Mam to gdzieś, że zabiłem dwoje ludzi…

27-letni Piotr Cz. dla swoich ofiar nie miał żadnej litości. Zmasakrował ich nożem w mieszkaniu, a potem pokazał to, co zrobił swojej dziewczynie. Próbował uciec z kraju, ale po kilku dniach zgłosił się sam na policję, przyznając do zbrodni. Podczas przesłuchania z pogardą wyrażał się o swoich ofiarach i nie widział nic złego w tym co zrobił. – Mam gdzieś to, że zabiłem dwoje ludzi – mówił.
Mężczyzna dopiero w sądzie zaczął się kajać, ratując się przed dożywociem. Dostał 25 lat więzienia z zastrzeżeniem, że o warunkowe zwolnienie będzie mógł się starać po odsiedzeniu 20 lat. Ale zabójca uważa, że to za dużo. Jego adwokat się odwołał i Sąd Apelacyjny uchylił wyrok. Sprawa jest od początku badana przez Sąd Okręgowy w Lublinie.
Do zbrodni doszło w niewielkim bloku przy ul. Motorowej na Tatarach w Lublinie. Wszyscy tu dobrze znali właściciela mieszkania na pierwszym piętrze – Krzysztofa S. (46 l.) i jego partnerkę Małgorzatę P. (48 l.), nie zawsze z najlepszej strony. – Zdarzało się, że urządzali głośne imprezy, przyjeżdżała uspokajać ich policja – opowiadali. W listopadzie 2014 roku zbrodnia wstrząsnęła lokatorami. – Byli, jacy byli, ale nikt nie zasłużył na tak okrutną śmierć. Oni zostali zaszlachtowani – mówili przerażeni ludzie.
W mieszkaniu oprócz dwójki lokatorów przebywał siostrzeniec właściciela – 27-letni Piotr Cz. Z zawodu piekarz, ostatnio nigdzie nie pracował. Z powodu niepłacenia czynszu i rachunków został wyrzucony z wcześniejszego mieszkania. Wtedy pomocną dłoń wyciągnął do niego wujek i przygarnął go pod swój dach. Feralnego dnia młodzieniec chciał napić się alkoholu. Zażądał od wuja 100 zł, ale ten mu ich nie dał. To sprawiło, że oprawca wpadł w furię. Chwycił za nóż i rzucił się na wujka oraz jego przyjaciółkę. Bandzior dźgał ofiary w szyję. Zadawał ciosy tak, aby zabić. Konającemu wujkowi na koniec podciął gardło. Jego przyjaciółka zginęła tylko dlatego, że była świadkiem. Kiedy oprawca skończył rzeź, wyszedł z mieszkania.
Zrabował 400 zł. Poszedł pić do znajomych. Potem wrócił na miejsce zbrodni, aby pokazać, co zrobił, swojej dziewczynie. Ta doznała szoku i przerażona uciekła, a Piotr wsiadł do pociągu. Dojechał do granicy z Niemcami. Wtedy postanowił wrócić i zgłosić się na policję.
Podczas przesłuchania z pogardą wyrażał się o swoich ofiarach. – Pili tyle, że sami by zdechli. Pomogłem im – mówił bez cienia wyrzutów sumienia. Na procesie w sądzie prezentował inną postawę. Przepraszał i do wszystkiego się przyznawał. LL