju 2025 roku. Program przewiduje budowę i modernizację schronów oraz miejsc doraźnego schronienia.

Czyli systemowa odbudowa ochrony ludności ruszyła na dobre dopiero trzy lata po rosyjskiej inwazji.

Minęły już ponad cztery lata od wybuchu pełnoskalowej wojny, a my wciąż rozmawiamy o tym, że brakuje procedur, że nie wiadomo co trzeba zrobić, a poza tym kompletnie nie ma gdzie się schować.

Pieniądze są a schronów nie widać

Rząd na lata 2025-2026 zaplanował na ochronę ludności i obronę cywilną prawie 34 mld zł. W samym województwie lubelskim w 2025 roku do rozdysponowania było ponad 277 mln zł, a w 2026 roku blisko 300 mln zł.

Tyle że pod pojęciem „ochrona ludności” mieszczą się bardzo różne wydatki. Sam Lubelski Urząd Wojewódzki wymieniał wśród planowanych zakupów m.in. agregaty, cysterny i beczki na wodę, koparki, koparko-ładowarki, traktory, przyczepy, łodzie, kontenery, radiotelefony, kombinezony ochronne czy maski przeciwgazowe.

Wszystko to może być potrzebne podczas kryzysu. Ale nadal nie mamy gdzie się schować. Rządowy program przewiduje finansowanie budowy i modernizacji obiektów zbiorowej ochrony, więc formalnie pieniądze na takie zadania istnieją. Problem w tym, że w Chełmie i okolicznych gminach wciąż nie mamy przygotowanych, oznaczonych i łatwo dostępnych miejsc ochrony, które mieszkańcy znaliby jeszcze przed ogłoszeniem alarmu.

Nie można też wiecznie tłumaczyć, że schronów nie da się zbudować dla wszystkich. Nikt nie oczekuje jednego bunkra dla całego powiatu. Można natomiast sukcesywnie odpowiednio przygotowywać piwnice szkół i urzędów, garaże podziemne, pomieszczenia w nowych obiektach publicznych, modernizować stare schrony i budować nowe tam, gdzie powstają duże inwestycje. Szkoda, że pomyślano o tym stawiając nowy budynek dworca PKP czy stadion miejski w Chełmie.

Aplikacja nie jest schronem

W Chełmie urzędnicy odsyłają mieszkańców m.in. do ogólnopolskiego narzędzia „Gdzie się ukryć”, przygotowanego przez Państwową Straż Pożarną.

Na pierwszy rzut oka wygląda imponująco. W całym kraju baza obejmuje już ponad 83 tys. punktów i według danych rządowych może wskazywać miejsca dla połowy Polaków. Ale sama Państwowa Straż Pożarna wyraźnie zaznacza, że punkty pokazywane przez aplikację nie są schronami. W Chełmie w większości to piwnice bloków i obiektów użyteczności publicznej. W trakcie inwentaryzacji, chyba dla wykazania się przełożonym to piwnice wskazano jako miejsca schronienia. Bez oceny ich przydatności, a nawet wbrew rozsądkowi i wiedzy, jak wskazuje ekspert. To raczej mapa miejsc, w których – w razie zagrożenia – może być bezpieczniej niż na ulicy, przy czym raczej nie przy zagrożeniu atakiem drona czy rakiety. Dodatkowo często nawet mieszkańcy takich bloków są zaskoczeni, że ich piwnice są zaznaczone jako ogólne miejsca schronienia.

Poradnik zamiast adresu

Urzędnicy przypominają też o „Poradniku bezpieczeństwa”, szkoleniach i zasadach zachowania podczas alarmu. Kacper Jasyk z Urzędu Miasta Chełm mówi, że prowadzone były już szkolenia dla rad osiedli, które będą powtarzane. Ale mieszkańcy nie powinni podczas realnego alarmu dopiero zastanawiać się, czy zejść do piwnicy własnego bloku, pobiec do parku, szkoły, szukać garażu czy zostać w domu. Przez prawie pięć lat trwającego za nasza wschodnia granica konfliktu można było zrobić trochę więcej. A jesteśmy w lesie lub – jeszcze gorzej – w piwnicy, z której wyjścia nie widać…

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.

Bądź na bieżąco!

Najnowsze Wydanie
2026-10-12 Nowy Tydzień tygodnik lokalny
5,00zł Kup Gazetę