Każdy z nas dąży do jakiegoś celu

Mam taką zasadę, że jak coś zaczynam, to staram się to robić dobrze i dokładnie. Dzięki temu jestem tu, gdzie jestem. W tym roku polska policja obchodzi 97. rocznicę powstania. O tym, jak wygląda dziś służba w Komendzie Miejskiej Policji w Chełmie mówi komendant, mł. insp. Konrad Piziorski.

Od ilu lat służy Pan w policji?
– W sierpniu miną 22 lata.
Pamięta Pan swój pierwszy dzień w pracy?
– Oczywiście. Zaczynałem swoją przygodę z policją na IV komisariacie w Lublinie, wówczas mieścił się jeszcze przy ulicy Lipowej. Przyszedłem przestraszony. Najpierw zobaczyłem dyżurnego, potem zaprowadzono mnie do jednego z pokoi. Tam stali policjanci po cywilnemu, z bronią na wierzchu, kajdankami. Takich rzeczy nie widzi się na co dzień na ulicy.
Jak to się potoczyło dalej?
– Od początku byłem związany z wydziałem kryminalnym. Kiedyś nazywało się to: sekcja operacyjno-rozpoznawcza. Z każdym dniem było coraz ciekawiej – nie powiem, że łatwiej, ale coraz bardziej wciągała mnie ta praca. Później była szkoła oficerska, następnie wydział kryminalny w komendzie wojewódzkiej. Po pięciu latach zostałem kierownikiem sekcji przestępstw przeciwko mieniu. Można powiedzieć, że zajmowaliśmy się największymi włamaniami na terenie województwa lubelskiego. Później zostałem skierowany do Komendy Miejskiej Policji w Zamościu, gdzie jako pierwszy zastępca komendanta nadzorowałem służbę kryminalną. W 2008 roku zostałem komendantem miejskim, a od ubiegłego roku jestem tutaj, w Chełmie.
Rozpoczynając pracę, myślał Pan o stanowisku komendanta?
– Nie. Choć pamiętam, jak w szkole oficerskiej wykładowcy mówili: „Jesteście przyszłą kadrą kierowniczą”. Słuchałem ich i myślałem, że może i mają rację. Przecież każdy ma jakieś ambicje, każdy z nas dąży do jakiegoś celu. To jest naturalne i tak powinno być. Mam taką zasadę, że jak coś zaczynam, to staram się to robić dobrze i dokładnie. Dzięki temu jestem tu, gdzie jestem. Na wszystko zapracowałem sam i z tego się cieszę.
Jakie były refleksje po pierwszym dniu w chełmskiej komendzie? Złapał się Pan za głowę i pomyślał „co ja tutaj robię”?
– Oczywiście, że nie. Przechodząc do Chełma praktycznie nikogo nie znałem. Wchodząc do nowego otoczenia, człowiek musi się po części dostosować do ludzi, z którymi pracuje. W większej jednak mierze to pracownicy muszą się dostosować, bo to szef wyznacza kierunek, którym ma iść komenda i sposób, w jaki będzie zarządzana. Tak jest wszędzie, nie tylko w policji. Szef kreuje politykę firmy.
Jak się kieruje komendą miejską?
– Jestem zadowolony z ludzi, to najważniejsze. Z podejścia policjantów i pracowników cywilnych. Muszę podkreślić, że są sumienni i pracowici. Natomiast jeśli mam porównać chełmską komendę do zamojskiej, to w Chełmie jest o wiele więcej pracy. Wynika to z faktu, że jest to teren przygraniczny. Przestępczość związana z przemytem, w tym głównie papierosów, jest o wiele większa. Jest też mniej ludzi, bo komenda w Zamościu była większa o 35 etatów.
Co zatem doskwiera chełmskiej policji?
– Wychodzę z założenia, że nie ma co narzekać. Mamy coraz nowszy sprzęt, samochody są sukcesywnie wymieniane. Dla każdego szefa najważniejszy jest jednak człowiek, jako pracownik. Dla mnie najważniejszy jest funkcjonariusz, który dobrze wykonuje swoje zadania.
Ile jest wakatów w komendzie?
– Mamy 285 funkcjonariuszy i około 10 wakatów. Co jakiś czas jest prowadzony nabór, ale fizycznie młody policjant przychodzi do pracy dopiero po 8-9 miesiącach, po przeszkoleniu podstawowym i miesięcznej adaptacji w Warszawie. Przykładowo młodzi policjanci, którzy zostali przyjęci do służby w ubiegłym miesiącu, zaczną pracę w komendzie dopiero w lutym 2017 roku. Myślę, że w następnym roku będę mógł powiedzieć, że jestem w pełni zadowolony.
Jak wygląda praca nad wizerunkiem policjanta? W końcu stereotypowy gliniarz to taki, który tylko siedzi za biurkiem, je pączki i nic nie robi.
– To rzeczywiście stereotyp. Nasza formacja przez ostatnie lata się bardzo się zmieniała i to na korzyść. Mamy świadomość, że zachowanie każdego policjanta podczas interwencji jest oceniane przez ludzi. Pojedyncza interwencja i zachowanie policjanta rzutuje na całą formację. Kiedyś się mówiło, że jak nie wiesz, co masz robić w życiu, to wstąp do policji. Żartowało się, że policjanci muszą działać we dwóch – jeden czyta, a drugi pisze. Obecny policjant to przede wszystkim człowiek wykształcony, po studiach. Już pracując, dalej się szkolą i kształcą, robią studia podyplomowe, chcą się uczyć. Od powstania nowej policji pracujemy nad swoim wizerunkiem, co widać w badaniach opinii publicznej. Zdarzają się czarne owce, tak jak i wszędzie, ale takie przypadki trzeba eliminować.
W pracy ewolucja czy rewolucja?
– Zdecydowanie ewolucja i praca nad sobą, choć czasem rewolucje są potrzebne. Niekiedy trzeba uderzyć pięścią w stół. Nie tylko nagradzać tych, którzy zasłużyli, ale też i karać.
Były już nagany i postępowania dyscyplinarne?
– Za niewykonywanie poleceń służbowych zdarzały się też nagany. W ciągu tamtego roku było prowadzonych kilka postępowań dyscyplinarnych. W niektórych przypadkach skończyło się na naganie, w innych odstąpiłem od ukarania policjanta. Obyło się bez żadnych drastycznych form, typu wydalenie ze służby czy degradacja na niższe stanowisko.
Ufa Pan bezgranicznie swoim ludziom?
– Największą formą zaufania jest nadzór i kontrola. Trzeba wierzyć ludziom, ale trzeba ich sprawdzać i nadzorować ich pracę.
Jak ważna w tym zawodzie jest komunikacja ze społeczeństwem?
– Bardzo ważna. Policjant, który pracuje na ulicy, dzielnicowy, jest jak lekarz pierwszego kontaktu. Istotne jest to, w jaki sposób my będziemy się zachowywać i rozmawiać z ludźmi. Dzięki komunikacji ze społeczeństwem możemy uzyskać interesujące nas informacje, a dzięki nim efektywniej i szybciej łapać przestępców.
Gdzie jest najbardziej niebezpiecznie? Niezmiennie ulice Przemysłowa, Sienkiewicza i Kolejowa?
– Na pewno tam jest większy procent przestępczości. Odnośnie osiedli, myślę, że najwięcej przestępstw odnotowujemy w tych starszych dzielnicach miasta. Zdarzają się pobicia i rozboje, ale tak jest w każdym mieście. W okresie szkolnym często dochodzi też do kradzieży na basenie, w klubach, w komunikacji miejskiej. Drobna przestępczość (włamania do samochodów, mieszkań, piwnic) jest uciążliwa, ale w Chełmie największym jednak problemem jest przemyt. Razem ze strażą graniczną zabezpieczamy gigantyczne ilości papierosów. Coraz więcej odnotowujemy tez zdarzeń drogowych, których sprawcami są cudzoziemcy.
Pseudokibice to pięta Achillesowa chełmskiej policji?
– Nie. Świetnie sobie z nimi radzimy. Nie mogę zdradzić szczegółów pracy operacyjnej. Powiem, że jesteśmy tuż za nimi, a czasami krok przed. Dlatego nie dochodzi do ustawek, zakłóceń porządku podczas meczów. Pseudokibice byli, są i będą.
Narkotyki i dopalacze?
– Ciemny biznes przynosi duże pieniądze. Na miejsce jednego zamkniętego dilera za chwilę pojawi się następny. W ubiegłym roku zabezpieczyliśmy kilka kilogramów narkotyków, które nie trafią do sprzedaży i zlikwidowaliśmy kilkanaście plantacji marihuany. Mamy się czym pochwalić.
Popyt na przemyt wynika z biedy i wysokiego bezrobocia?
– Myślę, że ma to duży wpływ. Porównując Chełm i Zamość mogę powiedzieć, że tutejsze tereny są o wiele biedniejsze. Z przemytu są ogromne pieniądze. Tego się nie zlikwiduje, dopóki różnice w cenie polskich i ukraińskich papierosów będą tak widoczne. Można teoretyzować, że gdyby stopa bezrobocia była niższa, ludzie nie garnęliby się do przemytu. Ale czy faktycznie by tak było? Perspektywa szybkiego wzbogacenia się kusi i to bardzo.
Jak się układa współpraca ze strażą graniczną i miejską?
– Bez zarzutów. Jeżeli jest potrzeba, są prowadzone wspólne patrole. Straż graniczna ma świetny sprzęt, helikoptery. Pomagamy sobie nawzajem.
Czy są wyznaczane dyżury, kiedy mieszkańcy mogą się osobiście spotkać z komendantem?
– Oczywiście. W każdy poniedziałek przyjmuję interesantów. Ludzie przychodzą z różnymi problemami.
Nie żałuje Pan decyzji o wstąpieniu w szeregi policji?
– Pewnie drugi raz postąpiłbym tak samo. Praca w policji to pasja. Jak coś nie wychodzi, człowiek się denerwuje, ale to normalna, ludzka rzecz. Czasami trzeba na sprawę poświęcić kilka tygodni czy miesięcy, ale na końcu jest zadowolenie.
Siedząc za biurkiem komendanta nie brakuje akcji kryminalnych?
– Brakuje. Jeżeli zaszłaby taka potrzeba, bez wahania zrzuciłbym mundur, nałożył jeansy, przypiął broń do pasa, kajdanki i poszedł na służbę.(Paulina Ciesielska)