Grał przeciwko Realowi Madryt i Maradonie

Drużyna Szwajcarii z Krzysztofem Klempką w składzie (w górnym rzędzie, czwarty od prawej). W dolnym rzędzie trzeci z lewej sam Diego Armando Maradona

O tym mało kto chyba wie. Krzysztof Klempka, od 15 lat związany z Chełmem, były piłkarz Chełmianki, dostąpił zaszczytu gry przeciwko największym futbolowym tuzom na świecie. Wystąpił w meczu przeciwko Realowi Madryt, w barwach których szalały takie gwiazdy jak: Hierro, Laudrup, Raul, Zamorano, Michel, czy Redondo. Ale to jeszcze nic. Klempka miał przyjemność grania przeciwko samemu Diego Armando Maradonie, największemu z największych piłkarzy w historii światowego futbolu.– Tych wspomnień nikt mi nie zabierze – mówi Krzysztof Klempka. – Często do nich wracam, bo jest do czego. Marzeniem każdego piłkarza jest zagrać mecz przeciwko najlepszym zawodnikom na świecie. I choć w piłce nożnej mogłem osiągnąć znacznie więcej, cieszę się, że miałem możliwość na własne oczy przekonać się, jak grają najlepsi futboliści świata. Ilu polskich piłkarzy miało przyjemność zmierzyć się z Diego Maradoną? A ja taką miałem i z tego bardzo się cieszę.
Krzysztof Klempka jest wychowankiem maleńkiego klubu spod Lublina, Czarnych Pliszczyn. To tam zdobywał pierwsze piłkarskie szlify. Trenerzy większych klubów z województwa lubelskiego bardzo szybko dostrzegli utalentowanego, przy tym bramkostrzelnego napastnika i w wieku 16 lat Klempka znalazł się w drużynie juniorów Górnika Łęczna.
– Pamiętam, że wtedy rywalizowaliśmy z Motorem Lublin o mistrzostwo makroregionu. Mieliśmy dwie drużyny juniorów, jedna trenowała w Łęcznej, druga – złożona z chłopaków z podobnych klubów, jak Czarni Pliszczyn – w Elizówce – opowiada Krzysztof Klepmka. – Ostatecznie niewiele lepszą drużyną został Motor, ale wtedy mieliśmy naprawdę fajną ekipę. Najlepsi zawodnicy dość szybko dostali szansę gry w pierwszej drużynie Górnika, która wówczas występowała w III lidze. W sezonie 1987/1988 wywalczyliśmy pierwszy awans do II ligi, grając właśnie chłopakami z województwa lubelskiego. To był fajny zespół. Miałem wtedy niespełna 20 lat i strzeliłem chyba z 15 bramek.
Krzysztof Klempka bardzo szybko stał się czołową postacią Górnika Łęczna. Widać było, że ma „papiery na granie” nawet w ekstraklasie, czyli ówczesnej pierwszej lidze. – Piłka szukała mnie w polu karnym, jakoś tak się składało, że potrafiłem wykorzystywać podbramkowe sytuacje, choć nie wszystkie, miałem też sporo asyst – wspomina Klempka.
W 1990 roku trafił do wojska. A że w tamtych czasach piłkarze służbę wojskową odbywali w klubach, nad którymi patronat sprawowało wojsko, Krzysztof Klempka znalazł się w Lubliniance. Po półtorarocznym pobycie wyjechał do Belgii, gdzie grał w III-ligowym SK Heusden-Zolden. – Kilka lat później klub ten wywalczył nawet awans do belgijskiej ekstraklasy, ale już beze mnie w składzie. Po 2000 roku ze względu na problemy finansowe przestał istnieć – mówi Klempka. – Byłem tam ponad pół roku. Grałem i pracowałem.
Po powrocie do kraju Krzysztof Klempka trafił ponownie do Górnika Łęczna, a następnie do Lublinianki. – Akurat lubelska drużyna uzyskała awans do II ligi – opowiada. – Początek mieliśmy fantastyczny. Pierwsze trzy mecze wygraliśmy w ładnym stylu, a w pokonanym polu pozostawiliśmy faworyzowaną Polonię Warszawa oraz Jagiellonię Białystok i Pomezanię Malbork. Byliśmy liderem rozgrywek. To był bodajże sezon 1994/95. W przerwie zimowej mój menadżer, nieżyjący już Władysław Kozubal, zaprosił mnie i Mariusza Prokopa na testy do Górnika Zabrze. Był prezesem tego klubu, a Górnik bił się o europejskie puchary. Trenerem zabrzan był Edward Lorens. Wystąpiliśmy w sparingu wygranym 3:2, strzeliłem nawet gola i Lorens bardzo chciał, żebym został. Górnik miał mocną drużynę: Tomasza Hajto, Andrzeja Orzeszka, Jerzego Brzęczka, Henryka Bałuszyńskiego, Mieczysława Agafona, a więc znanych zawodników, w tym też reprezentantów kraju. Ale dwa dni później miałem lecieć z reprezentacją Szwajcarii na turniej mistrzowski, tzw. „Rapido Futbol” do Meksyku. Za wyjazdem stał właśnie Kozubal, który na co dzień mieszkał pod Lozanną. Trener Lorens powiedział krótko, albo zostaję w Górniku, albo jadę do Meksyku. Nie wiedziałem, co zrobić, bo bilet lotniczy do Meksyku miałem w kieszeni. Wybrałem wyjazd na „Rapido Futbol” i tym samym straciłem szansę na grę w Zabrzu.
Ale dziś Klempka wyjazdu do Meksyku wcale nie żałuje. – Na dobrą sprawę wiedziałem tylko, że lecimy na jakieś mistrzostwa – mówi. – Na miejscu okazało się, że gramy nie na pełnowymiarowym boisku, a na placu gry przypominającym bardziej obiekt do gry w hokeja. Graliśmy odbijając piłkę o bandy, jednym słowem trzeba było się dostosować do nowych zasad. Nikt nam nie powiedział, że będą potrzebne odpowiednie buty. Miałem ze sobą tzw. „lanki” i „wkręty”, a tam grało się w butach halowych. Musiałem je kupić jeszcze przed wyjazdem.
Gwiazdą mistrzostw był sam Diego Armando Maradona, uznawany przez wielu za najwybitniejszego piłkarza na świecie. 34-letni Maradona przyjechał pomóc reprezentacji Argentyny w odniesieniu zwycięstwa. – Bez wątpienia spotkanie z takim piłkarzem dla nas wszystkich było wielkim przeżyciem. Diego zrobił sobie z nami zdjęcie, mało tego, okazało się, że w turnieju będziemy grać przeciwko Argentynie. Mimo innego boiska, Maradona robił swoje. Prowadząc piłkę przy nodze, sprawiał wrażenie, jakby miał klej w butach. Trudno było mu ją odebrać. Widział wszystko, zanim przyjął piłkę, wiedział, już gdzie ją zagra. Jednym słowem piłkarz kompletny, wielki, od którego można się tylko uczyć – wspomina Krzysztof Klempka.
Niestety, reprezentacja Szwajcarii, z Klempką w składzie, przegrała swoje dwa pierwsze mecze i w ostatnim, pożegnalnym zmierzyła się z drużyną USA, która rywalizowała z Argentyną o pierwsze miejsce. – Przed tym spotkaniem przyszedł do nas sam Maradona i mocno nas motywował, że jesteśmy lepsi od Amerykanów i możemy z nimi wygrać – opowiada Klempka. – Pierwsza połowa wyglądała nieźle, zakończyła się remisem 0:0, ale w drugiej opadliśmy z sił i rywale strzelili nam chyba z sześć goli.
Po powrocie z Meksyku Krzysztof Klempka zrealizował swoje marzenie i trafił do ekstraklasy. – To była wiosna 1995 roku. Podpisałem umowę z Wartą Poznań, która broniła się przed spadkiem. W drużynie grali m.in. Maciej Żurawski, Arkadiusz Onyszko, Piotr Prabucki, Arkadiusz Kaliszan, Czesław Jakołcewicz, a prowadził ją były reprezentant Polski Krzysztof Pawlak – opowiada Klempka. – W 15 spotkaniach strzeliłem 5 bramek, w tym jedną Górnikowi Zabrze, który ze mnie zrezygnował. Mecz przegraliśmy 2:3, ale miałem małą satysfakcję, udowadniając, że trener Lorens podjął w stosunku do mnie zbyt pochopną decyzję. Poza tym ograliśmy też Legię Warszawa 1:0.
Klempka trafiał do siatki jeszcze w spotkaniach ze Stalą Stalowa Wola, Ruchem Chorzów, Rakowem Częstochowa i Zagłębiem Lubin. Niestety, wszystkie mecze, w których zdobywał gole, kończyły się przegraną Warty. – Nie ode mnie to już zależało. Zawsze starałem się grać jak najlepiej. Klub miał problemy finansowe i chyba dlatego spadł do drugiej ligi. Mój pobyt w Poznaniu trwał więc tylko pół roku – podkreśla piłkarz.
Z Poznania Klempka znów wrócił do Lublinianki. W letniej przerwie 27-letnim doświadczonym już napastnikiem zainteresował się drugoligowy Motor Lublin. – W zasadzie z marszu pojechaliśmy na tygodniowe zgrupowanie do Szwajcarii, za którym stał oczywiście Władysław Kozubal – podkreśla Krzysztof Klempka. – Przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że z okazji jubileuszu 90-lecia szwajcarskiego klubu z Vevey mamy rozegrać mecz towarzyski z wielkim Realem Madryt! – opowiada Klempka. – Wydawało się, że spotkania z taką drużyną mogą rozgrywać największe polskie zespoły, Legia czy Górnik, a tymczasem zmierzył się z nią również Motor. Pojechaliśmy tam, bo piłkarz Motoru Rafał Szwed był bardzo bliski przejścia do klubu Lousanne Sports, pojechał nawet na testy i Władysław Kozubal miał zobowiązania wobec lublinian. Real zgodził się na mecz z nami, bo chciał zagrać z łatwym przeciwnikiem.
Do Szwajcarii gracze lubelskiego zespołu pojechali starym „Ikarusem”. – Autokar wyglądał nie najlepiej. Sprawiał wrażenie, że może nie dotrzeć na miejsce. Sama podróż trwała prawie dwa dni i była bardzo męcząca – opowiada Klempka.
Mecz zakończył się zwycięstwem Realu aż 7:0. – Innego wyniku nie można było się spodziewać. Hiszpanie górowali nad nami w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Jedynie Tomek Jasina momentami próbował dorównać klasą piłkarzom Realu, ale nie było to łatwe – wspomina Klempka. – Real wystawił super skład, z Canizaresem w bramce, Chendo, Nando, Sanchisem w obronie, Redondo, Hierro, Michelem, Amaviscą w pomocy czy Laudrupem w ataku. Zagrali też Ivan Zamorano i Raul Gonzales, który chyba wtedy miał 17 lub 18 lat. Można powiedzieć, że nie bardzo wiedzieliśmy, o co chodzi. Brian Laudrup na kilku metrach dryblował trzech, czterech naszych zawodników. Zamorano wkładał głowę tam, gdzie niejeden bałby się wstawić nogę. Od potężnego Hierro tylko odbijaliśmy się, czego najbardziej doświadczył Dominik Malesa. Redondo zagrywał piłki do nogi na kilkadziesiąt metrów. Fizycznie, szybkościowo byliśmy daleko z tyłu. Mecz był dla nas wielką lekcją, dużo wtedy mogliśmy się nauczyć – przyznaje Klempka.
Ale Krzysztof Klempka do Motoru ostatecznie nie trafił. Znalazł się w drugoligowej Stali Stalowa Wola. – W drugim, chyba najlepszym sezonie – 1996/1997, byliśmy bardzo blisko awansu do I ligi – opowiada. – Rywalizowaliśmy bodajże z Petrochemią Płock i KSZO Ostrowiec Św. W ostatnim wygranym meczu ktoś powiedział, że KSZO stracił punkty i dzięki temu mieliśmy wskoczyć na drugie miejsce, premiowane awansem. Radość była ogromna, ale i krótka, bo po kilku minutach okazało się jednak, że KSZO wygrał swój mecz i utrzymał pozycję wicelidera. Stal miała wtedy bardzo dobry zespół.
W Stalowej Woli Klempka grał cztery sezony. – To był niezły czas, można powiedzieć, że klub dobrze prosperował. Wówczas kupiłem samochód, mieszkanie w Łęcznej i było mnie na to stać – opowiada. Potem zagrał jeszcze pół roku w Siarce Tarnobrzeg, następnie w Lewarcie Lubartów i w sezonie 2001/2002 trafił do Chełmianki. Wtedy też związał się z Chełmem. Po kilku sezonach gry w Chełmiance, przeszedł na moment do Orionu Niedrzwica Duża, by wiosną sezonu 2003/2004 zostać grającym trenerem Granicy Dorohusk, która występowała w czwartej lidze. – Potem były już kluby z niższych klas rozgrywkowych: Vojsławia Wojsławice, Vitrum Wola Uhruska, Leszkopol Bezek, a ostatnio Spółdzielca Siedliszcze – mówi Klempka. I choć ma już 48 lat, nie myśli o wieszaniu butów na kołkach. Jako grający trener prowadzi w lidze okręgowej Spółdzielcę. – Chciałbym dawać szansę młodym zawodnikom, ale niekiedy jest tak, że brakuje ludzi do grania i trzeba nałożyć koszulkę, i wybiec na boisko – dodaje.
Dziś przyznaje, że jego kariera piłkarska mogła się lepiej potoczyć. – Brakowało niekiedy szczęścia, bo myślę, że umiejętnościami dorównywałem wielu piłkarzom z pierwszej ligi. Dziś futbol wygląda zupełnie inaczej. Zawodnicy w ekstraklasie, pierwszej, drugiej, a niekiedy i trzeciej mają profesjonalne kontrakty i zarabiają dobre pieniądze, zwłaszcza ci pierwsi i drudzy. Gdy ja grałem w piłkę, zarobki były zupełnie inne. Poza Stalą Stalowa Wola, w pozostałych klubach wyglądało to przeciętnie. Uprawiając sport nie było czasu na inne zajęcia. Treningi, mecze, przygotowania, pochłaniały mnóstwo czasu – wspomina Krzysztof Klempka.(ps)
fot. prywatne archiwum
Krzysztofa Klempki