Kołowrotek Robinson Pulsar FD

Na początku myślałem, że Robinson Pulsar to kolejny, przeciętny kołowrotek, który tylko ładnie wygląda. Dziś, po ponad miesiącu spędzonym z nim nad wodą jest on moim faworytem w tym przedziale cenowym (150-200 zł). Przemawia za tym i jego wykonanie, i praca, ale najbardziej doskonały stosunek jego jakości do ceny. Mówiąc wprost, nie znam lepszego sprzętu za takie pieniądze.

Wygląd i wrażenia ogólne

Kołowrotek Robinson Pulsar prezentuje się całkiem nieźle. Na tle konkurencji wyróżnia się przede wszystkim ciekawym zestawieniem kolorystycznym – czarno-czerwony korpus niemal zupełnie pozbawiono srebrnych elementów. Takiego koloru jest tylko koniec kabłąka przy rolce prowadzącej linkę i oczywiście śrubki mocujące. Czarny jest i sam kabłąk i rączka korbki. Dzięki wyeliminowaniu srebrnego koloru mamy wrażenie, że kołowrotek pomalowano w barwy ochronne tak, by żaden odbity refleks światła nie raził wędkarza i nie płoszył ryb. Oczywiście nie wiem, czy jest to zabieg celowy producenta, ale takie właśnie jest moje wrażenie. Zabiegiem typowo stylistycznym (moim zdaniem bardzo udanym) jest za to zastosowanie imitacji karbonu na szpuli i wokół mocowania korbki. Kolejną cechą charakterystyczną dla tego sprzętu jest perforowana szpula i „dziurawa” stopka, które mają zapewnić mniejszą wagę kołowrotka, która wynosi ok. 276 gramów. W oczy rzuca się też uchwyt korbki, gdzie zamiast plastiku znajdziemy ciepłą i w ogóle nie śliską piankę EVA, co w produktach z tej półki cenowej jest prawdziwą rzadkością. Ogólnie kołowrotek sprawia bardzo dobre wrażenie. Plastiki są dobrej jakości, w wykonaniu także nie ma do czego się przyczepić.

Trochę techniki

Grafitowy korpus kołowrotka Robinson Pulsar skrywa 10 łożysk, w tym jedno oporowe. W pudełku znajdziemy dwie szpule – obie duraluminiowe, z czego jedna ma nieco mniejszą pojemność. Sprzęt w wielkości 1030 waży ok. 276 gramów, a więc podobnie do konkurencji. Odnoszę jednak wrażenie, że kołowrotek od Robinsona jest odrobinę mniejszy, niż konkurencja w podobnej wielkości. Szpula główna pomieści 150 metrów żyłki 0,30, zapasowa trochę mniej. W maszynce tej zastosowano rurkowy, wzmocniony kabłąk oraz multitarczowy hamulec, który jest jednym z największych atutów tego sprzętu, ale o tym w dalszej części recenzji.

Praca

Kołowrotek Robinson Pulsar nad wodą jest ze mną od początku maja. Ze względu na pracę i obowiązki domowe zaliczyłem z nim tylko ok. 10 wypadów, z których najdłuższy trwał 4 godziny. Większość czasu łowiłem w Bugu, na samym początku sezonu raz, czy dwa jego możliwości sprawdzałem na starorzeczach i małej rzece. Sprzęt, mimo że nie był traktowany zbyt delikatnie wciąż wygląda jak nowy. Podobnie też pracuje, choć praca jest charakterystyczna, bo korbka chodzi z wyczuwalnym oporem i nie ma tu mowy, że po jej puszczeniu będzie się długo kręcić. Odnoszę wrażenie, że to „zasługa” dużej ilości smaru w środku i krótkiej korbki. Co jednak najważniejsze, kołowrotek działa idealnie tak samo, jak po wyjęciu z pudełka. Na korbce jest wyczuwalny delikatny luz, ale w tym segmencie nie ma co wymagać cudów. Ważne, że nie ma to wpływu na komfort łowienia. W samych superlatywach muszę też się wypowiedzieć o rolce prowadzącej. Linka za każdym rzutem idealnie spada na swoje miejsce, nie ma więc mowy o plątaniu plecionki, a rolka do tej pory pracuje bezszelestnie. Kabłąk zbija się „z korbki” lekko i cicho, a klasą dla siebie jest hamulec z ogromnym zakresem regulacji, dzięki czemu jesteśmy w stanie idealnie ustawić go pod rybę nawet w trakcie holu. Pomaga w tym szerokie pokrętło, dzięki któremu mamy bardzo pewny chwyt. A teraz łyżka dziegciu. Robinson Pulsar słabo nawija linkę. Nie wiem jak sprawuje się z żyłką, ale z plecionka radzi sobie raczej przeciętnie, bo mniej więcej na środku szpuli tworzy się delikatne zagłębienie. Muszę jednak oddać, że nie ma to najmniejszego przełożenia na pracę samego kołowrotka, ani na oddawanie linki. W trakcie rzutów nie musimy się więc martwić, że coś nam się poplącze, zaczepi, czy urwie. Pulsar był podpięty do wędki Diplomat Pike, z którą stanowił naprawdę zgrany duet. Używałem go głównie do łowienia w dość dużym uciągu środkowego Bugu. Z główkami do 25 gramów radził sobie bez najmniejszego nawet zająknięcia, czy zacięcia. Problemem dla niego nie było też ciąganie przynęt stawiających duży opór w nurcie takich jak wahadłówki, czy obrotówki. Co więcej maszynka do tej pory pracuje bezszmerowo, nawet pod dużym obciążeniem.

Reasumując, Robinson Pulsar to świetna propozycja w przedziale cenowym 150-200 zł. Za niewygórowane pieniądze dostajemy dobrze wykonany sprzęt, który przy odpowiednim traktowaniu posłuży nam kilka sezonów, a gdyby w międzyczasie coś poszło nie tak mamy jeszcze 5 lat gwarancji.