Kiedyś to był wstyd

Rodzice i dziadkowie pielęgnowali ich w dzieciństwie. Dbali, opiekowali się, martwili każdym siniakiem i stłuczonym kolanem. Oni, w podzięce, zamykają ich na stare lata w psychiatryku. Po to, by pozbyć się chorego na Alzheimera, ale zatrzymać dla siebie rentę czy emeryturę. Oddział psychiatryczny działa jak dom seniora.
W skład Zespołu Opieki Psychiatrycznej m.in. wchodzą: zamknięty oddział psychiatryczny damski i męski, zakład opiekuńczo-leczniczy dla osób z zaburzeniami psychicznymi oraz hostel. Zdecydowana większość pacjentów zakładu (ok. 80%) to osoby starsze, po 60. roku życia.
– Przeważnie to osoby otępiałe. W większości przypadków są to choroby genetyczne. Otępienia mogą być pierwotne, np. otępienie w chorobie Alzheimera czy otępienie czołowo-skroniowe, mieszane czy naczyniowe. Istnieją różne rodzaje otępień, aczkolwiek obraz kliniczny jest taki sam, a leczenie – zazwyczaj – bardzo podobne. Proces otępienny jest przeważnie nieodwracalny. Około 10% otępień są to przypadki odwracalne – w przebiegu np. niedoborów witaminy B12 czy kwasu foliowego, w przebiegu zaburzeń hormonalnych (np. niedoczynnosć tarczycy) czy w przebiegu procesów rozrostowych. Możemy go spowolnić, przyhamować, ale nie zatrzymać – mówi doktor Sylwia Raszczepkin, kierownik oddziału psychiatrycznego. – Są to osoby, które wymagają stałej, całodobowej opieki, nadzoru nad przyjmowaniem leków, a także takie, które mają problemy z wykonywaniem podstawowych czynności, jak przygotowywanie posiłków, dbanie o higienę. Otępienie powoduje znaczny spadek funkcji intelektualnych i wpływa na podstawowe aktywności życiowe. Są też tacy, którzy znaleźli się tu, bo nie są w stanie się sami utrzymać, a rodziny nie dają sobie rady – dodaje.

Pacjenci zakładu zajmują sale „bezterminowo”, ale ich pobyt kosztuje. Z dochodów pacjenta pobierane jest 70%. Tak samo płatny jest pobyt seniora w domach pomocy społecznej, dlatego najłatwiej „wsadzić” chorego na oddział psychiatryczny.

Przeszkadza, więc na oddział

Oddział psychiatryczny z założenia jest dla osób, które wymagają intensywnego leczenia i odizolowania od społeczeństwa. Prawie połowa pacjentów chełmskiego oddziału to jednak osoby po 50. roku życia. Otępiali stanowią ok. 20-30% ogółu.
W czerwcu z oddziału psychiatrycznego wypisano najstarszą pacjentkę. Kobieta w listopadzie skończy 100 lat. O ile w tym konkretnym przypadku występowały realne zaburzenia, których pacjentka sama była świadoma, o tyle w większości innych chodzi o coś zupełnie innego.
Rodziny coraz częściej wykorzystują fakt, że pobyt na oddziale w pawilonie C jest bezpłatny. To przykre, ale dorosłe dzieci, zamiast zająć się na starość swoimi rodzicami, wolą pozbyć się ich z domu, jak zbędnego balastu, zostawiając sobie przy tym dostęp do renty czy emerytury. Posuwają się do tego, że zaraz po przepisaniu na nich mieszkania czy gruntów dzwonią po pogotowie i wmawiają wszystkim, że rodzic jest niepoczytalny, zachowuje agresywnie i trzeba go natychmiast zamknąć. Przez telefon, a później w obecności lekarzy, kłamią, że „nie dalej jak godzinę temu” babcia chciała skakać przez okno i uciekać z domu. Dziadek miał grozić im nożem. Pogotowie nie ma wyjścia, zabiera seniora i odwozi do szpitala. Spokojnego, smutnego i przestraszonego na wózku inwalidzkim sanitariusze wwożą na oddział psychiatryczny.
Owszem, za pierwszym razem psychiatrzy dają się nabrać. Jeżeli pacjent był agresywny w domu, to będzie pobudzony i tak samo agresywny na oddziale, dopóki się go nie wyciszy lekami. Zazwyczaj po krótkim pobycie, gdy ewidentnie widać, że pacjent jest spokojny, wypuszcza się go. A wtedy za drugim razem nikt już się nie nabiera. Są jednak rodziny, które notorycznie próbują się pozbyć starszej osoby i umieścić ją na oddziale psychiatrycznym. Nie wyszło za pierwszym razem, to może uda się za drugim. I tak do skutku.
Obecnie do 10% pacjentów oddziału to osoby, których leczenie się dawno zakończyło, ale przebywają tam, bo nie mają dokąd pójść. Są samotni, nikt ich nie odwiedza, zdani całkowicie na personel szpitala. Część tych pacjentów lekarze sami kierują do domów pomocy społecznej lub zakładu opiekuńczo-leczniczego. Pozwala na to ustawa o ochronie zdrowia psychicznego. Jeżeli pacjent jest nieświadomy i nie może sam podjąć decyzji, odbywa się to przez sąd rodzinny – za zgodą jego rodziny lub bez. W tym roku odbyło się już kilkanaście takich spraw, gdzie rodzina nie zgadzała się na przeniesienie pacjenta z oddziału do zakładu czy DPS-u.
Inną opcją motywacyjną dla rodziny, która nie chce współpracować i zabrać do domu pacjenta, jest przekierowanie jego dochodów do depozytu szpitalnego. Pacjent ma prawo dysponować swoimi pieniędzmi, ale rodzina, która się go pozbyła – już nie.
Jak to się stało, że w tak krótkim czasie ludzie stali się aż tak niewdzięczni i okrutni dla swoich najbliższych? – Kiedyś psychiatria była wstydem, teraz już nie. Myślę, że od kilkunastu lat ten problem narasta. Związane jest to z tym, że coraz większa jest populacja osób starszych, a coraz mniejsza osób w średnim wieku. Pacjenci starsi mają też swoje choroby, które wymagają leczenia. Kiedyś pacjenci po jednym czy dwóch zawałach po prostu umierali. Kiedy medycyna poszła do przodu, przeżywalność zaczęła wzrastać. Ale czy zawał, czy zatrzymanie krążenia, wszystko niesie ze sobą powikłania. Czynnikiem motywacyjnym najczęściej są jednak pieniądze… – tłumaczy S. Raszczepkin. – Opieka nad osobami starszymi, niesamodzielnymi i niedołężnymi jest bardzo trudna. Często nie poznają najbliższych osób: małżonków, dzieci. Pamiętają to, co było kiedyś i to nawet ze szczegółami, ale nie mogą sobie przypomnieć podstawowych rzeczy: jaka jest dziś data, gdzie mieszkają, jak się robi zakupy i przyrządza posiłki. To wszystko zanika.
Wyrzuceni z własnego domu i oddani pod opiekę obcych seniorzy mają żal do własnych dzieci za to, że zgotowały im taki los. Jedni płaczą i krzyczą w niebogłosy, że chcą umrzeć. Inni wmawiają sobie, że to dla dobra dzieci – żeby ich odciążyć w obowiązkach i nie przeszkadzać. W ich oczach jest ból, strach i rezygnacja. Po pewnym czasie pustka. Ci, u których proces otępienny głęboko się rozwinął, nie mówią o swoich uczuciach. Ale to nie znaczy, że ich nie mają. – Ciężko się patrzy na ich bezradność… – mówi doktor Raszczepkin. Paulina Ciesielska