Lublin cały po „Przejściach”

Spektakl „Przejścia” połączył dwa genialne utwory Igora Strawińskiego: „Wesele” i „Święto wiosny” w atrakcyjną muzycznie i teatralnie całość

 

18 marca 2017 – w Centrum Spotkania Kultur to wieczór szczególny dla tysiąca widzów. Spektakl „Przejścia” połączył tu dwa genialne utwory Igora Strawińskiego „Wesele” i „Święto Wiosny” w całość atrakcyjną muzycznie i teatralnie. Czy również choreograficznie? Podjęli się tego artyści polscy i ukraińscy. Na wielkiej scenie sali operowej było mnóstwo niespodzianek

Idąc na ten spektakl w sytuacji osób nagle obdarowanych biletami – nie wgłębiwszy się w treść sporego folderu tej sztuki (10 zł) – można było mieć poczucie ryzyka. 998 innych osób wypełniających salę CSK też było w większości skazanych na eksperyment. Wszak żaden z widzów nie musi znać etnologii i obrzędu przejścia, za to każdy chciałby wyjść z teatru ukontentowany poznawczo i emocjonalnie. Warstwa estetyczna niech pozostanie dla krytyków sztuki…

Od pierwszej do ostatniej minuty „Przejścia” zapewniają szczególny rodzaj performance. To  obraz zmagań wszystkiego ze wszystkim: dobra ze złem, tradycji z wyzwaniami nowych czasów, pierwiastka żeńskiego z męskim. Wyraża się w nieokiełznanym ruchu i tańcu – na szczęście w rytm muzyki dwóch arcydzieł klasyki XX w.

Przez dwie godziny na deskach sceny operowej pulsuje rytuał przejścia, który pojąć niełatwo. Choć zatytułowany „Wesele” utwór ten z rzadka niesie spodziewaną tu radość. Akcja przywołuje na myśl raczej przemoc i ostry konflikt ludzi, wręcz całych społeczności. Widać jego podłoże plemienne, etniczne, środowiskowe… Samo życie.

Bywają i chwile pogodnych harców, swawoli – iście godowych. Wnet jednak przeradzają się w ponure igraszki: oprawców z ofiarami, ciemiężonych z napastnikami? To wszystko w jakiejś kuriozalnej symbiozie, w dziwnej harmonii zwady. Ów ruch sceniczny, a de facto szarpanina i walka dalekie są od baletu – a taki przewidziano w pierwowzorze dzieła. Dla widza to taniec mający prymitywne, po części dzikie środki wyrazu. Pytanie, czy tak chciał w swej partyturze kompozytor…

Mając dobry humor i należyty dystans, można rzec: Wszystko to zasługa demonicznych wprost akordów Strawińskiego – muzyki jak znakomitej tak i niepokojącej zarazem, chwilami destruktywnej. Ponoć on sam określił, jak należy „odtańczyć” wybór ofiar obrzędu, ich adorację, jak ma wyglądać poświęcenie ofiary itd. Makabryczne to ale prawdziwe…

Nic dziwnego, że w 1913 roku po premierze „Święta Wiosny” publiczność przeżyła szok, wpadła w szał. Ludzie byli rozbici dramaturgią muzyki i wściekli, ale szczęśliwi – donosiły gazety.

W przestrzeni CSK akcję uskrzydla wręcz znakomite brzmienie orkiestry symfonicznej, w obu połączonych dziełach. Do tego w „Weselu” chór i czworo solistów opery wyśpiewują przejmującą narrację w języku rosyjskim. Ewidentnie muzyka stanowi o randze przedstawienia.

Spektakl wykorzystuje w pełni nie tylko powierzchnię wielkiej sceny (ca 500 m.kw.), ale i kubaturę – wymontowano nawet kulisy. Widzimy chyba wszystkie możliwości techniczne tej machiny: są dodatkowe platformy, wyższe „półki” sceny. Dają one pole pobocznym wątkom, kiedy to np. wiejskie kobiety tworzące tło akcji wspinają się tam na plotki, obserwując z góry przejścia – w tym wypadku weselne.

Następuje swoiste intermedium

Utrudzony walką lud myje się, pierze odzież a kilkudziesięciu aktorów zmienia stroje – bez blekautu czy opadania kurtyny, wszystko na widoku. Szperacz w głowie widza szuka: pewnie znów to zabiegi rytualne… Ma on duży margines interpretacji, bo to drugie symboliczne „przejście” – tym razem ze wsi do miasta. Podobno też transgraniczne?

Platforma kobiet zjeżdża teraz pod scenę, a na tej tworzy się szerokie pole – tylko do czego? Nowe realia scenografii dają szanse pogodnej atmosferze: mamy spontaniczne pląsy i umizgi, czyżby pojednanie zwaśnionych stron? Tak można to odczytać. Wszak świętowanie wiosny kojarzy się z afirmacją świeżej energii życiowej ludu, z erotyką. Tymczasem nadal widzimy ciała pulsujące agresją, opresją – ten sygnał dominuje w przekazie.

Scenografia jest atutem spektaklu. Boki sceny zajmują wysokie rusztowania – jakby wydobyte gdzieś z demobilu 40-lecia Teatru w Budowie. Na kilku poziomach widzimy tu aktorów w akcjach równoległych do tego co dzieje się na scenie – mających swoją treść i dramaturgię.

W tych kilku strefach ludzkich zmagań czasem widać nić porozumienia, kooperacji, ludzkie odruchy, randkowanie. Aura wiosny jednak nie trwa tu długo. Zaczepki, tarmoszenie, walki różnych obozów znów dominują. I nie mają końca. Dynamika grup tańca sprawia wrażenie permanentnego konfliktu…

Cóż, na deskach CSK oglądamy osobliwe „spotkanie kultur”. Nie bacząc na kontrowersje, na porównania do uznanych już kreacji dzieł Strawińskiego (jak wzorzec baletu Niżyńskiego w Operze Narodowej) i tak „Przejścia” stanowią teatralne wydarzenie. Nawet jeśli spektakl, okupiony dużym trudem logistycznym, wygląda od strony tanecznej niespójnie: jakby został przygotowany naprędce, niedokończony…

„Przejścia” rozmaicie jawią się w odbiorze widzów. Nie brakuje zachwyconych. Jednak u co wrażliwszych budzą niepokój, nawet pesymizm. – Gdzie tam szukać święta wiosny, gdzie radość życia? – pytała para studentów. Widzom zabrakło optymistycznego zwieńczenia owej alegorii konfliktu. Przydałby się symboliczny gołąbek pokoju… Tej potrzeby autorzy nie przewidzieli?

To spektakl teatru i tańca

– twierdzą jego twórcy, animatorzy – który ma kilka znaczeń. Pierwsze wskazuje obrzęd przejścia w dojrzałość. Temat ten podnosi balet „Wesele” (1923). Igor Strawiński – rosyjski pianista, kompozytor i dyrygent, zm. w 1971 w Nowym Jorku – stworzył dzieło oparte na tradycji znanej szeroko w słowiańszczyźnie. Drugie znaczenie „Przejść”, jak wskazują twórcy, to przeprawy graniczne – dosłownie i w przenośni. Spektakl ilustruje pono atmosferę wokół tychże przejść. Za motyw posłużył fakt, że tuż przy granicy Polski leży miasto Uściług dobrze znane Strawińskiemu. Pisząc „Święto wiosny” odwiedzał je (1913) i stamtąd pochodzą inspiracje kompozytora ukraińską muzyką ludową.

– Dlatego zaprosiliśmy do współpracy lwowskich artystów: Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Lwowskiej i Kameralny Chór Gloria – mówi Mirosław Haponiuk z Ośrodka „Rozdroża”, animator przedsięwzięcia.

Jego zdaniem, spektakl opowiada o ludziach „z przejść” historii, również i na wschodniej granicy. To ludzie w rozmaitych stanach ciała i ducha: wyrzuceni, wydziedziczeni, pozbawieni domu, ojczyzny i Boga.

Inne znaczenia tej sztuki dopisują sami widzowie. Ci po przedstawieniu długo nie opuszczali pasaży CSK zawzięcie dyskutując na temat warstw metaforycznych dzieła. Koncepcja była tu i jest bardzo ambitna: – Wierzymy, że spektakl, skrojony na miarę nowej architektury wyzwoli też nową energię, że wypełni sensowną treścią budowane przez 40 lat mury – pisano w zapowiedzi wydarzenia.

„Przejścia” są wspólną produkcją Ośrodka Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych „Rozdroża” oraz Centrum Spotkania Kultur. Można je uznać za prezent dla Lublina z okazji rocznicy 700-lecia praw miejskich. Kosztowało to Urząd Marszałkowski w Lublinie około pół miliona złotych.

Niespotykana inscenizacja

W Lublinie po raz pierwszy przygotowano spektakl o tej skali trudu i złożoności: muzycznej, choreograficznej, technicznej. Na scenie CSK wystąpił międzynarodowy zespół artystów, blisko 200 osób. To m.in. tancerze Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie (Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu), kijowskiego Black O! Range Dance Productions, a także Lubelskiego Teatru Tańca. Skomplikowaną choreografię opracował Jacek Łumiński. Twierdzi, że nie podobają mu się dotychczasowe realizacje „Święta wiosny”, literalnie odczytuje partytury Strawińskiego, po swojemu zmierzył się z tą materią.

Dwa wielkie dzieła składające się na „Przejścia” wybrzmiały tu za sprawą znakomitych muzyków, którzy jak nikt czują aurę twórczości Strawińskiego – to Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Lwowskiej, a dyrygował nią Błażej Wincenty Kozłowski. Podkreśla on, że dla każdego dyrygenta te utwory stanowią karkołomne zadanie. Metrum zmienia się w nich co chwila, przy wielkim tempie wykonania. To kuszące lecz potężne wyzwanie i mogą podołać mu tylko najlepsze orkiestry.

Warstwę muzyczną dopełniali: zespół Kwadrofonik & Goście (4 pianistów i 6 perkusistów). Śpiewał 28-osobowy lwowski chór Gloria.

Wystąpili soliści operowi: Joanna Freszel – sopran, Agnieszka Jadwiga Grochala – mezzosopran, Dionizy Wincenty Płaczkowski – tenor, Robert Gierlach – bas-baryton. Muzyczną produkcją kierowali Grzegorz Paluch i Paweł Hadrian.

Dzięki „Przejściom” usłyszeliśmy w Lublinie – w perfekcyjnych warunkach akustyki – dwa dzieła światowego formatu muzyki klasycznej, utwory o najwyższej skali wymagań technicznych i artystycznych od wykonawców. To uczta muzyczna niespotykana w historii naszego miasta, godna jego jubileuszu.

Marek Rybołowicz