Krótszy oddech Lublina

Media informują o zagrożeniu smogiem w Warszawie, Krakowie, na Śląsku. A w Lublinie? U nas w ubiegłym tygodniu zanieczyszczenie powietrza też mocno wzrosło, momentami ośmiokrotnie przekraczając dopuszczalną normę.
W dniach 9-11 stycznia zanieczyszczenie powietrza w Lublinie osiągnęło najwyższe notowane dotąd poziomy dobowe – przekraczało 100 µg/m3. (127,7 11.I ) Były godziny, gdy stężenie smogu wahało się nawet od 300 do 426 µg/m3. Internet określał to bezpardonowo: „poziom zagrożenia dla życia”.
– Przejściowe wartości godzinowe nie są jeszcze podstawą do alarmu. Te przekroczenia nie mają wielkiego wpływu na zdrowie. Organizm człowieka potrafi sobie z tym radzić. Gorzej, gdyby takie wysokie wartości utrzymywałyby się długi czas – wyjaśnia dr inż. Arkadiusz Iwaniuk, zastępca wojewódzkiego inspektora ochrony środowiska.
Przypomina: dopuszczalna norma dobowa stężenia pyłów wynosi 50 µg/m3, a do ogłoszenia stanu alarmowego uprawnia dopiero stan przekraczający 300 µg/m3, lecz nie jednorazowy.
„To podobnie jak z limitem prędkości w mieście (50 km/h)” – czytamy na portalu obywatelskim www.lublinianin.pl – Można go łamać jadąc 60 ale i jadąc ponad 300 km/h, w analogii do indeksu smogu. Choć to metafora zagrożenia dla ruchu nie do końca uprawniona, jednak przeraża, uruchamia wyobraźnię.

Faktem jest, że w ostatnich dniach powietrze nad miastem było gorsze, lecz bilans norm nie został przekroczony. W ubiegłym roku takich epizodów było 16. Alarmową wartość smogu można tolerować do 35 razy w ciągu roku – tłumaczą specjaliści WIOŚ.
Jak wygląda stan zagrożenia, informują o tym punkty pomiarowe, rozmieszczone przy ul. Obywatelskiej (baza WIOŚ) i Śliwińskiego (Czechów). Szkoda, że nie prowadzi się wizualizacji wyników pomiaru.
Do niedawna parametry powietrza w Lublinie można było sprawdzić na tablicy zawieszonej na gmachu KUL, ale tablicy już nie ma. Jej brakiem zainteresowała się rada i zarząd Wieniawy. – Trudno nam pojąć, dlaczego z gmachu KUL zniknęła tablica świetlna, informująca m.in. o zanieczyszczeniach w środowisku. Chyba nie dlatego że pokazywała coraz wyższe wartości? Warto tę kwestię wyjaśnić – uważa Tomasz Makarczuk, szef zarządu dzielnicy.
Czy jest się czym martwić?
Na nasze pytania odpowiadają eksperci środowiskowi z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego JPII.

– Oddychanie zanieczyszczonym powietrzem jest szkodliwe dla zdrowia ludzi i zwierząt. Im częściej dochodzi do przekroczenia norm, im dłuższa ekspozycja na smog, tym wieksze ponosimy straty – mówi dr Anna Szafranek-Nakonieczna z Katedry Biochemii i Chemii Środowiska. – Charakterystyczną dla okresów zimnych chmurę pyłu tworzą m.in.: tlenek siarki, tlenki azotu i węgla, trudno opadające pyły. Biorąc pod uwagę rozmiar ich cząstek, znacznie bardziej niebezpieczne, ze względu na dłuższy czas utrzymywania się w powietrzu, są pyły o średnicy poniżej 2,5 um (czyli PM-2,5). One też łatwo przenikają barierę krwi, infekując organizm
Strukturę smogu możemy śledzić na bieżąco (on-line) na witrynie WIOŚ w Lublinie (http://envir.wios.lublin.pl/index.php?page=raport-dobowy), gdzie prócz wyników aktualnych pomiarów w zakładce „Skala jakości powietrza” znajdziemy też dopuszczalne limity. Trzeba uważać z odczytem danych, niektóre z norm bowiem odnoszą się do okresu 1-godzinnego, inne – 8- lub 24-godzinnego, a jeszcze inne rocznego. To bardzo ważne by właściwie ocenić aktualny stan i uniknąć nieuzasadnionych lęków.
Biochemiczka z KUL rozwiewa obawy, jakoby w karnawale obowiązywały lublinian „oryginalne maski”: – Chodzenie w nich na razie nam nie grozi. W porównaniu z innymi miastami sytuacja w Lublinie nie jest dramatyczna, choć już wymaga podjęcia działań celem powstrzymania tej emisji. Także profilaktyki smogu.
Doktor Nakonieczna nie zna przyczyn demontażu ekotablicy na budynku KUL. Upatruje ich raczej w sferze kosztów utrzymania obiektu.

Co nam potencjalnie zagraża?

Tu odpowiedź dają statystyki medyczne. Lekarze notują całe spektrum schorzeń z tego powodu: od kardiologii poprzez pulmonologię, po psychiatrię. Brakuje lubelskich danych na ten temat, za to warszawski kardiolog dr med. Piotr Gryglas, akcentuje: – Naprawdę jest się czego obawiać. Życie w warunkach smogu wywołuje z reguły nieżyty górnych dróg oddechowych, ostre napady kaszlu, duszności, aż po obturacyjną chorobę płuc (POCHP). Decyduje o tym podrażnienie mechaniczne i chemiczne naszych oskrzeli. U pacjentów żyjących w takim środowisku choroby rozwijają się powoli w ciągu 20-30 lat. Z tej przyczyny w Polsce umiera rocznie ok. 40 tys. osób.
Osoby chore, seniorzy, kobiety w ciąży oraz małe dzieci winny bezwzględnie unikać smogu, ograniczyć przebywanie na wolnym powietrzu do minimum. Generalnie należy unikać wysiłku fizycznego w takim powietrzu – zalecają lekarze. W „skażonych” aglomeracjach odradza się nawet rekreację: jazdę na rowerze, bieganie, nawet spacery.
Lekarze twierdzą, że trzeba dziś szerzej otworzyć oczy społeczeństwa na ten problem – temat w Polsce mocno zaniedbany. Domagają się szybkiej likwidacji zagrożenia smogowego.
Nie sprzyjają temu aktualne przepisy prawa – pochodzą one nawet sprzed 30 lat i dopiero ostatnie alerty smogowe uprzytomniły rządzącym państwem, także samorządowcom, skalę zagrożenia. 17 stycznia na specjalnym posiedzeniu problemem smogu w kraju zajmie się polski rząd.
„Smogowe stolice Polski”
Te niechlubne tytuły póki co dzierżą odległe miasta południa kraju. Wkrótce podwójną stolicą może być z tego powodu Warszawa, a stąd już niedaleko do ściany wschodniej, dotychczas postrzeganej jako ekologicznie czysta. Czy nadal tak jest?
Problem smogu notuje się tu przynajmniej od zimy 2012 roku. Wtedy to przy bezwietrznej, mroźnej aurze nad naszym miastem często unosiła się trująca chmura. Jednak ówczesne skażenie powietrza jak i późniejsze przekroczenie norm w tym zakresie (zwłaszcza luty 2014 r.) „nie dało do myślenia” władzom miasta w kwestii zapobiegania zjawisku.
Zwłaszcza spalanie odpadów w niskiej temperaturze, jak to ma miejsce w kotłach czy piecach domowych, emituje szczególnie dużo substancji szkodliwych. Niewiele lepszy jest węgiel – paliwo o niskiej jakości, gdy towarzyszy mu braku urządzeń filtrujących.
Według danych ratusza Lublin dopiero od 2013 r. realizuje „Plan ograniczenia niskiej emisji”. Polega on na dofinansowaniu działań, w formie dotacji celem wymiany ogrzewania opartego na paliwie stałym (starsze kotły i piece) na opalane w sposób ekologiczny. Dofinansowanie może wynieść nawet 50% poniesionych nakładów.
W 2013 i 2014 r. zlikwidowano 66 pieców i kotłów węglowych, w 2015 r. – 79 sztuk. W ub. roku udało się dopłacić do wymieniany łącznie 83 pieców na kwotę ponad 330 tys. zł.
– Łącznie w ciągu 3 lat mamy w Lublinie o 228 pieców lub kotłów mniej, zamieniono je na ekologiczne formy ogrzewania. Akcja będzie kontynuowana w tym roku – zapewnia rzeczniczka urzędu. W budżecie zarezerwowano na ten cel 350 tys. zł.
To jednak miniplaster na ogromną ranę, gdy wziąć pod uwagę ilość niezmienionych nadal systemów grzewczych w tysiącach domków jednorodzinnych.
I jak tu głębiej oddychać?
Wszyscy są zgodni, że zjawisko smogu ściśle wiąże się z niską temperaturą w okresie chłodów, gdy potrzeby grzewcze są większe. Gmina, nie mając środków na pełną wymianę pieców, prowadzi w tym czasie działania kontrolne, identyfikuje złe urządzenia, sprawdza jakość paliwa.
– Wzrost zadymienia w mieście obserwuje się wieczorem i nocą, gdy mieszkańcy rozpalają piece, podkładają do nich więcej. Nasz ekopatrol sprawdza, czym pali się w urządzeniach domowych. Przypomnę, że dozwolony jest gaz, węgiel i drewno, a spalanie odpadów jest surowo zakazane – zaznacza Robert Gogola, rzecznik straży miejskiej. W ub. roku SM prowadziła 720 kontroli spalania. Nałożono 128 mandatów (na ok. 24 tys. zł). W br. tych kontroli było dopiero 66.
Do tzw. niskiej emisji zanieczyszczeń (to bardzo myląca nazwa) należą także pełne toksyn spaliny samochodowe. Te substancje mają coraz bardziej liczny udział w smogu, a są najbardziej chorobotwórcze. Ich koncentracja przy jezdniach jest największa, a nie mierzą tego stacje pomiarowe. W Polsce samochody odpowiadają za ponad 50% emisji samego tylko tlenku azotu.
Np. silniki diesla o symbolu EA 189 emitują znacznie więcej substancji trujących niż deklaruje koncern VW – to wiele popularnych marek pojazdów. Służby kontrolne w Lublinie użytkują dymomierz DGS-2. Urządzenie służy do pomiaru stopnia toksyczności spalin emitowanych przez silniki. Jeśli pomiar wykaże przekroczenie norm, kierującego takim pojazdem czeka mandat karny, niekiedy zatrzymanie dowodu rejestracyjnego.
Oddychasz tym, co wytwarzasz
Oczywiście, należy zwalczać ową niską emisję, choć u nas to obecnie walka z wiatrakami. Urzędowo zatem trzeba skupić się i na innych rozwiązaniach, redukujących poziom zanieczyszczeń czy skażenie powietrza.
– Nie mogą to być działania akcyjne, doraźne. Profilaktyka smogu winna obowiązywać stale, tak jak komunikacja samochodowa trwa cały rok – twierdzi dr Jan Kamiński, inny znawca ochrony środowiska z KUL. – Skoro mamy zarejestrowanych 250 tys. aut, a tylko w ub. roku przybyło ich 17 tys. to oddychamy tym, co sami wytworzymy. A budowa kolejnych arterii drogowych pracuje na ten problem. Rozwiązaniem jest tu transport publiczny.
Ekspert dodaje, że w ciepłym okresie ochronę przed zapyleniem powietrza zapewnia zieleń, szczególnie drzewa. Jednak ostatnie lata w Lublinie przyniosły śmierć tysięcy drzew. Szykują się kolejne wycinki. Także perspektywa zabudowy kolejnych terenów zieleni blokowiskami sprzyja smogowemu zagrożeniu.
– Ogromny wpływ na redukcję zanieczyszczeń ma przewietrzanie miasta – podejmuje dr Nakonieczna. – Gęsta i wysoka zabudowa modyfikuje tu klimat, zmniejszając możliwość rotacji: dopływu czystego powietrza do centrum i transportu zanieczyszczeń poza obszar miasta. To sprzyja gromadzeniu się pyłów i utrzymywaniu ich gęstości przez długi czas.
Oboje eksperci wskazują, że w przypadku Lublina istotną rolę odgrywa system wąwozów, doliny rzeczne i górki czechowskie, pełniące funkcję kanałów wentylacyjnych.
– Tereny te mają decydujące znaczenie w walce ze smogiem. Tędy wpływa do miasta świeże powietrze, tu jest produkowany ożywczy dla aglomeracji tlen. Jeśli uniemożliwiamy przewietrzanie miasta, oddychamy tym, co produkujemy na miejscu – akcentują.
Marek Rybołowicz