Jak dziadek z wnuczkiem kantor rabowali…

Do dzisiaj ani policji, ani prokuraturze nie udało się ustalić sprawców głośnej kradzieży niemal półtora miliona złotych z kantoru w Chełmie. Złodziej hasa na wolności a policja magluje Bogu ducha winnych schorowanego dziadka i jego niepełnoletniego wnuka, którzy w dniu kradzieży przechodzili obok kantoru. Śledczy po licealistę pojechali aż do Kielc i wyciągnęli z kościoła, a 75-letniego dziadka ganiają wezwaniami do komendy, żeby pobrać materiał genetyczny.


Do głośnej kradzieży doszło w lipcu 2017 roku. Właściciel kantoru przy ul. Armii Wojska Polskiego podjechał pod swój punkt. Zaparkował auto półtora metra od drzwi wejściowych i wyszedł, zostawiając uruchomiony silnik, aby otworzyć drzwi kantoru. W tym czasie – według jego zeznań – nieznany sprawca niepostrzeżenie miał podbiec za jego plecami do samochodu i ukraść dwie leżące na siedzeniu torby. W jednej miała być broń i pieniądze – aż 1,4 mln zł w różnych walutach – a w drugiej laptop. Rzekomy złodziej miał z dwoma torbami uciec… rejsowym busem do Lublina z dworca, który jest obok kantoru.

Kupy się nie trzyma?

Postępowanie, które wszczęła chełmska Prokuratura Rejonowa, zostało wkrótce umorzone. Śledczy od początku mieli wątpliwości, czy faktycznie doszło do napadu. Ciężko było im uwierzyć, że z tak bliskiej odległości właściciel kantoru nie zauważył albo nie usłyszał złodzieja, który miał wkradać się do jego samochodu. Na miejscu przeprowadzono nawet eksperyment, żeby sprawdzić na ile wiarygodna jest wersja przedsiębiorcy.

Mówiło się o rozbieżnościach w zeznaniach i o tym, że gotówka nie należała do właściciela kantoru tylko jego kolegi z branży z Lublina. Swoją drogą czy można, ot tak, przekazywać sobie takie sumy w torbie? Wątpliwości nie rozwiał też monitoring, bo nic nie pokazał. Właściciel kantoru nadal upierał się przy swojej wersji, a sprzedawczynie z sąsiednich punktów zeznały, że w okolicy tego dnia kręcił się jakiś „dziwny, młody mężczyzna”.

Tyle, że w tej okolicy kręcą się setki ludzi, bo jest dworzec busów, dwa bazary i jedna z głównych ulic miasta. Ale policja, nie mając innego punktu zaczepienia, rozpoczęła jego poszukiwania.

Zajechali pod ołtarz

W grudniu 2017 roku policjanci wytypowali „dziwnego mężczyznę”. Okazało się, że to nastolatek mieszkający pod Kielcami. Policjanci z Chełma, licząc chyba na spektakularny sukces w ujęciu sprawcy ogromnego rabunku, popędzili samochodem do Kielc, do jego szkoły.

Zdarza się to rzadko, bo normą jest zlecanie czynności funkcjonariuszom pracującym na miejscu. Gdy okazało się, że w Kielcach trwają rekolekcje i licealista jest w kościele, niemal wyciągnęli go ze mszy. A ponieważ był niepełnoletni, trzeba było też wezwać z pracy rodzica i w mieszkaniu babci chłopca w Kielcach, w obecności matki, przeprowadzić przesłuchanie. Zaskoczony nastolatek o kradzieży nie miał oczywiście zielonego pojęcia. Co robił na dworcu w Chełmie?

W wakacje przez kilkanaście dni był u rodziny w Łukówku i Sawinie. W dniu rabunku schorowany 75-letni dziadek odwiózł go na dworzec i odprowadził na busa. – Wnuk miał już wcześniej zamówiony bilet, zaprowadziłem go na dworzec, wsiadł do busa i odjechał – opowiada dziadek chłopaka.

– Kiedy wracałem do samochodu obok kantoru rzeczywiście było jakieś zamieszanie. I ktoś w tłumie powiedział, że była kradzież. Pojechałem do domu i o sprawie zapomniałem. W grudniu od wnuka dowiedziałem się, że był przesłuchiwany. Mnie policjanci z Sawina przesłuchiwali w styczniu.

Kto świadek, kto podejrzany?

Z powodu braku dowodów w marcu br. prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie kradzieży. Z postępowania wyłączyła tylko część dotyczącą niewłaściwego zabezpieczenia broni przez właściciela kantoru. Ale na umorzenie śledztwa przedsiębiorca odwołał się do Sądu Okręgowego w Lublinie, który nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy. Jeśli nie pojawią się nowe dowody ani świadkowie, jej wynik nie może się zmienić, bo śledczy opierają się na dotychczas zebranych dowodach.

Z powodu nadgorliwości, albo dla świętego spokoju, by nie zarzucono im, że się nie starają, domagają się jednak pobrania próbek materiału porównawczego od dziadka i wnuka. Ale ani schorowany mężczyzna, ani rodzice nastolatka się na to nie zgodzili.

– Zaczynam mieć wątpliwości czy jestem świadkiem czy podejrzanym w tej sprawie – mówi 75 latek. – Wezwania, które od czerwca dostaję od policji, adresowane są do mnie jako „świadka” w sprawie, ale pouczenie na dokumencie kierowane jest już do „podejrzanego”. Policja była u mnie w domu i odmówiłem pobrania próbek materiału genetycznego.

Byłem też w komendzie i oświadczyłem, że się na to nie zgadzam. Dlaczego mam być w jakiejś policyjnej bazie? Skąd mam pewność, co będzie dalej z moją próbką? Czy zostanie zniszczona, czy wykorzystana do innych badań porównawczych? Po co mi to potrzebne?

Kto wodzi za nos?

Na pobranie materiału kilkanaście dni temu zgodził się wnuk mężczyzny, który jest już pełnoletni. Jego ojciec powiedział nam, że nie chce, aby syna ciągali go po komisariatach i żeby w końcu dali mu spokój. Tym razem po materiał mundurowi z Chełma nie jechali już do Kielc.

Okazało się, że można poprosić o jego pobranie najbliższą komendę powiatową.
Czy materiał do badań porównawczych pobierany był od wszystkich przypadkowych przechodniów, którzy w dniu kradzieży byli w pobliżu kantoru, albo wszystkich pasażerów, którzy jechali z dworca?

Na temat prowadzonego śledztwa policja nie udziela informacji. Ale rodzina zastanawia się, komu śledczy dają się wodzić za nos brnąc w ślepy zaułek? Podobno na trop nastolatka spod Kielc miała naprowadzić śledczych torba, którą miał przy sobie wracając do domu, a którą kupił mu ojciec.

Rzekomo właściciel kantoru stwierdził, że jego była podobna. Czy zrobił to, zanim policjanci pokazali mu jej zdjęcie, które zrobili w trakcie wypadu do Kielc?

75-latek poskarżył się na działania śledczych do Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Opisał to, co spotkało jego i wnuka i poprosił, by sprawdzono czy całe postępowanie było właściwie prowadzone. (reb)