Kurs z nożem w szyi

– Boimy się. Tylko głupi by się nie bał – mówią chełmscy taksówkarze. Po kolejnym brutalnym napadzie na kierowcę taksówki, uważniej przyglądają się, kto wsiada do ich aut. Wiesław zawsze ma pod ręką gaz, chociaż wie, że może nie zdążyć go wyjąć. Tak, jak trzy lata temu.

Sobota (16 lipca), tuż przed północą. Taksówkarz z Lublina wiózł dwóch mężczyzn. Kiedy dojechali do celu, zamiast płacić, rzucili się na niego z nożem. Pocięli ręce i zadali ciosy w okolice szyi. Na szczęście, udało mu się uciec i wezwać pomoc. Bandyci zabrali z taksówki tablet i nawigację. Już następnego dnia wpadli w ręce policji. To 14-letni mieszkaniec Lublina i 25-letni obywatel Ukrainy.

Boimy się, ale pracować trzeba

Od tygodnia zdarzenie z Lublina to temat numer jeden wśród chełmskich taksówkarzy. Nieważne, że zaatakowany został kierowca z innego miasta, bo na jego miejscu mógłby być każdy.
– Ryzyko napadu jest wpisane w nasz zawód. Człowiek zawsze musi się liczyć z tym, że trafi na niebezpiecznego klienta. A wozimy różnych ludzi. I nigdy nie wiemy, kto za chwilę otworzy drzwi – mówią nam taksówkarze, których spotykamy na postoju przy ul. Partyzantów. – Często przecież tak bywa, zwłaszcza kiedy jedzie kilka osób, że żadna nie ma ochoty na uregulowanie rachunku. Zdarza się też, że dochodzi do awantur.
Pytamy czy się boją. – Boimy się. Tylko głupi by się nie bał. Ale pracować trzeba.

Gaz, pałka, alarm

Taksówkarze przyznają, że po ostatnich wydarzeniach bardziej uważają, kto wsiada do ich samochodu. Przyglądają się klientom, oceniają ich po wyglądzie, pierwszym zdaniu, które powiedzieli zamawiając kurs.
– Czasem lepiej sobie odpuścić i nie zarobić tych kilkunastu złotych niż narazić się na niebezpieczeństwo – mówią. Tyle, że taka ocena nie zawsze się sprawdza. Czasem pasażerowie, którzy na pierwszy rzut oka wyglądają normalnie, mogą być groźni. Dlatego większość kierowców, próbuje się zabezpieczyć. Wożą ze sobą pałki, gaz, paralizatory. Jeden z taksówkarzy chwali się zamontowanymi syrenami alarmowymi. Jeszcze nigdy nie używał, ale ma. Tak na wszelki wypadek.

Nie miał szans

Są jednak takie sytuacje, że żadne zabezpieczenia nie pomogą.
– Była niedziela, 11 sierpnia, trzy lata temu. Na postoju przy ul. Partyzantów ok. godz. 20 wsiadł do mnie młody mężczyzna. Nie wskazał, gdzie mam go zawieźć. Powiedział, że mnie pokieruje. Przez całą drogę rozmawialiśmy. Kiedy byliśmy na ul. Ceramicznej, kazał zjechać w boczną drogę. Zatrzymałem się, a on zaczął czegoś szukać w kieszeni. Byłem przekonany, że szuka pieniędzy, więc nawet nie zwracałem na niego uwagi. A kiedy się odwróciłem w jego stronę, zobaczyłem tylko, jak w moim kierunku zmierza sztylet. Trafił w szyję – opowiada Wiesław, 60-letni taksówkarz z Chełma, który do dziś nie wie, dlaczego mężczyzna go zaatakował. Napastnik nie żądał pieniędzy, niczego nie ukradł. Po prostu dźgnął go w szyję i uciekł.
Wiesław wołał o pomoc. Zakrwawiony zdołał wyjść na główną ulicę. Kiedy przyjechała karetka, tracił już przytomność. Na szczęście nóż nie uszkodził tętnicy. – A mało brakowało. W szpitalu w Lublinie powiedzieli mi, że to kwestia zaledwie kilku milimetrów – mówi mężczyzna.

Wyroki zbyt niskie

Policjanci potrzebowali prawie miesiąca, by zatrzymać napastnika. To był 20-letni chełmianin, Albert G. – I co z tego, skoro wyrok w jego sprawie był śmieszny – mówią oburzeni taksówkarze. – Omal nie zabił człowieka, i to bez jakiegokolwiek powodu, a dostał zaledwie 3 lata więzienia – załamują ręce. Niezadowolony jest też Wiesław. Jemu już nawet nie chodzi o sam wymiar kary. – Chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego ten młody człowiek targnął na moje życie. Do dziś nie mogę tego zrozumieć – mówi, ale do taksówki wrócił. Czy się boi? – Trochę, ale pracować trzeba. (mg)