Hołd Sprawiedliwym

W imieniu szesnastu, nieżyjących już, mieszkańców Lubelszczyzny medale „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata” odebrali ich najbliżsi

Szesnastu mieszkańców Lubelszczyzny zostało uhonorowanych medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Wyróżnienie odebrali ich najbliżsi. Przyznawane jest ono od 1963 r. przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie za bezinteresowną pomoc prześladowanym Żydom w czasie II wojny światowej.

W uroczystości na KUL uczestniczyli również potomkowie uratowanych rodzin

To najwyższe izraelskie odznaczenie cywilne. Na medalu widnieje sentencja z Talmudu: „Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”.
W imieniu nieżyjących już Sprawiedliwych 20 listopada (poniedziałek) medale odebrali na KUL ich najbliżsi, dzieci i wnuki, podczas wzruszającej uroczystości zorganizowanej przez ambasadę Izraela w Polsce. Warto przypomnieć, że za pomoc Żydom w czasie wojny hitlerowcy karali śmiercią. Ci, którzy udzielali schronienia, dostarczali jedzenie czy w jakikolwiek sposób pomagali Żydom, ryzykowali życiem zarówno swoim, jak i swoich bliskich. Mimo to znalazło się wielu dobrych, odważnych ludzi, którzy nie wahali się bezinteresownie pomagać. Do listy sprawiedliwych dopisano w ubiegłym tygodniu nowe nazwiska. Na świecie już 26 513 osoby otrzymały tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, w tym aż 6706 Polaków. Dodatkowym upamiętnieniem dla pomagających jest specjalne drzewko posadzone w jerozolimskim Instytucie Yad Vashem. Uprawnieni do składania wniosków o przyznanie tytułu są sami żydowscy uratowani albo ich bliscy.

Ocalenie Diny Rycerz

– Każdy z nas ma możliwość wyboru, może uczynić tę ziemię niebem albo piekłem – powiedziała Hadass Nisan, attaché ds. kultury w ambasadzie Izraela w Polsce, która w imieniu państwa Izrael wręczała odznaczonym medale. Podczas uroczystości wyraźnie widać było, jak wiele osób przyczyniło się do ratowania Żydów. Wzruszenie budziła zwłaszcza rodzina Gajdów, która razem z siedmiorgiem swoich dzieci przez całą wojnę ukrywała 15-letnią mieszkankę Kurowa, Dinę Rycerz. Dina zbiegła z tworzonego w miasteczku getta w listopadzie 1942 r. i po długiej tułaczce trafiła do rodziny Stanisława (1901-1946) i Feliksy Gajdów (1899-1974) we wsi Mała Kłoda, blisko Kurowa. Było to bardzo biedne, pracowite małżeństwo, zarabiające na życie pilnowaniem łąki, z której wydobywano torf. Postanowili przygotować Dinie kryjówkę i nieść jej pomoc, nie bacząc na bezpieczeństwo własne i siedmiorga swoich dzieci. Schron został wykopany na łące, ponieważ Gajdowie sami mieszkali w jednej izbie, gdzie nie byłoby miejsca na dodatkową osobę. Ziemianka była tak mała, że można było w niej tylko leżeć. Dziewczynka wychodziła z niej tylko w nocy, aby rozprostować kości i pooddychać świeżym powietrzem. Po wyzwoleniu Dina wyszła za mąż i wyjechała do Francji, tracąc na wiele lat kontakt ze swoimi wybawcami. Los potraktował bohaterów niezwykle okrutnie. W 1946 r. Stanisław Gajda tragicznie zginął, a wkrótce chata rodziny doszczętnie spłonęła w pożarze. Medal „Sprawiedliwych” w imieniu ich rodziców odebrały córki: Barbara Mróz (75 lat), Danuta Rokita (86 lat) i Sabina Kustra (81 lat).
– Pamiętamy Dinę jako młodą osobę, dziewczynę będącą u nas w domu i pamiętam, że wszystko było robione w dużym stresie – mówi pani Sabina.
– Ja miałam tylko dwa latka, więc sama niewiele pamiętam, ale doskonale pamiętam, co mi mówiła mama. Dina była wspaniałą osobą , to ona mnie bawiła, ja na nią mówiłam „ciocia” a mama i tato traktowali ją jako przybraną córkę. Mama zawsze powtarzała: „Jest siedmioro, będzie ósme” – dodaje pani Barbara. – Rodzice zawsze byli dobrzy dla innych ludzi, mama piekła chleb, inni Żydzi schodzili się do nas pożywić – uzupełnia pani Danuta Rokita, najstarsza z sióstr. Gajdowie przez pewien czas pomagali się również ukrywać Abrahamowi Goldbergowi i jego synowi Jechielowi, których po wyjściu z ukrycia zamordowali miejscowi bandyci.

Jedno życie – cały świat

– Z rodzin Weinbergów, Winogradów, Boruchowiczów i Popowskich na świecie żyje blisko 140 osób. Żadnej z nich by dziś nie było, gdyby nie odwaga Edwarda Turka oraz rodziny Sokołów. Trudno by sobie wyobrazić, że oni i ich potomkowie nie doświadczyliby radości życia, gdyby nie postawa dobrych ludzi – mówił podczas uroczystości Josh Korn, syn ocalonej Dwojry Shamai z domu Popowskiej. Nieżyjący już Edward Turek (1903-1945), Polak, który utrzymywał przyjazne kontakty ze swoimi żydowskimi sąsiadami z Żelechowa, zorganizował dla nich pomoc. Przeczuwając likwidację żelechowskiego getta w 1943 r., świadomy ogromnego ryzyka mężczyzna podjął się udzielenia pomocy i do swojego planu przekonał siostrę Juliannę Sokół, jej męża i synów. Przez rok rodzina Sokołów ukrywała w piwnicy swojego domu we wsi Wilczyska 24 uciekinierów z getta. Edward Turek przez cały ten okres koordynował pomoc i próbował rozwiązać wszelkie problemy wiążące się z tak trudną misją. Kontakt z Żydami ułatwiała mu znajomość języka jidysz.
Niestety, w nocy 22 czerwca 1944 r., grupa 18 uzbrojonych Polaków wdarła się do gospodarstwa. Zaledwie 10 Żydom udało się uciec przed rzezią. Część z nich wróciła do gospodarzy, lecz niestety 10 lipca (cztery tygodnie przed wyzwoleniem) na skutek donosu sąsiadów do wsi przybyło gestapo. Ukrywających się żydowskich zbiegów znaleziono i rozstrzelano w pobliskim lesie wraz z gospodarzem, Władysławem Sokołem. Z tej grupy udało się ocaleć nielicznym, m.in. Dwojrze, matce obecnego na uroczystości Josha Korna, który we wzruszających słowach dziękował potomkom bohaterów za najwyższe poświęcenie ich bliskich.

Szlachetni z Kurowa

Podobna historia ocalenia rozegrała się również w Kurowie, gdzie w ratowanie Samuela Chanesmana i jego syna Josefa zaangażowało się wielu ludzi dobrej woli. Jedną z najważniejszych osób niosących pomoc nie tylko Chanesmanom, ale i innym kurowskim Żydom, był Antoni Kordowski, znany szewc i szanowany lokalny działacz. Z Samuelem, który był cholewkarzem, łączyły go więzi biznesowe. Przez cały okres okupacji uciekającym przed prześladowaniami Żydom oferował schronienie w swoim domu, wyszukiwał bezpieczne kryjówki u innych osób, dostarczał żywność, lekarstwa, gazety i wszelkie niezbędne produkty, a także pieniądze. W opiece nad Chanesmanami pomagał mu Stanisław Szeleźniak, który przed wojną był kurowskim wójtem. Przez dwa tygodnie ukrywał obu zbiegów oraz zadbał o zwrot ich majątku oddanego w zastaw jednemu z Polaków, dzięki czemu mieli środki do życia. Od lutego do kwietnia 1943 r. Chanesmanowie ukrywali się wraz z 3-osobową rodziną Garbermanów w kryjówce, w gospodarstwie należącym do Jana Molendy we wsi Podbórz. Później otrzymali schronienie w bunkrze znajdującym się w gospodarstwie małżeństwa Bronisławy i Władysława Wójcików we wsi Krupa, skąd w czerwcu 1943 r., ze względu na prowadzoną przez SS-manów intensywną akcję poszukiwania ukrywających się Żydów, musieli ponownie wrócić do Stanisława Szeleźniaka.
Po kilku miesiącach tułaczki po różnych kryjówkach ostatecznie końca okupacji doczekali w schronie przygotowanym w stercie słomy w gospodarstwie Jana Pajórka, mieszkańca Kurowa. Po wojnie Chanesmanowie wyjechali do Niemiec, a stamtąd do Nowej Zelandii. Historię swojego ocalenia opisali w wydanej w 1955 r. w Tel Awiwie księdze poświęconej żydowskim mieszkańcom Kurowa. Niektórzy z potomków odznaczonych, przez wiele lat nie zdawali sobie sprawy z bohaterskiej postawy ich bliskich, bo temat pomocy Żydom przez wiele lat był w ich domach tematem tabu ze względu na m.in. częste pomówienia o czerpanie korzyści materialnych od ratowanych. – Miałam tylko 7 lat, tylko trochę pamiętam mojego dziadka. W domu o pomaganiu Żydom w ogóle się nie mówiło. Ja sama dowiedziałam się o tym od profesora Antoniego Sułka z Uniwersytetu Warszawskiego, w lipcu tego roku. Myślę, że dziadkowie myśleli, że lepiej o tym nie mówić. Unikało się tego tematu. Tata mój mówił zawsze, że lepiej, żebyśmy za dużo nie wiedziały – mówi Małgorzata Szczudniak, wnuczka odznaczonego Jana Molendy (1896-1967) pomagającego w ukryciu rodziny Chanesmanów.
W pomoc tej rodzinie zaangażowani byli również Bronisława (1905-1974) i Władysław Wójcik (1903-1987). – U nas nie był to temat tabu, dziadkowie, którzy wiele lat temu zmarli, opowiadali nam o wojnie, o przechowywaniu Żydów. Padały też inne nazwiska, ale tych niestety nie pamiętam. Zresztą dla moich dziadków to nie nazwiska były najważniejsze tylko pomoc ludziom w potrzebie. Nieważne, czy to byli Żydzi, czy Polacy, ważne było ocalenie życia ludzkiego. Uważam, że byli bardzo odważnymi osobami, skoro decydowali się na pomoc za którą groziła śmierć – mówi nadbrygadier w stanie spoczynku Zbigniew Muszczak, wnuk Bronisławy i Władysława Wójcików. – Moi dziadkowie mieli gospodarstwo rolne w Małej Kłodzie, blisko Kurowa. Ziemie kiepskie, biednie im się żyło, ale myślę, że bieda zmienia ludzi i zbliża do siebie. Mieli wykopaną ziemiankę na polach, rosło tam żyto, maskowało wejście do podziemia i tam można było przetrzymywać kilka osób. Dziadek w nocy dostarczał im jedzenie, picie. Babcia mi opowiadała, że nawet maleńkie dzieci pochodzenia żydowskiego, które tam były, nie płakały, co dla mnie, wówczas młodego chłopaka, było bardzo dziwne, bo małe dziecko zawsze płacze. Widocznie one czuły to ogromne niebezpieczeństwo – dodaje. pan Zbigniew. – Nie mam żadnych zdjęć, pamiątek z tamtego czasu, nikt nie dokumentował tamtego okresu. Zresztą po wojnie to nie była dobra karta – przechowywanie Żydów. Obecnie na szczęście inaczej na ten temat myślimy. Żałuję, że moja mama, jedyna córka moich dziadków, nie dożyła dzisiejszej uroczystości, ale myślę, że wszyscy patrzą na nas z nieba i są szczęśliwi – dodaje. W Katolickim Uniwersytecie Lubelskim taka uroczystość odbyła się po raz pierwszy. – Bardzo się cieszę że ambasada Izraela wybrała na miejsce organizacji tej uroczystości nasz uniwersytet, bo pokazuje ona osoby, które potrafiły zachować swoje człowieczeństwo, odwagę, wierność ideałom w warunkach ekstremalnie trudnych. Dzięki tej uroczystości chcemy wyrazić im wdzięczność i podziękować – mówi ks. profesor Antoni Dębiński, rektor KUL. Na uroczystości obecna była również liczna młodzież ze szkół Izraela i Polski.
Emilia Kalwińska